Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
środa, 22 listopada 2006
1956-2006

Tym razem to nekrolog bardziej symboliczny – opłakuję nie człowieka, ale wolność człowieka. A z resztą, sami spójrzcie – oto prawdziwy, libertariański partyzant;)

poniedziałek, 20 listopada 2006
1892-1975


Nie chcę, aby mój blog zmienił się w apologetyczne nekrologium, ale i dziś nie powstrzymam się przed przypomnieniem kolejnego zmarłego, jednego z najważniejszych przywódców prawicy w XX wieku. Póki co, jeszcze oficjalnie, ale kto wie, czy za rok wciąż będziemy tak beztrosko wspominać Caudilla? Przecież Ministerstwo Prawdy czuwa, od niedawna podsycane przez zapał tow. Zapatero... Ale póki żadna policja myśli mnie nie ściga, chciałbym przypomnieć Wam, drodzy Czytelnicy, że 31 lat temu odszedł regent Królestwa Hiszpanii, premier rządu, głównodowodzący sił zbrojnych, wódz Antykomunistycznej Krucjaty - Francisco Franco y Bahamonde.

Caudillo, dla „Świata Postępu” - ulubiony chłopiec do bicia. Dla prawicy – antykomunistyczny bohater i romantyczny obrońca staroporzadkowego ładu politycznego. Dla wnikliwych historyków – fascynujący przywódca, charyzmatyczny polityk i przenikliwy strateg. Dla ciekawskich historyków-detektywów – jedna z kluczowych postaci w dramacie II wojny światowej która, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, przechyliła szalę zwycięstwa na stronę Aliantów (razem z Salazarem umożliwili lotnictwu alianckiemu operowanie na wschodnim Atlantyku – lotniska na portugalskich Azorach i baza morska na hiszpańskich Kanarach - co praktycznie w kilka miesięcy spowodowało klęskę niemieckiej floty podwodnej, a tym samym umożliwiło regularne dostawy amerykańskiego uzbrojenia do Europy). Ale nie o twardej, politycznej historii chciałbym napisać. Zamierzam was przekonać do lektury niezwykłej biografii politycznej, nie samego Franco, ale ustroju, który stworzył.

„Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej” Adama Wielomskiego to pierwsza na polskim rynku rzetelna analiza podstaw ideowych i politycznych państwa hiszpańskiego w latach 1936-75. Napisana z pasją, znawstwem tematu, a co jeszcze ważniejsze – skrupulatnym obiektywizmem naukowym. Doktorowi Wielomskiemu udało się wyzbyć zbyt bliskiej i gorącej perspektywy wobec przedmiotu badania i w części opisu reżimu frankistowskiego nie znajdziemy żadnych konserwatywnych peanów, a jedynie rzeczowe omówienie geografii hiszpańskiej sceny politycznej. Na pociechę co żarliwszym kontrrewolucjonistom pozostaje wstęp i zakończenie pracy (charakterystyka nurtów kształtujących filozofię polityczną Hiszpanii 1936-75, a potem konfrontacja modelu hiszpańskiego z posoborową Nauką społeczną Kościoła), gdzie spod rzetelnego warsztatu historyka, wygląda pióro błyskotliwego publicysty, czy wręcz historiozofa, jakim (moim zdaniem) jest Adam Wielomski.

Nie jest to lektura łatwa. Dla nieprzygotowanego czytelnika może wręcz wydać się hermetyczna. Według mnie jest to w dużej mierze wynik naszej nikłej, bo zakłamanej przez lata komunizmu wiedzy o frankizmie oraz imponującego założenie autora – obalenia większości mitów o „faszyście Franco”. Ale przy odrobinie dobrej woli, każdy aktywny czytelnik jest w stanie odkryć fascynujący i bogaty świat teorii i praktyki politycznej Hiszpanii z czasów Krucjaty. Tym bardziej fascynujący, że dziś już ginący, skutecznie zabijany przez nowych, neobolszewkich włodarzy z Madrytu.

