Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
czwartek, 30 marca 2006
Madame Święta Krowa

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,8244716,wiadomosc.html

Sprawę znacie, więc tylko po krótce przypomnę fakty. Wyrokiem sądu, za niepłacenie czynszu, warszawski lokal „Le Madame” został zamknięty. Magistrat wysłał komornika, aby dopilnował egzekucji postanowienia. Komornik, nawet nie tyle, że pocałował klamkę, ale został przywitany przez kilkaset osób, mających inne zdanie niż sąd. Do zamknięcia knajpy nie doszło.

Niby to nie nowość, przecież zasadę, iż najwyższą instancją apelacyjną w Trzeciej i Najjaśniejszej jest tłum wymyślił już Andrzej Lepper. I nie jest śmieszne to, że obrońcy bezkarności właścicieli lokalu obrażają się, gdy im wypomnieć lepperyzm. W sprawie tkwi coś znacznie gorszego – kwintesencja etatystycznego totalniactwa ideowego w Polsce.

Słuchałem uważnie dyskusji obrońców knajpy, która odbyła się we wtorkowy wieczór na flach radia Tok FM. Pisze: obrońców, bo do głosu dopuszczano tylko zwolenników niepłacenia czynszu w imię idei. Tylko jedno stanowisko „pana Krzysztofa” zdecydowanie wyłamywało się z polit-linii. W nagrodę „pan Krzysztof” został obrażony na każdy możliwy sposób, tak dosadnie, że w każdym cywilizowanym państwie miałby w kieszeni wygrany proces o naruszenie dóbr osobistych. No, ale my tu mamy Trzecią i Najjaśniejszą...

...i idealnym przejawem ideologii panującej w III RP była argumentacja Kazimiery Szczuki. Owa wyzwolona niewiasta, budująca planowo swój wyzwolony wizerunek (ostatnio plując na religijność Magdaleny Buczek), dołożyła kolejną cegiełkę do image politruczki Nowego Ładu. Broniła Le Madame używając argumentów tak poprawnych politycznie, że aż (na swój, totalitarny sposób) śmiesznych.

Zdaniem pani Kazimiery, miasto MUSI utrzymywać lokal, nawet gdyby ten nie płacił ani złotówki. Koronnym argumentem jest bowiem promowanie niezależnej sztuki. Póki co, ja dostrzegam w tym gadaniu promowanie nienależnej Szczuki. Dodajmy: niezależnej od prawdy.

Le Madame jest klubem, który oprócz bawienia kolorowego towarzystwa, udostępnia swoje podwoje różnym kulturo-nowo-tworom, to jest: grafikom, performerosom, różnym trupom teatralnym i innym trupom artystycznym. Poza tym, jest to ośrodek niezależny, co oznacza że ma słuszne poglądy.

Bo czy na etykietkę „niezależności” zasługuje instytucja, będąca półoficjalną kwaterą imprez promo-homo-seksualnych oraz femi-totalniackim? Czy niezależnym jest ośrodek, dający schronienie radykalnie lewackiej partii „Zieloni 2004”? Le Madame bronił wicemarszałek Wojciech Olejniczak, który poważnie myśli o wchłonięciu do macierzy PZPP (polskich zjednoczonych partii postkomunistycznych) zielonych ptaków. I jeszcze jedno – czy jakakolwiek sponsorowany przez budżetowe pieniądze podmiot jest niezależny? Chyba tylko od przyzwoitości.

Albo-albo. Jeśli miasto ma sponsorować kulturę (jestem temu przeciwny!), to niech zachowuje się jak sponsor! Kto płaci, niech wymaga, więc jeśli władzom miasta nie spodoba się nawet brud na wycieraczce klubu, ma święte prawo rozpędzić go na cztery wiatry. Jeśli zaś wesołe towarzystwo od niepłacenia czynszów uważa się za ideową bohemę artystyczną stolicy (O tempora, o mores!) to niech nie skamle o przywileje i pieniądze, wydzierane z kasy magistratu. Wybór należy do was, drogie zielone ptaki.

Tylko, że nie tym razem. Teraz grzecznie zapłaćcie i wynieście się z nielegalnie okupowanego pomieszczenia. Nie ośmieszajcie polskiego wymiaru sprawiedliwości, tym bardziej, że jego autorytet i tak sięga dna. Nie wyprawiajcie kolejnej wojenki ideologicznej za moje pieniądze. Miasto, tak samo, jak cały kraj, musi się bronić przed pasożytami, zwłaszcza tymi, które udają mudżahedinów postępu.

