Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
wtorek, 28 lutego 2006
Niech żyją Kasandry!

http://newsweek.redakcja.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=14602

W tym tygodniu „Newsweek” raczy nas opisem śledztwa dziennikarskiego. Nie chodzi, oczywiście, o badanie przeprowadzane przez dziennikarzy, jak np. redaktorów GW w sprawie odwiedzin Lwa u Adama. To zupełnie inne dochodzenie, które nie dość, ze trwało krócej, to jeszcze niejako zamieniało ustalone role – to nie dziennikarze śledzili polityków, ale na odwrót.
O szczegółach postępowania napiszę, kiedy będę wiedział więcej. Póki co, chciałbym ocenić sytuację nieco z góry. Po salonach i ulicach słyszę lamenty: „Tak jeszcze nigdy nie było!” , „To skandal!”. Z pierwszym z nich zgadzam się w pełnej rozciągłości. Drugi uważam za całkowicie fałszywy.
Owszem, tak jeszcze nigdy nie było. Relacje na linii „władza-media” załatwiano dotychczas po cichu, bez rozgłosu. Korupcje, groźby, inwigilację odbywały się pod dywanem życia publicznego i do dziś nie znamy nawet połowy mechanizmów np. odrażającym serwilizmem telewizji publicznej za czasów duetu Waniek-Kwiatkowski. Dziennikarze „Życia”, którzy ośmielili się postawić niewygodne pytania „Pierwszemu”, byli systematycznie męczeni przez prawie dziesięć lat. Dziwaczne zdarzenia wokół „Gazety Polskiej” nie doczekały się zainteresowania czynników oficjalnych, choć czynniki nieoficjalne mówią nawet o brutalnej grze z udziałem tajnych służb. Na takim to tle wyłania się afera dziennikarstwa śledczego. Wyciągnięta na światło dzienne, opisana, dyskutowana. Kasandry mają rację – tak jeszcze nigdy nie było.
Teraz zastanówmy się nad drugim lamentem – czy to skandal? Całej sprawy nie znamy, więc nie sposób oceniać. Dość powiedzieć, że jeśli prawdziwa jest wersja ministra Ziobry, to organa państwa działały zupełnie zgodnie z prawem i przyzwoitością. Jeśli jednak potwierdzą się zarzuty „Newsweeka” (a’propos: ciekawe czemu sami pokrzywdzeni nie dochodzą swoich praw, albo chociaż sprawiedliwości), to czyniony dziś raban powinien się zakończyć jakimiś postępowaniami. Nie dyscyplinarnymi, ale karnymi.
Ale powiedzmy to sobie szczerze: cokolwiek by się nie okazało, media w Polsce, przy wydatnej (choć może nieświadomej) pomocy PISu, odniosły dzisiaj miażdżące zwycięstwo! I to nie nad byle jakim wrogiem, ale nad sobą. Bo tak powinno zawsze być. Środki masowego przekazu muszą siedzieć na karku władzy dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Nie kwiczeć posłusznie, jak to bywało za rządów czerwonego, ale spełniać swoją misję publiczną. Nie kompromitować etyki dziennikarskiej w prywatnych wojenkach Obberredaktorów przeciw lustracji, w pełnych histerii akcjach oczadzania odbiorców propagandą eurosukcesu, albo w bronieniu takich przedstawicieli środowiska jak Lesław „Ketman” Maleszka. Media, jeśli mają ambicję zasłużyć na miano czwartej władzy, powinny kontrolować trzy pozostałe. Bez znaczenia jest, kto obecnie rządzi, albo co podpisał kolega z redakcji. „Prawda, za wszelka cenę” – oto streszczenie pismackiego credo.
I media przypominają sobie o tym właśnie teraz, u progu Czwartej RP. Myślicie, ze będę sypał gromy na dociekliwych dziennikarzy „Newsweeka”? Skądże znowu, krzyżyk im na drogę. Niech robią dziś to, czego ich koledzy nie robili przez ostatnie siedemnaście lat (ponoć uczciwej) Polski. Niech przyswajają sobie nieznane standardy, niech uczą się nieznanego dotychczas rzemiosła. Cnota krytyki się nie boi, a wręcz bez krytyki gnije. Niech ich własne sumienia poganiają w zbożnym dziele wyciągania drzazg z oczu „kaczystów”. Trzeba zadać trudne pytania ministrowi? Prokuratorowi? Prezydentowi? Ależ proszę bardzo, pytajcie śmiało. Pytajcie i pamiętajcie, że Polacy oczekują tego dziś, ale i oczekiwali identycznej postawy przez kilkanaście lat sojuszu Tronu i Salonu. Wtedy, kiedy kryliście głowy i sumienia w piasek.
Powodzenia, młode Kasandry! Krzyczcie, ile sił w płucach. I przyzwyczajajcie się, bo tak krzyczeć będziecie musiały już zawsze – nie tylko, kiedy pcha was do przodu interes, ale i kiedy będzie wymagała tego przyzwoitość.