Polecam uważną lekturę każdemu zainteresowanemu Hiszpanią, myślą polityczną, czy myślą prawicy jako takiej.

„Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej”. Agencja Wydawniczo-Reklamowa „Arte”. Biała Podlaska 2006.

piątek, 17 listopada 2006
1912-2006


Chwała i cześć Rycerzowi Wolnego Rynku!

[‘]
czwartek, 16 listopada 2006
Grinpis

Wczoraj spotkałem na placu B...owym aktywistkę Greenpeace. Przez długi czas rozmawialiśmy na temat jej organizacji, jej misji, ideach i ogólnej wspaniałości ekologicznych mudżahedinów. Jakoś o związkach Greenpeace z wywiadem radzieckim aktywistka dyskutować nie chciała, więc przeszliśmy do bardziej bieżących spraw: jak naprawić świat i okolice.

Wielkie korporacje niszczą człowieka.

Jakby się tak dobrze zastanowić, to kapitalizm ogólnie niszczy człowieka.

Trzeba ograniczyć połowy wielorybów.

Tak, w sumie to nieco dziwne, że dzięki konwencjom międzynarodowym japońskie firmy odławiają „do badań” setki waleni rocznie, a Eskimosów z Greenlandii (którzy łowią te zwierzęta od kilku tysięcy lat) ściga się za jednego humbaka, jakby za ludobójstwo. Ale na to jest sposób – przekonamy ONZ, aby uchwaliła lepszą konwencję.

Genetycznie modyfikowana żywność i pestycydy to zbrodnia.
Tak, to też zbrodnia, że w Afryce ludzie głodują, bo nie mają pestycydów i wydajnej żywności GMO, ale tym zajmiemy się później (tez pewnie jakaś konwencja ONZtu).

Trzeba chronić dorsze na Bałtyku.

Trzeba zapłacić polskim rybakom za niełowienie Dorszy.

Nie, nie czytałam o ojcu Majora Majora, największym nieuprawiaczu lucerny w całym stanie.

UE powinna uchwalić jakoś konwencję na temat dorszy...

I to było na tyle – musiałem iść na zajęcia. Tego samego dnia wieczorem, dowiedziałem się, iż owi aktywiści dostają od głoszenia takich tez 5 pln za godzinę. Mój szacunek wobec grinpiski natychmiast wzrósł – wstyd by było gadać takie bzdury za frajer.
poniedziałek, 13 listopada 2006
Dwa święta

W miniony łikend obchodziliśmy dwa święta: 11 XI narodowe, 88 rocznicę odzyskania niepodległości, zaś 12 XI demokratyczne, jakim są podobno każde wybory. Jak zapewne się domyślacie, znacznie bardziej uroczyście celebrowałem to pierwsze – czcząc polską flagę, a nie kartkę wyborczą.

Obchody 11 XI były dla mnie może niezbyt huczne, ale treściwe. Udałem się na „spacer pamięci”, prowadząc po ważnych historycznie miejscach Warszawy bratanicę i bratanka. Dzieciaki (8 i 10 lat) dopiero poznają zarys dziejów ojczyzny. Uznałem, że oprócz szkolnych faktów z kostycznych podręczników, przydałoby się im umieszczenie tych dziejów w przestrzeni, choćby najesz najbliższej, stołecznej. Zwiedziliśmy Cytadelę, gdzie powiedziałem kilka słów o co znaczniejszych „gościach” tego przybytku. Potem, przez stare miasto, udaliśmy się na Plac Piłsudskiego, na zmianę wart i obejrzeć pomnik Marszałka. Nie wnikając w postawę polityczną gospodarza placu, bez zająknienia, ja – prawicowiec, powiedziałem, czemu każdy Polak powinien pamiętać o tym wybitnym przedstawicielu lewicy. Może kiedyś indziej porozmawiamy o kontrowersjach wokół Piłsudskiego – na razie były Legiony i była Kasztanka.