I jeszcze jedno – jeśli można łamać prawomocny wyrok sądu, ale nie można kwestionować wszechmądrości mędrców z Trybunału Konstytucyjnego, to znak, że Michnix tym razem ingeruje w życie zbyt brutalnie. Nikt nie wytrzyma dłużej takiego nagromadzenia obrażających przyzwoitość i inteligencję absurdów. Drogie Święte Krowy – kręcicie bicz na własny kark. Kiedyś już nie uda wam się wmówić Polakom, że żyją w Indiach i że Kazimiera Szczuka muczy zgodnie z prawdą.
środa, 29 marca 2006
Nie dla obrażalskich

http://wiadomosci.wp.pl/kat,8171,wid,8245130,wiadomosc.html

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1356&wid=8247699&rfbawp=1143655723.985&ticaid=1155c

http://www.mediamarkt.de/fanausruester/spots.php

[Uwaga: już bez omawianej reklamy.]

Znana sieć sklepów sprzętu elektronicznego stawia na agresywną, ale i dowcipną reklamę. O kontrowersjach dotyczących polskich promocji owej firmy, było głośno dwa lata temu. Niedawno zaś wybuchła afera w sprawie przedstawicielstwa niemieckiego, które postanowiło zareklamować się, używając stereotypów narodowych. Na talerzy znaleźli się arabowie, Francuzi, Holendrzy, Anglicy, sami Niemcy oraz Polacy. Kilkudziesięciosekundowy spot „polski” wywołał u nas małą burzę. Według mnie niepotrzebnie.

Kością niezgody było sportretowanie Polaków jako złodziei. Trójka Lechitów wychodzi ze sklepu i wdaje się w przyjacielską rozmowę z ochroną. Potem rusza dalej, a jeden ze strażników rzuca uwagę: „Całkiem mili ci Polacy”, drugi uzupełnia „I wciąż mam zegarek”. Tymczasem, przy okazji odjazdu kamery, widzimy, iż ochroniarze zostali pozbawieni... spodni.

Być może wyjdę na wyrodnego Polaka, ale po obejrzeniu reklamy poczułem się nie obrażony, lecz rozbawiony. Żart, jakkolwiek byśmy go nie oceniali, wyszedł niemieckim promotorom. Użyli popularnego w ich społeczeństwie stereotypu i użyli go, zapewne bez żadnych spiskowych zamiarów. U nas, „M... M...” reklamuje się hasłem „Nie dla idiotów”. Nie jestem pewien czy na „idiotów” nie wychodzą raczej sami ochroniarze, ograbieni przez sprytnych klientów. Dla porównanie, w spocie „niemieckim” Teutoni są przysadzistymi piwoszami, nie grzeszącymi inteligencją. Inne narodowe „gęby” również nie są chwalebne – arab usiłuję wytargować wyższą cenę, a angielska para sprawia wrażenie ludzi... niezbyt rozgarniętych. A’propos łamania poprawności politycznej, zwróćcie uwagę na reklamę z Francuzką. Gdyby podobny filmik został wyemitowany w Polsce, Magdalena Środa zmieliłaby producenta na miazgę, z powodu „instrumentalnego traktowania kobiety, jako obiektu seksualnego”. I wydaje mi się, że przewidywana reakcją eks-rzeczniczki ds. równości i politpoprawności, byłaby równie przesadzona, co lamenty na polskich forach internetowych.

Żądanie przeprosin? Rząd RFN ma przepraszać za działanie firmy prywatnej? W przypadku awantury z karykaturami Mahometa, nasi włodarze mieli przynajmniej powód do wyjaśnień, bo rząd polski jest udziałowcem „Rzeczpospolitej”. Z tego co wiem, administracja niemiecka nie ma nic wspólnego z siecią sklepów „M... M...”. Jeśli nasza dyplomacja chciałby coś w tej prawie zrobić, walczyć z użytym stereotypem (powiedzmy, że takie działanie można zaliczyć do obowiązków MSZ), należałoby uczynić to spokojnie, a jeszcze lepiej, dowcipnie. Może oficjalne podarowanie ambasadorowi niemieckiemu trzech par spodni? Lepsze to niż dwa miecze...

Od patosu do śmieszności jeden krok. Czy połajanki naszych władz na niemiecki dowcip z pewnością dobrze przysłużyłyby się autorytetowi Polski na świecie? Praktyka, zwłaszcza żydowska, pokazuje, iż nachalne dopominanie się o bezwzględną część dla siebie i swoich obywateli, często przybiera groteskowy wymiar. Wtedy działa dokładnie odwrotnie, w stosunku do zamierzeń – rodzi śmieszność, czasem wrogość.