poniedziałek, 27 lutego 2006
Skarga na Czwartą RP

http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3183329.html

Parę dni temu wspominałem o wykładzie profesor Barbary Skargi, wygłoszonym na uniwersytecie Warszawskim. Jest to ciąg dalszy (nie)sławnego cyklu „Wykładów na nowe tysiąc lecie” (a’propos: Kościół też bawił się w solidne obchody Nowego Tysiąclecia, ale robił to z mniejszym poślizgiem – zaczął sześć lat temu). Tekst tego wystąpienia jest już dostępny w necie, a ja zalecam, aby go przeczytać. Przeczytać uważnie i zastanowić się, co skłoniło szanowną panią profesor do budowania takiej mitologii. Mitu dobrej Trzeciej i złej Czwartej RP.
W pierwszej części wystąpienia profesor mówiła o poważnym kryzysie życia publicznego. Zakreśliła wizję polityki, z której amputowano moralność, zastępując ją jedynie protezą zasad, często wykorzystywanych instrumentalnie.
Co się z polskim społeczeństwem stało, dlaczego nastąpiła tak głęboka erozja moralności, dlaczego znika poczucie wartości własnego państwa, niedawno odzyskanego, burzy się autorytet państwa lub się go uzurpuje, podporządkowując dobro ogólne wąskim partyjnym interesom?” Ja na to pytanie mam własną odpowiedź – trzem kolejnym pokoleniom Polaków ustawicznie obrzydzano pojęcia narodu, dumy z własnej historii i własnego dorobku, etos pracy nie dla swojego interesu, ale dla społeczeństwa i przyszłych pokoleń. Kiedyś robili to czerwoni, od kilkunastu lat swoją cegiełkę dokłada szanowny „przedprelegent” pani profesor, to jest Adam Michnik.
Ale wróćmy do diagnozy Barbary Skargi. Pani profesor uważa, że kryzys jest wynikiem działania krzywej, żeby nie powiedzieć „łże-moralności” politycznej. Ma to być cyniczne używanie świętości i autorytetów, maskowane „bełkotem intelektualnym” i „wartościami noszonymi na ustach”. Innym powodem fatalnego morale życia publicznego jest przełożenie skuteczności ponad ideowość. Skutkiem takich działań jest zawłaszczanie pojęcia „dobra wspólnego” przez określoną grupę, która odmawia reszcie społeczeństwa racji moralnej.
To straszna diagnoza, ale skądinąd kojarząca mi się ze znanym krajobrazem. Tak, wypisz-wymaluj ideowe pogorzeliska Trzeciej RP, która doprowadziła wzmiankowane wcześniej syndromy do tragicznego absurdu. Monopol na rację i słuszność? Bełkot intelektualny? Skąd ja to znam, no skąd? O ile reszta wykładu drastycznie przeczy wnikliwym diagnozom ze wstępu, te słowa wydają mi się doskonałe do opisu naszej niedawnej, a po części i dzisiejszej, rzeczywistości.
Barbara Skarga od razu opisuje receptę na smutny stan rzeczy. Ma być nim triumfalny powrót etyki do polityki, swoista „odnowa moralna”. Gdy siedziałem w Auditorium Maximum, słuchając mowy prelegentki, w pewnym momencie otworzyłem usta tak szeroko, jak Tygodnik Powszechny chciałby otworzyć Kościół Katolicki. Czy ja słyszę o przełomie? Czy padną zaraz słowa o dokończeniu rewolucji ’89 roku? Czy lekarstwem na nasze choroby ma być powrót do starej i sprawdzonej opoki tradycyjnych wartości? Przecież takie przemówienie mógłby (choć zapewne nie tak barokowym stylem) wygłosić Jarosław Kaczyński!
Nie, to tylko złuda. Pani profesor od razu odrzuciła podobny scenariusz. Wskazała mechanizm wypaczeń i zachwaszczania idei, przez fanatyzm oraz przekonanie o własnej nieomylności. Stwierdziła, że osobista uczciwość i ideowa przeszłość nie pomogą, gdy wchodzi się w niebezpieczne koleiny rewolucji. I poczęła snuć analogię, pomiędzy kiełkującym terrorem jakobinów, a działaniami naszych polskich odnawiaczy. Koronnym argumentem miało tu być podobieństwo dat (1789 do 1989), acz mnie raczej nie do końca poruszyła taka numerologia.
Kolejnym, nieuchronnym wedle pani profesor zjawiskiem, jest jad nieufności. Wykładała zgromadzonym słuchaczom, jakie szkody w idei „Rewolucji moralnej Francji” czyni zdrada, donosicielstwo i strach. „Denuncjacja zaś w tradycji europejskiej zawsze była czymś obrzydliwym.” stwierdziła Barbara Skarga. Słusznie ze wszechmiar, ale co to oznacza? Nie, wcale nie jest to wezwanie do rozliczenia donosicieli PRLu, ale przestroga, że lustracja będzie czynem gorszym niż owa tradycyjna denuncjacja. Na takie dictum trochę się zdziwiłem, zwłaszcza, iż czekałem na kolejne sposoby wprowadzania moralności do polityki. Póki co, słyszałem jak (a może „dlaczego”) tego robić nie należy.
"Tak zatem zarówno prawda, która jest przecież dla nas wartością niekwestionowaną, jak i hasła oczyszczenia moralnego ukazują swoje janusowe oblicze, prowadząc do działań, które z etyką nie mają nic wspólnego, przeciwnie, urągają jej zasadom." Tego zdania akurat nie zrozumiałem. Czy prawda także okazuje swoje „janusowe oblicze”? Ona też może być zła i szkodliwa? Jaka to polityczna moralność kwestionuje wartość prawdy, jaka filozofia zakazuje poznania? Co w dochodzeniu do moralności urąga jej zasadom? Wedle mnie, jakobini pohańbili się nie chęcią odnowienia moralności, ale wysyłaniem niewinnych ludzi na gilotyny. Ba, podobne kryterium oceny po owocach chciałbym zastosować i do współczesnych rewolucjonistów. Ale Barbara Skarga jest nieugięta w swym oskarżeniu. Ostrzega, że jakobińscy kaczyści zginą od tej samej broni, którą dziś władają. Czy pani profesor chodzi o teczki? Ludzie dzisiejszej prawicy mają zostać pognębieni niemoralnym wykorzystaniem lustracji przeciw nim? A może chodzi o niepowstałe jeszcze CBA. Albo gilotyną dla rządu będzie brak postpeerelowskich WSI? Nie wiem, ale takie zagrożenia nie wydają mi się zabójcze dla rewolucjonistów. A skoro oni uważają podobnie, to krzyżyk im na drogę, niech giną od miecza, który kują. Sami chcieli.
Prelegentka zauważyła groźbę dla społeczeństwa, wynikająca z utrwalania podziałów. Myślenie w stylu „My-wy” ma na długo oddzielić ludzi od władzy, a samych Polaków zamknąć w hermetycznych grupkach, wiecznie skłóconych ze sobą. Wedle mojej oceny, dokładnie tak robiła III RP, która jako państwo nadopiekuńcze, co rusz konfliktowała obywateli na okazję absurdalnej redystrybucji wydartych im dóbr. Sądzę, że „Moher” rzadko kiedy staje na ubitej ziemi naprzeciw „Aksamita”. Tymczasem matka skłócana jest z górnikiem, przedsiębiorca z emerytem, a żołnierz z lekarzem przy każdej złotówce niepotrzebnie przechodzącej przez skorumpowane instytucje państwa. Ale to tylko moje zdanie, więc wedle Barbary Skargi należę chyba do innego gatunku ludzi.
Aby obywatel mógł spełniać swoje powinności wobec państwa, musi być wolny, co dawno już przynajmniej Europejczycy zrozumieli, odrzucając wszelkie rodzaje rządów autorytarnych i opowiadając się za demokracją. Albowiem w demokracji wszyscy są równi wobec państwowego prawa, i wszyscy mają możność wypowiedzenia swej opinii.” Ten cytat wstrząsnął moją wiedzą na temat świata. Poza faktem, że dotychczas zupełnie inaczej rozumiałem myśl Arystotelesa – na przykład sądząc, że Stagiryta uważa demokrację jedynie za formę sprawowania władzy, a nie za kombajn różnorakich wartości moralnych i prawnych, jak uważa pani profesor (ps. Czy wprowadzanie moralności demokratycznej też prowadzi do gilotyn?), to uradowałem się na dźwięk pierwszej części zdania. Profesor postuluje wolność, jako ratunek przed zepsuciem i konfliktem! Przecież to miód na moje konserwatywno-liberalne serce! Nasunęło mi się więc zaraz pytanie: czy wolność, którą wychwalała prelegentka jest możliwa do osiągnięcia w państwie przeżartym korupcją, przytłaczającym obywatela swoją wszechwładzą i będącego areną ciemnych interesów żywych trupów starego systemu? I co III RP przez siedemnaście lat zrobiła, aby ten stan rzeczy zmienić? Niestety, nie doczekałem się odpowiedzi, bo na salę znów wkroczył Arystoteles.
Barbara Skarga po raz kolejny przywołała wielkiego myśliciela, na poparcie słuszności swych wywodów. Nie jestem jednak do końca pewien, czy Stagiryta podpisałby się pod apelami obrończyni III RP. Tego nigdy się nie dowiem, bo zmarli milczą, nawet kiedy drastycznie wypacza się ich poglądy. Sądzę jednak, że Arystoteles zarechotał cicho na Polach Elizejskich, kiedy wielka orędowniczka liberalnej demokracji przywołała jego nauki dla Aleksandra – brutalnego tyrana, będącego uosobieniem jednoosobowej, niemal boskiej władzy.
A więc jak oceniać całe przemówienie? Nie wiem, ja słuchając uczonych słów pani profesor miałem nieodparte wrażenie, iż wybitna filozofka robi czysto matematyczne błędy. Gdzie mówi o numerku trzecim, sugeruje, ze chodzi jej o czwórkę. A potem czyni błąd odwrotny. W dodatku, odwraca logiczne wartości problemów z sofistyczną brawurą. Głosi potrzebę moralnej odnowy, potępiając moralną odnowę i odkrywa wypaczenia instrumentalizacji idei, broniąc wypaczeń instrumentalizacji idei. Może umysł pani profesor obejmuje myślą takie operacje. Ale nie mieszczą się one w rozumie moim, a także (o czym jestem przekonany) w systemie dwuwartościowej logiki Arystotelesa.
Barbara Skarga oskarżyła Czwartą RP o rozmaite, jeszcze nie popełnione, ale niemal pewne zbrodnie. Co smutne, ta wybitna osobowość nie dodała do zbioru zarzutów niczego nowego, jedynie odgrzała w erudycyjnym sosie ulubione danie wyjadaczy salonowych. Bo oni wszyscy uprawiają skargę na IV PR, choć być może mniej błyskotliwą, gorzej sformułowaną. Pisaną przez małe „s”. Za to powtarzają ją nachalniej i dużo skuteczniej.
Tego nie powiedział Arystoteles, ale równie rozsądny, anonimowy Francuz: „qui s'excuse, s'accuse”. Ja bym sparafrazował ów bonmocik, odwracając go: „Kto oskarża, ten bardzo chce się wytłumaczyć”.