Nie odmówiłem sobie przyjemności pokazania im także pomnika prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nie ten dzień? Nie te klimaty? A czemu nie – jakkolwiek zamordystyczny będzie nadwiślański rozdział Kościoła od państwa, żadna ustawa nie zaprzeczy prostemu faktowi – jeden z największych patriotów dwudziestego wieku nosił sutannę. I trzeba o tym pamiętać.

A na koniec pojechaliśmy na plac na Rozdrożu. Wreszcie, mieliśmy gdzie jechać, aby porozmawiać o Dmowskim. Wstyd mi było tłumaczyć, co oznaczają różowe plamy na i obok rzeźby, ale oni przyjęli to ze zrozumieniem. Wiedzą, że nie wszyscy ludzie rozumieją swoją historię.

Aha, jeszcze jedno: na żywo pomnik wygląda znacznie lepiej niż na zdjęciach. Kto jeszcze nie był, polecam – to naprawdę dobra robota.

A jak obchodziłem święto demokracji? Urzędowo – głos oddałem. Nie znam jeszcze wyników niższego szczebla, a rezultat JKM widzieliście sami... jakoś nie mam powodu do triumfu, bo w sumie niezależnie, kto siedzi w naszej protezie samorządowej, wszelkie zmiany na lepsze muszą się zacząć od pogonienia reszty hołoty na górze.

W niedziel było mokro, zimno i smutno, co chyba dobrze oddawało niemal absolutną obojętność wyborców wobec wyborów. O ile w sobotę czułem autentyczną świadomość narodowej wspólnoty ludzi stających pod pomnikami i zwiedzających muzea, tak dzień później nie stwierdziłem nic analogicznego, jeśli chodzi o wspólnotę obywatelską. Ot, wybory. Mnie to nie dziwi, ani nie martwi, ale akolitów systemu demokratycznego powinno. Patrzcie tylko – ciemny lud czuje się narodem, ale nie czuje się świadomym elektoratem. Chyba musicie pogonić swoich inżynierów dusz, aby coś z tym zrobili.

Więc na prawdę obchodziłem w tych dniach tylko jedno święto – narodowe. Jego smak został trochę zatruty przez tych prymitywów od zbezczeszczenia pomnika Dmowskiego, ale pocieszam się prostą myślą:

Zapewne ci mudżahedini, którzy to zrobili, nie identyfikujący się ani z demokratycznym społeczeństwem, ani z narodem, nie mieli żadnego święta. I dobrze im tak.

czwartek, 09 listopada 2006
Będę duchem

Nie mogę być jutro na odsłonięciu pomnika Romana Dmowskiego. Żałuję, ale nie mogę. Żałuję, bo boję się, iż kolejna grupka prymitywów potraktuję to jako okazję do własnych harców politycznych. Mudżahedini poprawności politycznej czuwają, o czym z dumą donosi GW. Lepiej nie patrzcie na sondaż – chyba go podkręcają. A przynajmniej mam taką nadzieję i wierzę, że także wśród czytelników Wyborczej nie ma aż tak wielu zajadłych zgorzknialców, którzy nie potrafią docenić zasług współtwórcy polskiej niepodległości.

Mam do Was, warszawscy Czytelnicy KKK, prośbę – bądźcie na Placu Na Rozdrożu, jutro o 13:00. pokażcie, że nie wszyscy godzą się na zakłamywanie naszej historii. Sowietów już nie ma, chyba że tylko w umysłach tych lewackich fanatyków. Uczcijmy Romana Dmowskiego, tak jak należy.

(Cokolwiek myślimy o estetycznej stronie wykonania pomnika)

poniedziałek, 06 listopada 2006
Okopy Świętej Trójcy

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na wywiad przewodniczącego Safjana, udzielony niedawno Jarosławiowi Kurskiemu z GW. Niby tekst standartowy: długawy, nudnawy, okraszony zwykła dawką ujadań pod kątem rządu. No dobrze, może nieco lepszy niż zwykłe filipiki kaczofobiczne, bo jednak prof. Safjan jest człowiekiem gładkim i wygadanym. Ale nie o elokwencji dziś piszę.