I jeśli mamy żal do naszych zachodnich sąsiadów, za pielęgnowanie krzywdzącego przekonania o kradnących Polakach, to ten stereotyp zmieńmy. Ponieważ większość z nas nie żyje w RFN, więc nie może świecić przykładem na miejscu. Zacznijmy od siebie, najlepiej od rozmontowania państwa nadopiekuńczego – zalegalizowanego sytemu wzajemnej kradzieży. Czy z czystym sumieniem zaprzeczacie, iż Polacy to nie złodzieje? A kto ma najzdrowszych rencistów i najmłodszych emerytów na świecie? O politykach mówimy, iż są en bloc „złodziejami”, a mimo to, wciąż czynimy ich swoimi przedstawicielami. Oczywiście, Niemcy wcale nie są od nas lepsi, acz żadna to wymówka. Przestańmy być idiotami, nie zważając na innych. I nie tylko dlatego, aby nas wszędzie obsługiwali...

A jeśli ktoś poczuł się naprawdę dotknięty, jako klient ma w ręku potężne narzędzie protestu – bojkot konsumencki. Póki jeszcze żyjemy na (intensywnie duszonych) resztkach wolnego rynku, każdy obywatel jest wciąż wszechwładnym konsumentem.

poniedziałek, 27 marca 2006
Opowieści o pisarzu Lemie

Stanisław Lem nie żyje.

Zmarł człowiek, który przez swoją twórczość rozsławił imię Polski na całym świecie. Odszedł umysł wybitny, uniwersalny i przenikliwy. Ktoś, kto zadawał ważne pytania wcześniej niż inni.

Wiem, niektórzy z Was mogą oceniać Lema przez pryzmat jego nieliterackiej działalności, głównie felietonów w „Tygodniku Powszechnym”. To błąd, to tylko nieznaczny wycinek działalności pana Stanisława. I zupełnie spaczona próbka do oceny. Nie można na podstawie serii zaangażowanych, rozpolitykowanych tekstów, w których „syndrom mędrca” wyraźnie uderzył autorowi do głowy, stygmatyzować całego dorobku. Bo Lem siedzi w każdym, kto uważa się za miłośnika fantastyki naukowej. Głębiej, płycej, czasem zupełnie nieświadomie. Ale siedzi. Warto o tym pamiętać.

...i warto Stanisłą Lema bronić. Bronić przez kreatywną ekshumacją w charakterze salonowego „Autorytetu Moralnego”. Nie można popuścić, aby trumna pisarza służyła jako ideologiczny proch armatni, sypany choćby przez redakcję „Tygodnika Powszechnego”. Lem nie jest salonowy, on jest wspólny. Różowi, proszę, nie kradnijcie go!

Bo czy mędrcy, którzy będą teraz wyginąć woskowy nos zmarłego, czytali coś więcej niż szkolnego pilota Pirxa? A może oglądali hollywoodzką ekranizację „Solaris”? Znają którąś z krótszych „Bajek Robotów”? Może warto sięgnąć głębiej do twórczości pisarza, a wtedy się okaże, że trudno jest podpierać się spuścizną tak bogatą, błyskotliwą i nie dającą się szufladkować.

I gdy przeczytamy dziesiątką ksiażkę Mistrza, może inaczej podejdziemy do jego napuszonych pogadanek w „TyPku”. Zrozumiemy, że nie trzeba być geniuszem od kołyski do grobu i każdy, nawet największy, ma swoje poglądy, słabości i dziwactwa. Dobrze by było o tym pamiętać, gdy zabierzemy się do pisania apologetycznych „Opowieści o pisarzu Lemie”
niedziela, 26 marca 2006
Chętni do infekcji

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3237255.html

Ryszard Bugaj jest rozważany jako wspólny kandydat lewicy w wyborach na prezydenta Warszawy. To ważna informacja. Smutna, przede wszystkim dla ludzi o poglądach lewicowych, ale nie tylko. Spokojnie, zaraz wyjaśnię.

Ryszard Bugaj od wielu lat spełnia funkcję listka figowego dla całego ruchu lewicy w Polsce. To człowiek z poważną biografią, który nie zdołał się umaczać w III RP. Ową czystość okupuje zupełną marginalizacją na scenie politycznej, niemniej jednak jego nazwisko wciąż funkcjonuje, przynosząc profity lewiźnie. Bugaja przywołuje się zawsze, gdy dyskutant szuka przykładu uczciwego lewicowca. Wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, tylko pan Ryszard (i, być może, Piort Ikonowicz. Ale on zazwyczaj wpisywany jest na żółte papiery, jako żywo, z własnej winy!) spełnia kryteria nieumoczonego lewicowca. Smutne to w Polsce, gdzie partie mniej lub bardziej socjalistyczne popiera druzgocąca większość społeczeństwa. Ale nie o tym chciałem napisać...