 
Ps.
Ale z całego wykładu wyłowiłem istną perełkę, zdanie, które swoją prostotą i mądrością wręcz powala na ziemię: „Rezygnacja z dążenia do prawdy jest zawsze przyznaniem się do porażki.” Należałoby je zadedykować wszystkim opętanym przez michnikowszczyznę przeciwnikom lustracji.

niedziela, 26 lutego 2006
W hierarchii autorytetów

I nie doczekałem się stenopisu wykładu Barbary Skargi, Czyżby GW poskąpiła papieru, dla pani profesor? Dziwne, bo uważam, ze jeśli już Salon może się kimś chwalić, to ludźmi autentycznie zasłużonymi, a pani Skarga do takich należy. Czemu więc nie opublikowano jej wykładu, który (choć, jak już pisałem, niezbyt spójnie) to jednak gorąco bronił dorobek III RP?
Mogę się jedynie domyślać, że i w chórze nadwiślańskiej szlachty istnieją magnaci oddziaływania i gołota wpływu. Salonowiec salonowcowi nie równy, a tymczasowy sojusznik (jakim zapewne jest Barbara Skarga) nie znaczy na dłuższą metę nic. To właśnie jedna z zabójczych umiejętności aksamitnego towarzystwa – zdolność do organizowania pospolitych ruszeń „ludzi przyzwoitych”, którzy za swoją „przyzwoitość” nie dostają nic, oprócz pochwały z ust Oberredaktora. I osoby naprawdę inteligentne, uczciwe, a czasem wybitne, dają się ponieść fali intelektualnego konformizmu, nakręcanego przez luminarzy Jasnogrodu. Jakby powiedział Stanisław Michalkiewicz – to idealnie przygotowany „pełny odlot i spontan”, który wciąga pozorami szlachetnej konfederacji przeciw hołocie.
Widać to nie tylko na poziome sal akademickich, ale nawet w (aby użyć ulubionego słowa Wieszcza) rynsztoku internetu. Na forach dyskusyjnych, zwłaszcza „Forum: Kraj” serwera Agory, tłumnie piszą owi najniższej rangi harcownicy starego porządku. Zgodnie kopali PO, gdy Tusk zagrażał Cimoszewiczowi, potem jakby na niemy sygnał, zaczęli kopać PIS, gdy to Tusk okazał się Nową Nadzieją Salonu... Dziś plują jadem na każdy oddech premiera i rządu, przekonani o własnej nieomylności i wyższości intelektualnej, tudzież moralnej (z niektórych nienawistnych postów można by wnioskować, że i rasowej) nad „kaczystami” i „moherami”. A najśmieszniejsze jest to, że oni nie mają ze swej jasnogrodzkiej krucjaty nic, oprócz poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Salonowi udało się wmówić, że powinnością dobrego człowieka jest flekowanie inaczej myślących, odmawianie im racji moralnej i intelektualnej. Dzieje się to na każdym szczeblu, od szeregowego forumowicza w wzwyż. Wiem, to zabrzmi okropnie, ale uważam, iż wykład profesor Skargi wpisuje się w ten schemat „pożytecznych harcowników”, tyle że na samym szczycie życia umysłowego. Smutne to, ale niemożliwe do przemilczenia.
I jeśli czyta mnie jakiś harcownik Salonu, kieruje do niego poważne pytanie: co z tego masz? Jaką własną korzyść widzisz we wspieraniu medialnej nagonki na rodzącą się w bólach Czwartą RP? Jeśli robisz to, bo szczerze wierzysz aksamitnym autorytetom, to w dużym stopniu zasługujesz na mój szacunek, ponieważ robisz, co uważasz za słuszne. Ale czy zdajesz sobie sprawę, że jesteś wykorzystywany w bezdusznej maszynie politycznej, a po części i ekonomicznej walki o „rząd dusz”? Czy w ostatecznym zwycięstwie Salonu widzisz dla siebie jakąkolwiek korzyć, oprócz poczucia dobrze spełnionego obowiązku?
Bo My, Ciemnogrodzianie, również walczymy zgodnie ze swoimi zasadami. Ale oprócz tego, widzimy wymierne korzyści klęski twoich idoli. Dekomunizacja kraju, szansa wzmocnienia przez Polskę pozycji na arenie międzynarodowej, możliwość zabezpieczenia niepodległości Ojczyzny przed energetycznym szantażem Rosji. Oczekujemy pełnej swobody wypowiedzi, bo obecne paradygmaty poprawności politycznej nas krępują. Oczekujemy odkłamania historii Polski, bo uważamy życie w kłamstwie za obrażające nas każdego dnia. A, i nie cierpimy, gdy ktoś mianuje nam z góry elity i wyznacza autorytety. Chcemy jak najszybciej zaznać pełnej wolności, tak sferze polityki, gospodarki, jak i myślenia oraz wyrażania poglądów.
A Ty, czego oczekujesz po triumfie michnikowszczyzny?
I podobne pytanie chciałem zadąć pani profesor Skardze, gdy rozmieniał swój autorytet naukowy i moralny na drobne brudnej wojenki Salonu. Tylko, że jakoś żal mi było starszej kobiety. Zakładam, że wy – młodzi aksamici, macie jeszcze dużo czasu na przemyślenie swego światopoglądu, albo chociaż interesu. Przynajmniej spróbujcie się dopchać jak najwyżej w nadwiślańskiej hierarchii autorytetów. Skoro tak wielu się tam pcha, na górze może być coś ciekawego...


ps.