[JK: Porozmawiajmy więc o kulturze prawnej w IV RP?

MS: Proszę Pana, jestem prezesem Trybunału, który stoi na straży konstytucji. Konstytucja stanowi w preambule, że jesteśmy III Rzecząpospolitą. I dopóki nie będzie zmieniona konstytucja, a wierzę, że nie będzie - zabraniam mówienia: IV Rzeczpospolita. To jest nieuprawniona nazwa.]

Czy to tylko troska prawnika o utrzymanie kultury logicznej i szanowanie stanu prawnego? Pozwolicie, że nie uwierzę. To raczej dość rozpaczliwa deklaracja przedstawiciela sprawy przegrywającej. Obóz III RP zaczyna już powoli zdawać sobie sprawę, że przegrał, jeśli nie wojnę, to wiele poważnych bitew. I myśli już o obronie na szańcach obecnego systemu prawnego. Konstytucja Październikowa (sic!) - bo 17 X 97 zaczęła obowiązywać - wielki i bełkotliwy potwór legislacyjny, który w dodatku po Anschlussie stracił status podstawy prawnej na terenie RP (vide: sprawa UNA), jest i pozostanie jednak ważnym regulatorem życia politycznego nad Wisłą. Ponieważ niepisana konstytucja Trzeciej i Najjaśniejszej, to jest: umowy Okrągłego Stołu, coraz częściej są podważane, siłą rzeczy Konstytucja Październikowa, jako nieodrodna córka tzw. Polski Kuronia (wybaczcie, ten termin popularyzują raczej środowiska lewackie, ale pozwalam sobie przywołać osobę Wielkiego Negocjatora w charakterze symbolu) staje się formalną linia oporu Ancient Regime.

I obóz III RP będzie bronił nienaruszalności Październikówki – każde poważne zmiany skrytykuje z oczywistych względów, ale i drobne poprawki, w stylu JOWów, musi blokować jak Rejtan rozbiory. Nie ma innego wyjścia – już niedługo krzywa litera naszego prawa będzie ostatnią zaporą przed dziczą IV RP, a prof. Safjan i inni rycerze Dawnego Porządku będą stać nad tekstem nieważnej już w praktyce ustawy, jak arystokraci w okopach Świętej Trójcy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: raz, że wreszcie zrozumieją, jak czuli się konserwatyści, żyjąc w piekiełku III RP. Dwa, że może wreszcie ci profesorowie prawa zaczną szanować prawo, czym nie wyróżniali się w ostatnich kilkunastu latach.

Póki co, zaczną wielbić złe prawo, ale nie od razu zbudowano Kraków

czwartek, 02 listopada 2006
Pijani Tolerancją

Od wielu lat środowisko Ludzi Oświeconych i Politpoprawnych przekonuję Ciemny Lud, że w Polsce mamy poważny niedobór tolerancji. Cóż, według mnie, z ową tolerancją jest jak z alkoholem – może istnieją gdzieś sumienia, wypłukane przez lewicową (anty)cywilizację, jak umysły pijaków przez etanol. I tym jest mało politpoprawnego trunku. Ale znaczna większość ludzkości powinna po kolejnym kieliszku czuć mdłości i obrzydzenie wobec napitku. Jeśli nie czuje, to znak trwałego spaczenia serc i rozumów. Na szczęście, istnieje jeszcze jedna bariera, niczym naturalna reakcja ludzkiego ciała na alkoholowe zatrucie. Po pewnej dawce tolerancji, tkanka społeczna odmawia dalszego picia – nie jest już w stanie przyjąć więcej trucizny. Jedyne czego można żałować, to zastraszający poziom owego limitu. Dziś odstawiamy powoli butelkę ze względy na marskość cywilizacyjnej wątroby.