Kandydatura Ryszarda Bugaja świadczyłaby o słabości polskiej lewicy i lewizny. Jeśli to PIS ma „krótką ławkę”, to co powiedzieć o formacjach, które urządzają łapankę na człowieka, którego same marginalizowały? I niby moje prawe serce cieszy się na wieść o kłopotach Polskich Zjednoczonych Partii Postkomunistycznych, ale...

No właśnie, zawsze jest to ale. Czemu pan Bugaj się na to godzi? Czemu po raz kolejny wraca, tym razem już bezpośrednio w objęcia poubeckich funcjonariuszy i neo-gejo-proletariuszy? Co ciągnie go do tego bagna? Czy bycie królem szczurów jest takie kuszące? Panie Ryszardzie, to jest rynsztok. Nawet „zagrożenie kaczyzmem”, cokolwiek by pan przez to rozumiał, nie jest mocną wymówką wobec sojuszu z łotrami. Czemu? Chce pan być królem szczurów, bo to jedyny dostępny dla pana tron? Stracił pan nadzieję na niekryminalną lewicę w Polsce?

Czasem słyszymy przerażające opowieści z Afryki. Oto umierający z głodu ludzie specjalnie zarażają się HIV, bo tylko dla nosicieli tego nośnego medialnie wirusa ONZ przewidział pomoc humanitarną. AIDS, nie AIDS, to zabije za kilka lat. A z głodu można umrzeć już dziś. Dlatego też zabijcie mnie, a będę żył...

Czy w podobny sposób myśli Ryszard Bugaj? Chce się zbawić tu i teraz od politycznej śmierci? Zaraża się Czerwonką, ale ta Czerwona może dać mu władzę. Nic to, że podtrzymuje swoim nazwiskiem gorszący spektakl pod tytułem „Uczciwy komuch”, a w perspektywie dalszego czasu blokuje powstanie lewicy uczciwej (tzn. kradnącej nieświadomie i nie dla siebie).

Smutne, że nawet niegdyś porządni ludzie są chętni do takiej infekcji.
sobota, 25 marca 2006
Trzymając kciuki za Kozaków

Teraz już nic nie można zrobić. Wybory na Ukrainie rozpoczynają się jutro i to już tylko od kozackich kartek wyborczych zależy, gdzie pójdzie nasz wschodni Sąsiad. Sondaże nie nastrajają optymistycznie – Partia Regionów Janukowicza ma szansę na większość lub niemal większość. W tym chyba nadzieja prozachodnich sił politycznych, że stronnictwo rosyjskie będzie musiało dobrać sobie jakiego hamulcowego koalicjanta. Z chęcią posłałbym im PSL, bo ta partia, jak żadna inna, potrafi torpedować zamierzenia rządu. Ale nie ważne, nie o naszym podwórku mówimy.

Chociaż może? Wielu obserwatorów dopatruje się daleko idących analogii pomiędzy Ukrainą o Polską. Oba kraje podążają inną droga, ale stoją w podobnych momentach dziejowych – wyborem: czy kontynuować dotychczasowy kurs, ciągnąć zasiedziałą od kilkunastu lat formę państwowości, czy dokonać radykalnej zmiany. Bo niby już jeden raz oba narody opowiedziały się za moralną i polityczną rewolucją, ale ta ugrzęzła w kłótniach i żelaznym oporze poprzedniego układu. I ten wybór trzeba powtórzyć, bez strachu zdecydować się na jedno, lub drugie rozwiązanie – trwanie lub zmianę. Ukraińcy wypowiedzą się jutro. Być może zrobią głupstwo, ale nie mamy już prawa i możliwości na to wpływać. Polacy... cóż, chyba nie będą mieli szansy potwierdzić swej woli reform lub trwania. Szkoda, chyba my zadecydowalibyśmy roztropniej. Tak, demokracja to ustrój pomyślany o bajkowych krainach, gdzie nie ma układzików i stolików maści wszelakiej. Nie ma sprzysiężeń mediów herbu „Bura Suka”, ani wielkich sąsiadów pohukujących na każdą złą decyzję młodszych braci. Ale co robić, pod ręką nie mamy ani Piasta, ani Rurykowicza, ani dla nas, ani dla Ukrainy. Trzeba się męczyć klasycznie, to znaczy z kartką wyborczą i sprytem lisa, miast siły lwa.

Gdyby jutro rewolucja na Ukrainie uczyniłaby krok dalej, z dużo większą dozą optymizmu patrzyłbym na nasze, polskie zmiany. Czego sobie, Wam i Kozakom życzę.
Spuśćmy wodę!