Jednak tekst się znalazł (dzięki za linka, Polfic!). A więc teraz nie mam już wymówki i muszę jakoś skomentować skargi profesor Skargi...

sobota, 25 lutego 2006
Krótko i na temat

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3183416.html
„ABW na tropie inwigilacji prawicy”
Boże, tak szybko!?

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34314,3183366.html
„Swoboda lżenia - komentuje Ewa Milewicz”
Redaktor Milewicz jest zrozpaczona. Dotychczas myślała, że ona i jej środowisko ma monopol na bezkarne lżenie.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3182321.html
„Marek Jurek poparł projekt Samoobrony o NBP
Nowelizacja ustawy o NBP autorstwa Samoobrony nie narusza już niezależności banku centralnego - twierdzi marszałek Sejmu Marek Jurek.”
Dobrze, że MJ nie został jeszcze przepisany zaocznie do klubu parlamentarnego Samoobrony.

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,3180057.html
„Z wyrazami sympatii - Kinga Dunin”
Kinga Dunin atakuje, i to w dodatku przy pomocy klonów. W swoim felietoniku nie użyła żadnej oryginalnej kalumnii wobec premiera Marcinkiewicza, ino skopiowała kilka używanych już od trzech miesięcy. Coś kiepsko z formą, zwłaszcza, że KD w tym artykule zapomniała nadmienić, iż aborcja i eutanazja to najlepszy sposób ochrony najsłabszych członków społeczeństwa.

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,3179982.html
„Powrót Mrs. Robinson - Marcin Gadziński
Teoretycznie prawo powinno traktować w równy sposób kobiety i mężczyzn i za te same czyny karać tak samo. Ale z opinią tą zgadzają się nie wszyscy psychologowie
Ba, z taką opinią nie zgadza się również Gazeta Wyborcza. Są równi i równiejsi, a równość wobec prawa, to podejrzana sprawa, zwłaszcza, że oberredakcja chodzi na dwóch łapach, jak w „Folwarku Zwierzęcym” chodzą wszystkie...

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3181559.html
„Burzliwa debata w Sejmie: pakt stabilizacyjny się zachwiał - Wojciech Szacki”
Autor tego artykułu z niejakim trudem usiłuje ukryć radosne skrzywienie facjaty.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3183108.html
„Euroobława na pedofili w internecie - Roman Daszczyński, Gdańsk, Bogdan Wróblewski”
Obława na europedofili? Niby to wspaniale, każde pedofilskie zdjęcie to dowód odrażającego przestępstwa. Ale czytajmy dalej:
W przypadku serwerów na razie nie udało się ustalić indywidualnych odbiorców - mówi prokurator Krzysztof Trynka, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. - To wymaga dalszej pracy informatyków. Trzeba będzie szukać wśród setek użytkowników.”
Hm... To już nie „Folwark Zwierzęcy”, ale „1984”. Wystarczy, że wiatr stalinizacji znów podyma po Brukseli i nie będą już szukać „setek pedofilów”, ale setek np. bibliofilów lub innych oszołomów.
Ps.
„Pedofili” a nie „pedofilów”? W takim razie „Bibliofili”, a nie „bibliofilów”?

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=9911&wid=8203564&rfbawp=1140861349.517
„Rząd bierze się za "strzelanki"”
Ojoj... co ja pisałem o „1984”? Czy zostanę oskarżony o zabicie kilku tysięcy istnień wirtualnych w grze „Unreal”?
Ps.
To chyba oczywiste, że państwo wie, co jest dobre dla dziecka, dużo lepiej od rodzica. Czyż nie?

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=9912&wid=8203557&rfbawp=1140861341.292&ticaid=11253
„Z kim spotyka się Marcinkiewicz? - sprawdź w sieci!”
Kalendarz? A ja chce bloga! Takiego prawdziwego, z szablonem w kwiatki, serduszkami i misiami. No i oczywiście muszą być sercowe zwierzenia, najlepiej wszystkich polityków.

„O Boshe! Moi koffani Doland i Pawełek znów się kłócą” , albo: „Romek nie jest ze mną szczery. Nie patrzy mi w oczy, spojrzenie kieruje tak wysoko... On chyba mnie zdradza!” czy też: „Dziś wybudowałem sam trzysta domów, a Lechu pomógł mi z kolejną setką. Lutek odśnieżył ponad tysiąc dachów, a Radek przeprowadził cenzurę prewencyjną dzisiejszego wydania Rzepy. Padam z nóg, ciężko być premierem.”