Ostatnio żyjemy, a w każdym razie wrażliwi ludzie żyją, dwoma wydarzeniami: kryzysem wychowawczym w polskiej szkole, symbolizowanym tragedią Ani z Gdańska oraz horrorem hiszpańskich katowni aborcyjnych. I oba te dramaty maja ze sobą wiele wspólnego, przede wszystkim wspólne źródło moralnej znieczulicy.

Zwyrodnialcy, tacy jak prześladowcy Ani, czasem się zdarzają. Fakt, może ostatnio częściej, ale zauważenie brutalności wśród młodzieży nie jest aż takim kopernikańskim odkryciem. Co mnie zszokowało najbardziej, to nie samo barbarzyństwo tych małych degeneratów, ale absolutna bierność klasy. Ile tam było dzieciaków? 30? Powiedzmy, że połowa to chłopcy. 5 należało do hordy katów, ale co się stało z pozostałą dziesiątką? Żaden z nich nie śmiał się przeciwstawić napastowaniu kobiety. To bardzo niepopularne stwierdzenie w dzisiejszych czasach, ale od tego mężczyzna ma pięści, aby bronić kobiety. O ile samce zwierząt chronią tylko swoje samice, to istoty ludzie powinny chronić wszystkie niewiasty. Taka to głupia norma kulturowa, trochę z prymitywnej starożytności, trochę z mroków średniowiecza. W sumie: bardzo nietolerancyjna, przynajmniej dla damskich bokserów. W normalnej klasie, w normalnej grupie młodych ludzi, tych 10 sklepało by agresywną piątkę, a jeśli ci degeneraci zdecydowanie górowaliby siłą i odwagą nad resztą, to przynajmniej owa reszta mogłaby wezwać pomoc. Ale podejrzewam, że nawet ci cisi koledzy unieszkodliwili by dwakroć mniej licznego przeciwnika – Nunc Hercules contra plures, co przekłada się na polski mniej więcej jako: Kiedy ludu kupa i Herkules... No, wiadomo. Ale niestety – owa kupa była bardzo tolerancyjna wobec współczesnej wersji herkulesów.

Co ma wspólnego z tym hiszpański horror aborcyjny? Sporo. Po pierwsze dowiedzieliśmy się, że w tym postkatolickim kraju, dzięki zaświadczeniu psychologa, można zaszlachtować każde dziecko, które nie zdąży szczęśliwie się narodzić. Ale po drugie, wspólna jest znieczulica. Hiszpanie wiedzieli, jakie mają prawo. Duńczycy także, skoro duńskie „matki” (czy w ogóle można użyć tego słowa w tym przypadku?) jeździły na drugi koniec Europy, aby postępowo wyabortować drobną niewygodę natury biologicznej. I nikomu to nie przeszkadzało. Nikomu, oprócz garstki ciemnogrodzkich fanatyków, podburzanych przez niejakiego Benedykta Sz. (po zachowaniu polityków hiszpańskiej lewicy w czasie tegorocznej pielgrzymki, można było odnieść wrażenie, iż papież jest jakimś przestępca, z którym spotkać się luminarzom demokracji nie wypada...), lidera antypostępowej siatki religijnej. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie prowokacja duńskiej dziennikarki, która udała, że rozmyśliła się z posiadania dziecka w ósmym miesiącu ciąży. Coś w społecznym organizmie chlupnęło, Europa poczuła solidne nudności. Brawo, doskonale, szkoda tylko, ze nikt nie pamięta, od jak dawna piliśmy już tę truciznę.