Dyskusja niesie ze sobą naturalne ryzyko agresji. To oczywiste i nieuniknione, wszak gdyby każda dyskusja kończyła się wypracowaniem zgodnego kompromisu, świat już od dawna prułby po średnim wektorze wszelkiej myśli ludzkiej, w kierunku nieznanym, acz nieciekawym (vide: „Katolicyzm Pabianicki”; notka z 22 Marca). Ważne jest jednak to, jak daleko dyskutanci posuwają się, kiedy zawodzą merytoryczne sposoby prowadzenia rozmowy. Najbezpieczniejszym sposobem rozładowania napięcia dyskursu jest zazwyczaj satyra, która (o ile reprezentuje odpowiedni poziom) powinna jak najczęściej rozjaśniać fora, blogi oraz dyskusyjne kawiarnie. W przeciwieństwie do przemocy fizycznej, nie jest zazwyczaj niezgodna z prawem i obyczajem, a potrafi ciąć ostrzej od miecza. Tyle że w ostatnich tygodniach namnożyło się nam domorosłych trefnisiów, którzy nie fechtują ostrymi i delikatnymi szpadami, ale walą z pomocą prymitywnych maczug.

W żywym podziale aksamity-mohery często dochodzi do kłótni. Tak to już bywa, kiedy całe obszaru wzmiankowanego sporu tkwią głęboko w aksjologii. Może to i źle, że przerzucamy się mową twardą i ciężką, acz wolę już takie potyczki, niż rzucanie twardymi i ciężkimi przedmiotami. Na obserwowanym przeze mnie agorowym Forum: Kraj potyczki szermierzy słownych bywają różne – od zapierających dech w cyfrowych piersiach pojedynków do ordynarnych młocce z użyciem narzędzi gospodarskich. I nawet na pewien margines słownej agresji byłbym w stanie się zgodzić, uznając go za nieunikniony, miałbym jednym przy tym pewien warunek – proszę, rzucajmy kamieniami, ale nie g#%$^m.

Zamiast znaczków, w akapicie powyżej chciałem napisać wyraz oznaczający ludzkie ekskrementy. Ale nie napisałem, przez szacunek do zmysłu estetycznego moich czytelników. Niestety, wielu moich sieciowych adwersarzy (i, o zgrozo, czasem też sojuszników!) nie jest tak delikatna. Używają słów uznawanych za koszarowe i karczemne, co zupełnie nie przystaje do podniosłej (w teorii) dyskusji na temat przyszłości Polski. Trzeba z tym skończyć i to jak najszybciej.

Wiem, to praca syzyfowa, zakrojona na setki tysięcy postów, ale trzeba zacząć już dzisiaj. I proponuję od najobrzydliwszej strony internetowego rynsztoka. Nie używajmy wyrazów i frazeologizmów skatologicznych. Koniec z wydaleniem, wydzielaniem, ekskrementami i innymi atrakcjami. Od czasów Arystofanesa nikt na świecie kulturalnie o kale nie pisał, więc nie silmy się na przebicie ateńskiego komediopisarza. Przestańmy być obrzydliwi w słowach, a być może, nasze poglądy przestaną być obrzydliwe dla adwersarzy. Przynajmniej, aż tak odrażające.

Te uwagi nie kieruję do określonej grupy sympatii. Niestety, musze jednak wspomnieć o najjaskrawszym przykładzie permanentnej skatologii w języku politycznym – do rynsztokowego określenia partii braci Kaczyńskich. Nie obrażam się, gdy ktoś nazywa mnie „kaczystą”, a to z dwóch powodów: 1) nie jestem nim, gdyż nie zaliczam się do bezkrytycznych zwolenników PISu. 2) rozumiem, że jest to nawiązanie do kontrowersyjnego, ale w sumie błyskotliwego żartu posłanki Seneszyn. Uznaję, że nawet negując czyjeś kwalifikacje moralne, nie mam prawa odmawiać mu poczucia humoru. Oki, jestem „kaczystą”, ba nawet przejmuję ów bonmocik, określając tak w żartobliwy sposób wszystkich zwolenników Zmian. Ale na drugie z najczęstszych określeń forumowych (oraz jego mutacje) reaguję nerwowo. Wykorzystanie podobieństwa skrótu PIS do spraw toaletowo-urynalnych uznaję za brud gorszy niż cały legion wyzwisk i gróźb. To przekracza dobry smak. Chciałbym móc siedzieć przed komputerem, pijąc herbatę i jedząc ciasto, nie martwiąc się, że zaraz zostanę uraczony aromatem skrajnego zniesmaczenia.