piątek, 24 lutego 2006
Plaga jaskółek

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3181697.html

Jedna jaskółka wiosny nie czyni – mawia stare przysłowie. I słusznie, bo jeden mały ptak nie zrobi nic, ani złego, ani dobrego. Wpływu na pogodę raczej nie wywiera, co najwyżej zaćwierkać może radośnie. Stado jaskółek zaś... a to już jest inna sprawa. Ziarno z pola wydziobać może, gzymsy gniazdami zapaskudzi, ba, nawet może nas, nieuważnych przechodniów, zanieczyścić produktami przemiany materii. Lepiej uważać na jaskółki.
Taka oto strategie „zero tolerancji” przyjęło środowisko Salonu, pod honorowym przewodnictwem Obberredaktora Michnika. Towarzystwo strzelało do jaskółek zmian, ile się dało, na długie lata powstrzymując falę szkodników. Jednakże, podobne działania udawały się w czasach spokojnych, tych trochę ciekawszych oraz w czasach zarazy. Ale nadeszły lata plagi, i to plagi, która ma szansę przetrwać dłużej niż w Egipcie. Może nawet pozostać tu na zawsze. Ową chorobą jest patologiczne dążenie do prawdy.
Kto w dłuższej perspektywie śledzi problemy opisu historii najnowszej (walka o lustrację, rozmaite „teologie historyczne” promowane przez różne środowiska), z pewnością widzi obecnie zwiastuny nieuniknionej wiosny. Dziesięć lat temu, wyraz „teczki” znajdował się na nieoficjalnym indeksie III RP i za używanie go w kontekście badania losów ludzi dawnego aparatu represji można było trafić na stos publicznego ostracyzmu. Dziś o potrzebie lustracji mówi się bez skrupułów, i co najważniejsze, nie tylko jako o elemencie „odnowy moralnej” (co niewątpliwie też jest ważne, jeśli nie najważniejsze), ale także oddzielnie, jako problemie historycznym. Wbrew obawom sceptyków, IPN nie stanowi dziś instytucji politycznej, uwikłanej w bieżące spory życia publicznego, ale pozostaje sprawną instytucją naukową, spełniającą swoje zadanie. A zadanie to polega na pielęgnowanie (jak sama nazwa wskazuje) pamięci narodowej. Nie „pamięci prywatnej kartoteki generała Kiszczaka”, nie „pamięci członków komisji Michnika”, ale pamięci całego Narodu. I naród ma prawo z tą pamięcią zrobić co mu się żywnie podoba, jedynym ograniczeniem jest polskie prawo.
Zapewne takie rozumowanie przyświecało prezesowi Kurtyce, gdy wzywał poszkodowanych do publikacji danych na temat ich prześladowców. IPN nie powinno samodzielnie dochodzić sprawiedliwości (no chyba, że przez wyspecjalizowany pion śledczy), a jedynie ułatwić ofiarom PRLu skorzystanie z należnych im praw. "Osoby, które uzyskały wgląd w dokumenty IPN jako pokrzywdzeni lub też do celów naukowych i publicystycznych, mogą posługiwać się tymi dokumentami w zgodzie z prawem i swoim sumieniem" Właśnie! I to oto chodzi. Sądzę, że poszkodowani ufają bardziej własnemu sumieniu, niż analogom tego organu w duszach Kiszczaka i Michnika. Lech Wałęsa mawiał o lustracji, że to jest „dawanie brzytw małpom”. Skąd taka pogarda byłego prezydenta wobec uciskanych przez czerwonych, nie wiem. Ale sądzę, że owe „małpy” zrobią z prawdy użytek znacznie lepszy niż chowanie jej pod „zarastającą błoną podłości”. To są ich brzytwy, którymi chciano ich ciąć. Nie lubię wyświechtanego sloganu „prawa moralnego”, ale w tej sytuacji, uważam że to określenie pasuje do sytuacji pokrzywdzonych. Z zadowoleniem stwierdzam, że kierownictwo IPNu ma podobne zdanie.
A może się mylę? Może dyrektor Kurtyka wypowiedział te zdania, kierowany jedynie komfortem swojej pracy naukowej? Przecież historyk nienawidzi, gdy cokolwiek przeszkadza mu badać przeszłość. Czy jest to wiertarka sąsiada, czy chóralny jazgot „Autorytetów Moralnych”, badacz jest równie wściekły. Bo mu hałasują nad uchem. Jeśli potrafi uciszyć taki problem, robi to. Sądzę Janusz Kurtyka doskonale uciszy swoją wypowiedzią nadciągającą falę salonowych lamentów. Bo wreszcie postawił sprawę z głowy na nogi. To nie IPN jest właścicielem historii. Instytut pełnie rolę zbiorowego kustosza muzeum pamięci, do którego ma prawo wejść każdy, zaś w pierwszej kolejności pokrzywdzony przez ową przeszłość. Warto o tym pamiętać, i warto przypominać, wszystkim którzy ujadają na „politykierstwo IPNu”. To nie salonowe gierki, w których celuje sam oberredaktor i jego padawani, z redaktorem Czuchnowskim na czele. To obowiązek płynący zarówno z ustawy polskiego parlamentu, etyki zawodowej historyka, jak i sumienia porządnego człowieka. Być może, także rozsądne posunięcie, powodowane trzeźwą oceną zagrożeń dla pracy instytutu. Niech odpowiedzialnością za przeszłość nie obarcza się badaczy, ale twórców badanych wydarzeń. Niech prawda wróci do tych, którym była przez lata odmawiana. I niech zamilkną jazgotliwe przeszkadzajki, niektórzy chcą tu pracować.
Z pod dachu IPN wyleciała jaskółka. Nie jedna, kolejna ze stada istnej plagi. Do pojedynczych ptaków można by jeszcze strzelać, tak jak przez ostatnie trzynaście lat. Ale wobec chmary na nic okopcone dubeltówki Salonu. Nawet przeciwlotnicze haubice na pociski odłamkowe nie pomogą. „Nec Hercules contra plures” – mawiali starożytni. „Kiedy ludu kupa i Herkules d**a” ćwierkają jaskółki.
Jest w tym jakaś ornitologiczna ironia, że plaga jaskółek nadeszła dopiero podczas rządów Kaczek. Avis Cesar!