I teraz nasi władykowie uwijają się jak w ukropie, aby zapudrować szokujące ekstrema szkolnego zbydlęcenia, czy aborcyjnego holokaustu. Bo ludziom już to się nie podoba – opili się za dużo i kolejne łyki tolerancji wobec zła stają w gardle i parzą trzewia. Dobre i to. Ale ile takich Ań musi jeszcze odebrać sobie życie, aby Lechici zrozumieli, że zrzucanie winy z młodocianych bandytów to przyzwolenie na zło i przemoc, a takie przyzwolenie, to wręcz wzywanie do przestępstw? Ile jeszcze dzieci nienarodzonych musi zginąć, aby Europa żądała sobie pytanie, czy godność istoty ludzkiej rzeczywiście spływa na płód dokładnie w dwunastym tygodniu ciąży, bo tak orzeka Święta Ustawa?

I zaraz Szanowne Lewactwo oburzy się, że tolerancja to światła idea zgodnego współżycia różnych, ale równych... etc. Nie, słowo tolerancja oznacza bierną wytrzymałość na czynnik szkodliwy. Uważanie za pełnoprawnego członka rodziny ludzkiej człowieka o innym kolorze skóry, to nie tolerancja, ale nakaz moralności i zdrowego rozsądku. Pozwalanie na głoszenie odmiennych poglądów (no chyba, że owe poglądy podżegają do przestępstwa, jak choćby lobbing aborcyjny), to nie tolerancja, ale szanowanie cudzej wolności. A gromienie tradycyjnego porządku etycznego i prawnego to nie objaw tolerancji. To objaw złej woli, albo krańcowego wypłukania mózgu w postępowej gorzałce.

poniedziałek, 30 października 2006
Powrót Króla Leara / Wreszcie debata!

Serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników bloga za trzy tygodnie jedynie duchowej obecności. Z wrodzonego lenistwa, przedłużyłem sobie urlop chorobowy. Ale ponieważ zdarzyło się przez ten czas wiele, aby wręcz nie powiedzieć: bardzo wiele, wracam z tej emigracji wewnętrznej. Jestem nieco nie na czasie, jeśli chodzi o sprawy bieżące, zacznę więc o tych ponadczasowych – dziś: monarchia.

24 X 06, aula im. Jana Pawła II na UKSW (niby Warszawa, ale tak na prawdę, to cudowny Lasek Bielański) – konferencja naukowa pod tytułem „Demokracja – przyszłość, czy anachronizm?”. Propozycja ciekawa, bo firmowana przez KZM, a dobór gości zapowiadał się smakowicie. Obowiązki naukowe nie pozwoliły mi być na spotkaniu, jednak mój ojciec nagrał zapis audio wszystkich wystąpień. Z plajbaku, czy nie, dyskusję były niezwykle ciekawe, choć nie było zasługą wszystkich gości.

Cóż, prawie cztery godziny konferencji nie nadają się do streszczenia, podzielę się więc z Wami tylko ogólnymi myślami na temat spotkania. Pierwsza część była swoista rozgrzewką – prezentacją stanowiska zdecydowanie monarchistycznego i nieprzejednanie antydemokratycznego (niezawodny dr. Wielomski) oraz umiarkowanego demokratyzmu (dr. Sowiński), jednak w tym lżejszym, chadeckim wydaniu. Strony „poróżniły się pięknie”, sprawnie przedstawiając protokół rozbieżności, choć palmę pierwszeństwa należy przyznać drowi Wielomskiemu - nie chodzi mi oczywiście o rację merytoryczną (choć i ta z pewnością leży po jego stronie. – przyp. Lear), ale o styl dyskusji: dr. Sowiński kilkukrotnie wpadł w tautologiczne meandry demokratycznej nowomowy.