Pisuar to przedmiot toaletowy, skonotowany nie z polityką, a uryną. Jeśli jestem raczony podobnym urynalnym określnikiem, nabieram stosownego zdania na temat rozmówcy. Nie uważam za sensowne rozmawiać z człowiekiem obrzydliwym. Cenię higienę – tak ciał, jak i słów. Jeśli ktoś w rozmowie epatuje brudem, to znaczy, że nie rozmawia. On po prostu chce wyrzucić coś z siebie, pozbyć się tej cząstki swoich emocji, której sam się brzydzi. I czy to jest śmieszne? Może śmieszyć za pierwszym spojrzeniem. Potem powinno przestraszyć, bo to co siedzi w niektórych rozemocjonowanych internatach jest straszne. Nie sugeruję spraw wspominanych przez Freuda, ale zwykłą kwestię kultury. Jej brak storpeduje każdą rozmowę, niezależnie jak ważną.

Widząc post wypełniony ohydą, mam ochotę spuścić wodę, a razem z nią piszącego to brudasa.

Szluuuu...
czwartek, 23 marca 2006
Kompleksy monarchiczne

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3231186.html

„Wybory w maju nie wchodzą w rachubę, bo Platforma tego nie chce!” – Donald Tusk.

Nawet najszczersi demokraci, gdzieś, w głębi serca, marzą o koronie. Jednym z nich jest Donald Tusk – zwycięzca roku 2005 w kategorii „Wielki Przegrany”.

Po pierwsze: chciałbym, zupełnie na poważnie, pogratulować Tuskowi szczerości. W dzisiejszych czasach, podobne deklaracje rzadko się wymykają politykom i zazwyczaj kosztują ich sporo. I PO zapłaci za otwartość lidera, bo pijarowcy PISu to nie trąby, więc będą przypominać wypowiedź Tuska ad nauseam. Ale ja cieszę się, że takie słowa padły, nie ze względów taktyki politycznej, ale z powodów bardziej ludzkich. Jeszcze nie wszystkich połknęło to bagno populistycznego pustosłowia, karzącego myśleć, co się mówi, a nie mówić, co się myśli. Dotychczas myślałem, że to PIS (czyli w większości: Jarosław Kaczyński) ma monopol na bolesną szczerość, jednak myliłem się. Dlatego poważnie zastanawiam się, z czego owe „wpadki” się biorą.

Sadzę, że to zjawisko, będące w połowie kompleksem, w połowie zmęczeniem. Czemu „kompleksem”? Ano, to proste: w demokracji nie można być nieomylnym. Skoro nie ma się 100% poparcie (a nawet Łukaszenko tyle nie ma!), widać, że nasza racja nie jest w pełni słuszna, zawsze ktoś wtrąci swoje trzy grosze, a czasem nawet wygryzie nas z sejmowego stołka. Lud, który się z definicji nie myli, brutalnie pokazuje przegranym politykom ich głupotę. Skoro nie rządzi, ot to znak, iż jest zbyt głupi. Jeśli zwala się winę na coś innego – przypadek, złe zrozumienie racji, czy (broń Boże!) wyborców, podważa się już demokratyczne pryncypia i wpada w samonakręcajacą spiralę pogardy do wyborców (nie wybrali nas – głupole, a skoro traktujemy ich jak głupoli, to już nigdy nas nie wybiorą). Przykładów takich zachowań dostarczają nam Partia Demokratyczna (UW/UD/ROAD) i UPR, acz w tym drugim przypadku ochlofobia jest przynajmniej świadoma i podparta refleksją ideową. A udecja wciąż przeżywa swą „wściekłość i dumę”, aby użyć określenia ich ideowego kamrata – oberredaktora Michnika.

Natomiast inne partie starają sobie radzić z trapiącym ich napięciem. PIS znalazł doskonały sposób – zdobył władzę. Pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego używa rozkoszy rządzenia, tak jak może, mimo to ich wódz od czasu do czasu również „mówi prozą” to jest zdradza się z bardzo niedemokratycznymi poglądami. „Biorę to na siebie”, „Nie dopuszczę do tego”, „Żałuję, że nie zdecydowałem się na rozwiązanie sejmu”, „Nie zamierzam zmieniać premiera” – mówi ktoś, kto teoretycznie jest szeregowym posłem. W praktyce, sprawuje władzę zapewne silniejszą, niż jego brat, ale w logice demokratycznej jest tylko jednym z wielu. To chyba jakiś kompleks monarchiczny, acz w najlepszym tego słowa znaczeniu – tęsknota za czasem, kiedy panował ten, kto rządził i odwrotnie.