czwartek, 23 lutego 2006
Demon Laplace’a

Francuski matematyk i filozof, Pierre Laplace sformułował na początku dziewiętnastego wieku swoją koncepcje rzeczywistości. W ogromnym skrócie, był to wyraz skrajnego determinizmu, założenie iż wszystko co się wydarzy jest nie do uniknięcia, z góry wiadome i możliwe do przewidzenia. Owym przewidywaczem miała być hipotetyczna istota o nieograniczonych możliwościach poznawczych i zdolnościach analitycznych – wszechwiedzący demon. Taki demon mógłby spojrzeć, nawet na ułamek sekundy, na nasz wszechświat i z jednorazowego układu cząsteczek oraz działających na nie sił wysnuć wnioski o przyszłości odległej o tysiące lat. Przecież świat darzy po zdeterminowanym torze, nie unikniemy swego przeznaczenia...
Zawsze uważałem, że teoria Francuza ma swoje poważne braki, nie tylko w sferze metafizycznej (absolutna negacja wolnej woli), ale także technicznej. Ot, chociażby, sam demon. Stworzenie mechanicznego modelu rzeczywistości (motyw literatury SF – potężny superkomputer jako demon), na wzór pomysłu Laplace’a wymagałby zaangażowania co najmniej tej samej ilości cząstek elementarnych, co cała materia wszechświata, kolejne ruchy modelu musiałby się odbywać z naturalną prędkością procesów w rzeczywistości, a więc nie można by nigdy wyprzedzić wszechświata choćby o sekundę... Można takich argumentów jeszcze mnożyć, wiele, ale moja konkluzja jest jedna – pomysł wspaniały, ale już w teorii sprzeczny. Jak zwykle, myliłem się w przewidywaniach.
Okazuję się jednak, że Laplace ma wielu zwolenników, dziś, w Polsce, a zwłaszcza w salonowych mediach. Chodzi mi zwłaszcza o bezwzględny determinizm w przewidywaniu polskiego losu. Bo że kaczyzm zdemoluje sądy, sprowadzi biedę, wywoła ostracyzm Lechistanu na arenie międzynarodowej, a w ogóle to zlikwiduje demokracje, słyszałem od dawna. Ale to nie był determinizm, bo przecież lud polski, od czasów sławnej wypowiedzi prof. Geremka, już niemal dorósł do demokracji i może zmieść ciemnogrodzkich warchołów, przy okazji najbliższych wyborów. Niestety, determinizm objawił mi się dziś w pełnej krasie, na okazję debaty na temat wprowadzenia euro. Bo wspólna waluta UE MUSI kiedyś nadejść. Zgodni są Richard Mwebe, Jakub Janiszewdki i  jeszcze cały chór mówców radia Tok FM. Nie ma odwrotu, demon czuwa nad nami. Jedyne co zostało Polakom, to pokorny amor fati oraz fukanie na prezydenta, że ośmielił się poddać w wątpliwość wyroki Ananke. W związku z tym mam pytanie: jeśli wejście do strefy euro jest nieuniknione, to po cóż wydawać grube miliony na kampanie informacyjne? Przecież pieniądze różnym hiperpożytecznym osobom naszego życia pUblicznEgo, jak np. Róża Thun, można przekazać jak zwykle – pod stołem, nie bawiąc się w zbędne kampanie. Zaoszczędzi się sporo na papierze i samopoczuciu obywateli. Większość ludzi bardzo nie lubi, kiedy sugeruje im się, iż są jedynie kukiełkami w wielkim procesie przemian.
Skoro musimy przyjąć euro, to po co o tym mówić? Przecież nie sposób pozbyć się (perswazją lub siłą) wszystkich zwolenników suwerenności walutowej RP. Jest ich za dużo, a są tak głupi i uparci, że nie potrafią przyjąć geniuszu euromodelu Pierra Laplaca. Są tak ograniczeni jak, nie przymierzając, ja. Denerwują ich mądre słowa mądrych ludzi, bo uważają, że mają prawo decydować o sobie. Wolą już, aby o kurs waluty ustalały biurwy z Warszawy, a nie z Brukseli. Bo te z Polski można w miarę łatwo zmienić, na te z Eurosujuzu wpływ mamy taki, jak na przeznaczenie.
Podobni do mnie woluntaryści uważają, że na eurowalucie zyska niewielu. Na krótką metę na pewno lichwiarze, trzymający nasze zadłużenie publiczne. Na dłuższą...  Ech, my nie myślimy o „dłuższej mecie”, bo według nas, Eurosojuz rozpadnie się, jak tylko skończą się opary kontynentalnego dobrobytu. Jako antydeterminiści, nie jesteśmy pewni, ale tak nam się zdaje.
My chcemy euro w 2012 lub 2016 i tylko na kilka meczy. Co do pieniądza, wolimy złotówki. No, ewentualnie e-goldy, jeśli bo przy ustalaniu kursu kruszcowego nie będzie mieszał żaden demon z frankfurckiego banku.
Ja osobiście mam pewną nadzieję, że zupełnie pewne i jednoznaczne prognozy salonowych deterministów okażą się płonne. Warto pamiętać, że wedle mediów, dziś głoszących rychłe wejście eurosrebrników nad Wisłę, jeszcze nie dawno prezydentem był Donald Tusk. Skoro demon Laplace’a tak okrutnie zakpił z ludzi światłych, to znak, że wieje kędy chce, a może nawet nie jest demonem, a dobrym Duchem.
Jeśli nawet nasze przeznaczenie jest zapisane w jakiejś metafizycznej księdze, uważam, że salonowi prorocy mają poważne problemy z czytaniem.

środa, 22 lutego 2006
Trumna Arystotelesa

Byłem wczoraj na wykładzie profesor Barbary Skargi w Auditorium Maximum UW. O całym tekście napisze, gdy będę go miał przed oczyma, gdy GW, albo inne usłużne medium, przedrukuje scenopis. To tego felietonu muszę się też starannie przygotować, bo bardzo ciężko mi będzie pisać o osobie, którą niezwykle szanuję ze względu na piękną kartę zaangażowania w niepodległościowego podczas wojny i za komuny, ale zupełnie nie zgadzam się z jej wizją współczesnej Polski. Będzie ciężko. Teraz, tylko jedna uwaga.
Pani profesor uczyniła klamrę swojego odczytu z cytatów pism Arystotelesa. Słusznie, bo to myśliciel obecnie haniebnie zaniedbany, a jeśli już wspominany, to w kontekście krytyki teologii katolickiej, w postaci szkoły tomistycznej. I Stagirytę należy cytować, byle szczerze i prawdziwie. Barbara Skarga, jedno zdanie przed przywołaniem Arystotelesa, stwierdziła że demokracja oznacza równość wobec prawa i liberalizm. Już abstrahując od dosyć śmiesznego problemu „czy równość wobec prawa i liberalizm istniały w czasach Arystotelesa”, to trzeba sobie jasno powiedzieć: Stagiryta uważał ustrój polityczny, za... ustrój polityczny, nic więcej! Nie cechował go dodatnio, czy ujemnie (a jeśli już przebijały w jego pismach elementy wartościujące, to były bardzo ostre wobec ludowładzctwa!), ale opisywał. Dla Arystotelesa demokracja to władza ludzi, pośrednia lub dzięki przedstawicielom. Nie wiązał systemu z całą nadbudową wartości, jak się to dziś, we współczesnym i znacznie zbarabryzowanym dyskursie politycznym czyni. Demokracja to demokracja, a nie liberalizm, równość wobec prawa, pomarańczowa rewolucja, dobro, piękno, prawda i Adam Michnik razem do kupy. I jestem przekonany, że pani profesor o tym wie. Dlaczego więc powtarza ten zakłamany paradygmat? Jeśli sama tak sądzi, to czemu podpiera się trumną Stagiryty? Może to już tak odruchowy zrost myślowy, że nawet ludzie najlepiej wykształceni nie potrafią się od niego opędzić. A może nie chcą?
Nie wiem, może coś wymyślę do czasu publikacji tekstu odczytu. Póki co, wszystkim polecam „Politykę” Arystotelesa. Mamy takie samo prawo czytać ją i cytować, co szanowna profesor Barbara Skarga.

wtorek, 21 lutego 2006
Co pije wUjEk Józio?