Druga cześć debaty ściągnęła głośne nazwiska. Adam Wielomski został, jako zmiennik posła Pawelca. Jako wsparcie Ciemnogrodu wystąpił redaktor Michalkiewicz, a stronę demokratycznego światła i nieubłaganego postępu prezentował redaktor Żakowski z (ex)posłem Lityńskim. I w tej części konferencji nie padło żadne nowe słowo – strony jakoby odczytały stanowiska ideowe swoich obozów światopoglądowych. Jednak zdecydowanie lepiej wypadł Ciemnogród (moim zdaniem. Czy ktoś z Czytelników był obecny? Jeśli tak, proszę o komentarz.), albo inaczej: Jasnogród nie wykazał żadnego wigoru polemicznego, a automatyzm niektórych odpowiedzi (zwłaszcza odruchowa apologia Kuronia, autorstwa Lityńskiego) zniechęcał do wsłuchania się w sens wypowiedzi (sic!) jaśnieoświeconych lewaków. Żakowski był podejrzanie uprzejmy, przynajmniej na tle swoich standardów. Prócz dwóch i to umiarkowanie chamskich wycieczek w stronę red. Michalkiewicza, mówił spokojnie, zapamiętale i drętwo. Razem z Janem Lityńskim tylko powtarzali mantry o wspaniałości demokracji III RP. Cóż, może warto było tego posłuchać, aby sprawdzić jak pusto brzmią podobne deklarację przed neutralnym (to jest: nie sfanatyzowanym politpoprawnie) audytorium.

Na deser, red. Michalkiewicz wyłapał freudowską pomyłkę red. Żakowskiego, mówiącego o „eliminacji poglądów dysfunkcyjnych w demokraci”. „Antyjudejczyk” zapytał Salonowca, czy zamierza likwidować owe „poglądy dysfunkcyjne” razem z właścicielami, czy bez. Ów problem wzbudził powszechną wesołość na sali.

Na deser zaserwowano Nam pojedynek nazwisk głośnych i zasłużonych – naczelnego nad Wisłą badacza historii Kontrrewolucji – prof. Jacka Bartyzela oraz ks. prof. Piotra Mazurkiewicza, dyrektora Instytutu Politologii UKSW. Tu starł się piewca Dawnego z wiernym uczniem Arystotelesa – monarchista z arystotelikiem politycznym, uznającym prawowitość wszystkich trzech Ustrojów Podstawowych. A sam temat panelu był gorący: „Demokracja a Kościół”. Obaj uczeni przedstawili zgodny obraz wielowiekowego stosunku Kościoła do ludowładztwa i rewolucję, jaka w tej materii zaszła w dwudziestym stuleciu. Oczywiście, prof. Bartyzel przedstawił tę historię oczyma Tradycjonalisty, a słowach ks. Mazurkiewicza unosił się aromat Vaticanum Secundum (choć w jego kanonicznej, nie skrzywionej przez modernistyczną ekstremę wersji).

I dla mnie był to wzorzec prawdziwej dyskusji, jakiej brakuje mi w polskiej nauce, polityce... jakiej brakuje mi w Polsce w ogóle. Bo obecnie debata na jakikolwiek temat, albo przypomina zgodny chór owiec z „Folwarku Zwierzęcego” (w czym celuje red. Żakowski, jeśli znajdzie się w odpowiednim towarzystwie), albo erystyczną jatkę wyzwisk, krytych tylko wydelikaconym słownictwem (w tym także celuje red. Żakowski, jeśli skonfrontować go z „nośnikiem poglądów dysfukcyjnych”). Ani w jednym, ani w drugim przypadku, nie dochodzi do prawdziwego dialogu (ulubione słowo Jasnogrodu, zdecydowanie w Jasnogrodzie nierozumiane), bo idee albo ośmieszane są przez nudne przytakiwanie, albo giną w agresji. A dyskusja profesorów na UKSW była zupełnie inna – nie chodziło o przekonanie siebie nawzajem, a o przedstawienie problemu. I przedstawiono go z dwóch, różnych (choć nie wrogich sobie) perspektyw, a słuchacze mogli na własny użytek wyrobić sobie zdanie. Życzyłbym sobie, aby choć ułamek tej dyskusyjnej kultury w mediach, czy nawet w sporach na mojej uczelni (która, niestety!, lubuje się w „chórowych” rozmowach).