Tak samo chciałby sobie ulżyć Donald Tusk. On, co prawda, nie rządzi, ale gdy tylko okruch suwerenności wpada w jego ręce, nie może się powstrzymać od upojenia. I podzielenia się z ludźmi swoją radością. Pomimo groźnego tonu, a słyszałem w głosie peowca radość, szczerą radość. Wreszcie, coś od niego zależy! Wszystkie jupitery zostały skierowane na niego, a mikrofony chwytają jego słowa. I co miałby w takiej sytuacji zrobić? Ogłosić, że ludzie chcą... Nie, nie może, ludzie chcą czegoś innego, ale pan Donald chciałby dokopać PISowi. No i kopie. Przez hipokrytyczne-demokratyczne usta, płyną słowa ze szczerego serca tyrana.

A może po prostu był zmęczony? Miał dość myślenia nad każdym słowem, planowania każdego zdania tak, aby wpisywało się w retoryczną papkę wiecznej kampanii wyborczej. Nie miał już siły żyć logiką bilboardu i wreszcie chciał wytłumaczyć wyborcom, jak to jest naprawdę, bez całego kożucha igrzysk politycznych.

Tak czy inaczej, powiedział, co powiedział. Ze skalkulowanego interesu Platformy Obywatelskiej wynikło, że Polacy nie dostaną na wiosnę kolejnej porcji demokracji, tej samej, którą ponoć PIS zawłaszcza dla siebie. Dzięki szlachetnemu kompleksowi monarchicznemu Donalda Tuska wiemy o tym bez wątpienia. Nagrodźmy więc „Prezydenta Wirtualnej Polski” należnym Mu szacunkiem. Zachował się jak wybierany na jeden dzień. jarmarczny król, co jest sporym wyróżnieniem w świecie jarmarcznych błaznów naszej polityki.
środa, 22 marca 2006
Wykop kłamstwa z umysłów

Dziś (21III06) odbywa się finał akcji pod tytułem „Wykop rasizm ze stadionów”. Poinformowało mnie o tym moje ulubione radio i dobrze, bo z żadnego innego źródła nie dowiedziałbym się o tak szczytnej akcji. Fakt, wolałbym, aby przemoc była potępiana w każdym przypadku, a nie jedynie na stykach grup rasowych czy etnicznych, ale widać FIFA i stowarzyszenie „Nigdy więcej” (organizatorzy imprezy) wyznają stara zasadę, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Przypomina się na tę okazje nieśmiertelny cytat z „South Park’u”:

„[Agent FBI do Cartmana] Jeśli następnym razem będziesz chciał kogoś obrazić lub skrzywdzić, upewnij się, że ma ten sam kolor skóry co ty.”

Skomentowałbym podobne myślenie, ale ponoć nie ma moralnego prawa – jestem „skrajnym prawicowcem”.

No właśnie o języku walki o pokój... to jest: walki z nienawiścią, chciałbym dziś napisać. W Tok FM podsłuchałem rozmowę któregoś z lektorów z organizatorem akcji. Ponieważ nie dysponuje pełnym zapisem tych wypowiedzi, zacytuje tylko fragmencik, który dobrze zapamiętałem. Ale ten i tak jest smakowity.

(...) są tam pseudokibice (...) często związani ze skrajną prawicą, rasiści.”

Zapamiętajcie, drogie dzieci – „pseudokibice”, którzy immanentnie różnią się od zwykłych kibiców (bo wszak ci nie mogą być ani rasistami, ani posiadać poglądów „skrajnie prawicowych”). I wbijcie sobie w małe główki – skrajną prawice od rasizmu oddziela tylko przecinek, zazwyczaj z resztą niepotrzebnie postawiony. Wszak to jeden i ten sam moher. A teraz, drogie dzieci, pocałujcie misia w pysia...

Zastanówmy się nad tym jednym zdaniem. Nie nad jego treścią, np. czy sugerowanie, że ludzie zainteresowani sportem są en masse kryminalistami jest walką z, czy też szerzeniem nietolerancji. Niech to już spoczywa na głowach włodarzy „Nigdy więcej” (a jeśli głowy nie udźwigną, to na sumieniach...). Chodzi mi o użycie klasycznej „hate speech” (mowy nienawiści) i paradygmatu wykluczenia w zastosowanej frazeologii.

Wyraz „pseudokibice” zawsze mnie śmieszył. Termin ten miał oznaczać stadionowych chuliganów, którzy oprócz oglądania meczy, lubują się w nastawaniu na życie i mienie bliźnich. Ponoć owi „łże-kibice” zazwyczaj (wiedza powszechna – nie moja) organizują się w bojówki zgodnie z sympatiami do klubów sportowych i niszczą zarówno wyposażenie stadionów, jak i szlachetną ideę sportu. Lubią stawiać czynny opór policji lub postronnym obserwatorom, nawet niezbyt chętnym do szlachetnej walki na pięści i sztachety. Tyle dowiaduję się z mediów, a jak jest naprawdę, raczej ciężko mi zweryfikować. Na stadiony nie chadzam, a kiedy widzę agresywnego osobnika, łamiącego prawo, nie legitymuje go z szalika, ale staram się nie dopuścić do przestępstwa. Jeśli widzę grupę agresywnych osobników, zwykle usiłuję zmienić miejsce pobytu, znajdując rozsądny kompromis, pomiędzy godnością osobistą a słusznym pośpiechem.