Moje ulubione radio zasypuje mnie cudownymi informacjami. Ponoć rząd polski zamierza zastrzec nazwę „wódka” dla spirytusu pędzonego na bazie zbóż i ziemniaków. Uff... jesteśmy uratowani, już myślałem, że będę skazany na picie ekstraktu z buraków i landrynek. W tej szczytnej inicjatywie wspomogą nas inni, wielcy producenci prawdziwej siwuchy, więc jest szansa, że nas posłuchają, pochwalą a nawet cos z tego będziemy mieli. Zapewne procenty, jeśli nie wzrostu gospodarczego, to przynajmniej alkoholu.
Kątem ucha usłyszałem rano także jeszcze jedną informację – jakiś organ Wspólnot opracował raport, z którego wynika kilka nieprzyjemnych rzeczy. Na przykład to, że na naszym rynku telefonii komórkowej panuje zbyt mała konkurencja i zbyt duża regulacja. Wspaniale – jakiś organ kontrolny będzie kontrolował, czy rynek nie jest przekontrolowany. Potem organ interwencyjny będzie interweniował, bo obecna inkarnacja wolnego rynku nie jest zbyt wolna. Nie martwcie się, wUjEk Józio nam pomoże.
Te problemy muszą się ze sobą ściśle łączyć, choćby dwoma sprawami. Po pierwsze – jest źle, a mędrcy i inne biurwy ze Wspólnot chcą nam pomóc. Tylko dla naszego dobra zakażą nam kupować wódki z landrynek, słusznie zakładając, że statystyczny wyborca światłej lewicy nie potrafi przeczytać składu surowcowego na etykiecie. Troszczą się o nas, i dlatego zaczną grzebać w delikatnej concordia discors na rynku telefonii komórkowej. Lepiej wlepić kary dwóm, czy trzem operatorom, niż dopuścić choćby jeszcze jednego do wyścigu. Kiedy już jest czterech graczy, trudniej im dyrygować. A wolny rynek to świetna rzecz, oczywiście pod warunkiem, że ktoś to wszystko kontroluje.
Po wtóre, recepty serwowane Nam, przez Wspólnoty, są bardzo treściwe. Ocenić, skontrolować, zregulować. Oczywiście, że to najlepszy sposób, przynajmniej w naszym EUSocu. Podobnie jak jego straszy, czerwony, Wielki Brat, EuSoc dzielnie walczy z problemami nieznanymi w innych ustrojach. Bo czy w innych ustrojach ktokolwiek wpadłby na pomysł, aby zakazać pędzenia wódki z landrynek? Nie, biedni pijący przeżywaliby katusze, wlewając w siebie tak niegodny trunek. Co prawda, zapewne potrafiliby czytać informację na etykietach, ale po cóż taka umiejętność dla gawiedzi? Za nas myślą mędrcy i biurwy, po części te nasze, z Warszawy, po części te europejskie, z Brukseli. To wspaniale, bo w czasach powszechnego upadku wartości, każdy chce czuć się kochany i lubi myśleć, że ktoś o niego dba. A że jest to wUjEk Józio? Cóż z tego, kochamy wujków i wielkich braci.
A co lepsze – Szwajcaria ma nam ponoć płacić pół miliarda ichnich franków rocznie. I to nie z polecenia wujka, ale sama, z dobrej woli. Nieźle, widać sumienie ruszyło potomków Wilhelma Tella. Skoro nie mają u siebie miłujących pokój, prawo i pracę imigrantów (jak wUjEk), ani najzdrowszych na świecie rencistów (jak my) to muszą pieniądze państwowe wyrzucać w inny sposób. Humanitarnie im zaczniemy pomagać, przy aplauzie brukselskiej razwiedki. Kolejny kłopot rozwiązany.
Sądzę, że myśląc nad tak skomplikowanymi problemami, wUjEk Józio często pije. Nie mam pojęcia, jaki napój, ale to z pewnością towar pierwszej klasy.

poniedziałek, 20 lutego 2006
Mózgowa grypa

http://wiadomosci.wp.pl/kat,41754,wid,8193572,wiadomosc.html

„PAP 19II06//10:15
Prawo UE określa minimalne środki bezpieczeństwa, które kraje członkowskie muszą wdrożyć, by uchronić ludzi przed zachorowaniem na ptasią grypę.”

To miłe, ptasia grypa nam nie grozi. A dlaczego nam nie grozi? Bo wUjEk Józio czuwa. Wybije nam wszystkie podejrzane kury w imię europejskiej solidarności, zapłaci krociowe odszkodowania drobiowym hobbistom, a jak go poprosimy, to może zrobi coś także z Kaczyńskimi. Co drób to drób.
Co prawda złośliwcy powiedzą, że i tak nam nic nie grozi, bo jeszcze nie udowodniono bezpośredniego związku H5N1 ze śmiertelnymi zachorowaniami na wirusa grypy wśród ludzi. Inni zauważą, że być może istnieją ludzie, którzy chcieliby zaryzykować prawdopodobieństwo zakażenia (nawet niższe niż przyrost PKB we Francji), ale jeść tańsze mięso. A jeszcze inni profani zauważą, że gdyby nawet za połowę pieniędzy przeznaczanych na unijne agendy do spraw chorób wszelakich zakupić szczepionki na zwykła grypę, ryzyko pandemii byłby mniejsze. Ale to wszystko krytykanci, nie wierzący w zbawczą dłoń, która głaszcze nas wUjEk Józio.
Na rząd też chyba nie zostanie w tyle, bo już minister Religa zakał pozamykać kurczaki w zamkniętych pomieszczeniach. Teraz ma pan profesor nowy problem, bo ktoś musi sprawdzić, czy wszystkie emerytki spod Rzeszowa i renciści z Pomorza wykonali dekret Władzy. Ja bym na jego miejscu już ruszał w Polskę, bo przecież o zaniedbanie nie trudno. Pamiętacie ten ton świętego oburzenia, kiedy okazało się, iż minister Dorn nie odśnieża dachów, a minister Sikorski nie cenzuruje wysoko nakładowej prasy codziennej? Ponoć Jan Rokita zwoła niedługo konferencje prasową, na której zarzuci premierowi, iż ten nie siedzi w jego lodówce.
I tak to już u nas musi być. Za wszystko odpowiedzialna jest władza. Kiedy nam się nie wiedzie, to znak, że ONI próżnują. Przecież to państwo powinno zapewnić nam kuroniówkę, lepperówkę i becikowe dla wszystkich. Bo każdy w głębi duszy jest dzieckiem, zwłaszcza jeżeli szuka ministra Dorna, chodzącego z łopatą po jego dachu... W następnym roku proponuje opozycji (pod światłą wodzą liberalnej PO) przeforsować kolejną kompetencje rządu – urzędnicy powinni osobiście roznosić prezenty w strojach świętych Mikołajów. Akcję sfinansuje się, zarzucając kotwice budżetową nie na naszym płytkim Bałtyku, ale w głębinach Rowu Mariańskiego. Wyciągać ją będą kolejne pokolenia naszych potomków, ale co tam. Skoro po nas potop, to i sprzątać nie będzie trzeba.
A wracając do odśnieżania dachów, czyli poniekąd do tematu tragedii w Katowicach. Otóż bilans tego wypadku o mały włos nie powiększyłby się do 66 ofiar śmiertelnych. Ta ostatnią ofiarą mogłem zostać ja, gdyby nie mój refleks, wyćwiczony podczas internetowych dyskusji z Lewica Oświeconą. Otóż 3 lutego, podczas narodowej akcji błyskawicznego odśnieżania dachów szedłem chodnikiem przy ulicy M...cza w W...wie, aby niemal zostać ugodzonym dziesięciokilowym soplem. Nie mogłem mieć pretensji do właściciela kamienicy, który w zbożnym szale sprzątał powałę. Śpieszył się - biedak musiał skończyć jak najszybciej. Pogoda była taka, że do następnego dnia mogło stopnieć, a on tak się starał wykonać zgodne polecenie wszelkich mediów... Powiedziałem mu więc jedynie „Dzień dobry”, a on, wściekle oburzony odparł „Co się pan tak gapisz, ja tu musze dbać o bezpieczeństwo!”. Ciekawe, czy właściciel zamknął też drób na klatce schodowej i czy wcześniej taki zwierzyniec zakupił? Oczywiście z kolekcji certyfikowanych przez Agencje wujka Józia, eurokur.
Obawiam się jednak, że nawet eurocertyfikowane stado trzeba będzie wybić. Unijna grypa w standardzie I-SOC już dawno przeniosła się z drobiu na ludzkie mózgi. Póki co, zarażeni są jeszcze w większości politycy, wiec ognisko choroby jest ograniczone. Czy zdecydujemy się na najbardziej radykalne środki w walce z epidemią?