Mam nadzieję, że czwartkowa konferencja jest wyrazem jakiś głębszych trendów – powolnego zmuszania totalniackiej lewicy intelektualnej (sic!) do rzeczowej dyskusji (panel drugi) oraz prezentacja kulturalnej (bo konserwatywnej!) kultury rozmowy (panel pierwszy i trzeci). Cieszę się, że UKSW krzepnie i stara się wprowadzać zdrowy ferment do zastałego światka warszawskich wykształciuchów. Szkoda tylko, że ten proces trwa tak powoli.

środa, 18 października 2006
Myśli chorego

Na grypę, dokładniej mówiąc. Milczę ostatnio, gdyż najpierw dopadł mnie remont w mieszkaniu, potem jesienne zaziębienie. Podobne warunki bynajmniej nie sprzyjają myśleniu na tematy poważne i śmieszne jednocześnie, jaki dominują ostatnio w polityce. Ale na szybko, kilka luźnych teorii spiskowych.

Samoobrona w rządzie – Okrągły Stół?

No trochę przesadzam – lewica laicka dogadywała się generałami ubecji, a Kaczyńscy tylko z nędznymi porucznikami z SO. Ale nie zmienia to faktu, że kiedyś trzeba będzie PIS z tej decyzji rozliczyć: przyśpieszą, gdy się da – wspaniale, ego vos absolo... Nie, przyśpieszą, utkną w układziku z ludźmi pokroju Maksymiuka jak „partie rozumne” z Układem... cóż...

Myśl druga – Albo Kaczyński wpuścił SO do rządu, bo musiał, albo zrobił to, bo mógł. Jeszcze nie wiemy, co ekipa Macierewicza wygrzebała w okolicach WSI. Być może mają, lub mogą mieć takie haki na lepperowców. Wizja piękna, choć chyba zbyt piękna, aby prawdziwa.

Aha, jeszcze jedno: jeśli ta makabreska na temat 800 złotych za bierne pasożytowanie na ciele państwa okaże się prawdziwa, to stanę się z miejsca antykaczystą. Pewnych granic, Panowie Bracia, przekroczyć wam nie wolno...

Trochę nie rozumiem tej manii wokół szafy Lesiaka (złośliwi twierdzą, że Jaro odkrył w niej Narnię). Chyba dla każdego Oszołoma i Reakcjonisty, zawartość tego przereklamowanego mebla nie jest rewelacją, a oczekiwanie, że Gazeta W. przyłoży do problemu choćby ćwierć swego żarliwego obiektywizmu, zastosowanego choćby przy Rewolucji Ku^#!(ów, jest równie na miejscu, co czekanie na odpowiedzialność karną wobec Czuchnowskiego za zdemaskowanie kontaktu operacyjnego polskiego wywiadu na Bałkanach.

Ks. Isakowicz-Zaleski znów na indeksie. Ale trochę za późno, proszę szanownych Braci Zgromadzenia Judaszowego. Jeśli Znak nie wydrukuje, to tekst wycieknie, jestem o tym przekonany. Kard. Dziwisz (optymistycznie zakładam, że jedynie z powodu chrześcijańskiego współczucia wobec upadłych braci w kurii krakowskiej) usiłuje powstrzymać lawinę. I chyba nie przypadkiem zakaz został wydany dzień po premierze filmu o JP2, która to premiera automatycznie odgrzała sławę i chwałę arcybiskupa. Ale papieskich rocznic, premier filmowych i innych, podobnych festynów nie ma tak dużo, aby zająć nimi gawiedź do Sądu Ostatecznego.

Szkoda dla Kościoła Świętego Judasza, że kiedy był na to czas, nie postarał się o swoją „Komisję Michnika”. „Komisja Życińskiego”? Tak, to by było obiecujące.

A na deser – Ryt Trydencki. Oczywiście, nie podoba się wielu wyzwolonym hierarchom, ale to nic dziwnego. Kiedy słucham naszych oświeconych kapłanów, to czasem mama wrażenie, że nie podoba im się sporo elementów w nauczania, tradycji i liturgii Kościoła Powszechnego...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20