niedziela, 19 lutego 2006
Oktawa na zmierzch III RP

Po niezwykle burzliwym i męczącym tygodniu na scenie politycznej, proponuję chwilę odpoczynku. Podzielę się z Wami tekstem, który napisałem w sierpniu zeszłego roku. Był to piękny czas, gdy Kaczor jeszcze nie gryzł się z Donaldem i na odwrót. Wtedy było wiadomo, że białe jest białe, a czerwone wredne. IV RP zdawała się być w zasięgu ręki, pogoda była słoneczna, wina smaczniejsze, a dziewczyny jeszcze piękniejsze... Ech, rozmarzyłem się jak stary dziad, ale naprawdę tęsknie do tej niepowtarzalnej atmosfery (jak wtedy myślałem) babiego lata dawnej epoki.
Oto moja oktawa. Świetną interpretację muzyczną do takiej formy zaproponował śp. Jacek Kaczmarski w „Rechocie Słowackiego”. Pisząc mój wierszy, nuciłem melodię Barda i wam polecam to robić, gdy zaczniecie czytać:

„Oktawa na zmierzch III RP”

Za panowania Aleksandra Cara
I żony jego - nadobnej Jolanty
Kwitła i rosła żwawo Polska cała
Wybrała przyszłość, a nie szamba antyk
W słupkach i liczbach jak zboże wrastała
Choć nie doceniał lud takowej mantry
Sarkał, wybrzydzał i nosami kręcił
Na wywalczone prawo do pamięci

Rządzili Polską dotychczas Sarmaci
(Ze wschodu przyszli na bagnetów fali)
Czerwoni, dzielni i prawi magnaci
Co suknem równo się obdarowali
Gdy potop złości chamstwa miał ich stracić
Car przyszły zmyślił jakby kark ocalić
Rzekł jak Zagłoba dla ratunku tuszy:
"Kupą panowie - kupy nikt nie ruszy!"

Takie smrodliwe snuli bracia plany
Co się historii miały stać motorem
Lud ugasili, trunku lejąc dzbany
I pijąc brudzia z Oberredaktorem
Plebs i pospólstwo razem pchając w tany
By z nimi bawić się gromko pospołem
Lecz taki taniec po rodzimej roli
Z jankielowego zmienił się w chocholi

Chleba nie było wiele ani chęci
Ale nie samym jadłem człowiek żyje
Teraz swobody jutrzenka nie nęci
Poczęła ściskać nieugięte szyje
Co zbyt wysoko wznosili stuknięci
Dumni Polacy, jakby zjedli kije
I z tej wyżyny narodu mądrości
Płakać poczęli na brzemię wolności

Sejmy się rwały rzadziej niż w zwyczaju
Mieli podobne grona rwać przodkowie
Miast tego grona winnego rodzaju
W nektar zgodności wycisnęli sobie
Szlachta i chamy w nadwiślańskim kraju
Przy stole krągłym radząc o sposobie
Lecz by zachować równowagę w słowach
Rogi od stołu wyrosły na głowach

Mienie publiczne (dwa razy grabione)
Po raz kolejny zmienia właściciela
Kumom i krewnym pełne łaski dłonie
- Car hojnym gestem bogactwo rozdziela
Braci też ciesząc w drugiej Bugu stronie
(Dobrze jest Misia mieć za przyjaciela)
Choć rusofobom humor tym popsują
Znowu na rurach "Przyjaźń" wybudują

Z hojności w kraju szlachta też jest znana
Lud do pieniędzy nie ma za nic głowy
Podatki płaci jak owca skubana
By sam, skubany, ostrzyc skarb państwowy
Woli zapomóg rum i rent szampana
A rosół spija z kotła kuroniowy
Lecz by dostatku zachować znamiona
Do lania chyba trzeba Salomona

Z długiem publicznym nam do twarzy wszędzie
Nad stan panowie tylko wielcy żyją
A myślą nad tym mędrcy na urzędzie
Od wizji głodu jutrzejszego tyją
Po nas choć potop, więc będzie co będzie
Śpijmy, kaftany rozpiąwszy pod szyją
Lecz niejednego snu dziś dręczy zmora
Gdy rozum zasnął, czeka na potwora

Raz na czas jakiś głosuje ten ludek
By wybrać sejmik (albo nawet cara)
Z demokratycznych, najwyższych pobudek
Szlachty kompania znów startuje stara
Niejeden dziwny oszołom-odludek
Nie chce docenić szczęścia coniemiara
Widząc w wolności zimny nurt i wartki
- Wybory darmo, lecz nadal na kartki

Najmędrsze głowy, pióra, doktoraci
Śpiewają pieśni betlejemskich stajen
Autorytetów chór aż oddech traci
- Przebaczać pięknym polskim jest zwyczajem
Rozgrzeszą dawne winy panów braci
A kiedy trzeba i siebie na wzajem
Pośród wzruszenia, ktoś westchnie co chwilę
Na to moralne perpetuum mobile

Są i herosi Lachów panteonu
Co gmach nam wznieśli z numerkiem już trzecim
Z wyżyn mądrości, od wielkiego dzwonu
Zstępują uczyć i starców i dzieci
Kują sumienia i oparcia tronu
Zanim do reszty w gruzy się rozleci
Kiepsko na takim leku wyjdzie chory
Ze snu się zbudzi, a tu wciąż potwory

Dosyć już tego - krzyczy jeden, drugi
I rewolucji ostrzy srogie kosy
Łapiąc za teczki, brony oraz pługi
A nawet podłe nagany donosy
Lecz czy wystarczy to na marsz nasz długi
Gdy rewolucji świecą pustką trzosy?
Krzyżuje szable, walczy do ostatku
Nagana herbu i Nagan po dziadku

Konfederacja chłopska w swej naturze
Niewprawnie wznosi tępe gilotyny
Trybun ludowy śpiewać chce o murze
Który choć runął, skleił gruzem gliny
Kto to posprząta, gdy przeminą burze
A dawne pany krwią swą zmyją winy
Fraszką ta wojna, nie wartą złotówki
Gdy nas ratuje bohater kreskówki

Kiedy już runie tron, gnębiący stany
Ucichną krzyki historii jarmarku
Z jakim numerem nasze nowe pany
Wznieść chcą gmaszysko wspólnego folwarku?
Który choć z drewna, to podmurowany
Takiej głupoty blaskiem lunaparku
Wybrać wśród drobiu uśmiech wprost cielęcy
- Strach że ten folwark będzie ciut zwierzęcy

 
1 , 2 , 3 , 4