Ale do rzeczy – kim jest kibic? Musi, jako żywo, być kimś zupełnie innym od opisanego wyżej stereotypu. A więc, podsumujmy: łagodnym kwietystą, szanującym własność i godność bliźniego, ostentacyjnie respektującym autorytet władzy, w żadnym wypadku nie zwracającym uwagę na podziały klubowe, szalikowe, koszulkowe lub dotyczące innych części garderoby. No i, jak dodaje organizacja „Nigdy więcej”, kibic jest bezwzględnym przeciwnikiem rasizmu i ksenofobii. Ech...

„Ludzie anioły! – rzekł Stary
„Tacy cnotliwi? – zapytał Młody
„Nie. – odrzekł mu Stary – Taki mają odlot...”

Osobiście uważam, że można być kibicem o poglądach rasistowskich, trockistowskich, anarchosyndykalistycznych, monarchistyczno-zachowawczych, libertariańskich, pisowskich lub peowskich, a mimo to czerpać przyjemność z oglądania gier zespołowych. Bo ludzie nie dzielą się, jak mrówki, na społeczne kategorie, czy kasty. Nie cierpię automatycznego szufladkowania. Obraża to moje wartości oraz poczucie estetyki. Obraża też zwykle Zdrowy Rozsądek, ale to zupełnie inna sprawa. Jeśli sądzi się Iksa Igreckiego za zdemolowanie stadionu, rozbój i walkę z policją, to nie sądzi się go za bycie kibicem! To tak, jakby uznać wegetarian za nazistów, bo Fuhrer był jaroszem... Jeśli nawet statystyka pokazuje, że 99% kibiców wszczyna burdy (nieprawda), 99% muzułmanów wysadza ambasady (bzdura), a 99% polityków to uczciwi ludzie (absurd), to konserwatysta nie powinien wyciągać z tego żadnej odpowiedzialności zbiorowej. Może, na wszelki wypadek, chadzać na stadion z kałasznikowem, omijać szerokim łukiem kraje islamskie i spokojnie głosować na komitet wyborczy Shreka, ale nie ma prawa czynić z tego reguły, ani prawa. Każdy jest odpowiedzialny za siebie. Nawet redakcja Tok FM jest odpowiedzialna za swoje słowa...

Natomiast zupełnie inną kategorie opisuje druga cześć zdania. W radiu wspomniano o złej „skrajnej prawicy”, ale to oznacza pewną alternatywę. Albo, że niewłaściwa jest w tym zroście „skrajność”, a więc każdy pogląd radykalny musi być niewłaściwy, albo przeklęta jest sama idea „prawicowości”.

Z pierwszym sądem aż boje się dyskutować, bo widzę, jak świat zmierza w tym kierunku – nie liczy się racja, tylko średnia – aby otrzymać wynik, trzeba odrzucić wszystko co skrajne. Bierze się pogląd A i pogląd B, sumuje, dzieli przed dwa i tak oto mamy odpowiedź. Kiedyś, mówiło się złośliwie na podobną konstrukcję: „kot Schrodingera”, ale dziś to jest normalność. To tak, jakby (używając aktualnego przykładu) zsyntetyzować prawdę z „katolicyzmu toruńskiego” i „katolicyzmu łagiewnickiego”. Weźmy mapę i cyrkiel, aby zaraz się przekonać, że prawda tkwi w „katolicyzmie pabianickim”, bo Pabianice leżą w połowie drogi pomiędzy wymienionymi miastami. Niech Bóg sobie poczeka, my wymierzymy i powiemy Mu, gdzie jest Jego miejsce...

A co do drugiej, i jak się wydaje, leżącej w sercu organizatorów akcji, tezy – że złą jest „prawica”... No dobrze, ale co oznacza w mniemaniu gości mojego ulubionego radia ten termin. Umiłowanie wolności i tradycji? Przywiązanie do przyrodzonego prawa naturalnego, prymat rozumu nad emocją? Strach przed rewolucją, szukanie dróg ewolucyjnych? Ależ skąd... „skrajną prawicą” jest... narodowy socjalizm!

Wiem, nie powinienem się dziwić. Sto lat rewolucyjnej zgnilizny intelektualnej (wszak zaczęło się w 1905), od kiedy Lewica zrodziła Lewactwo, uczyniło straszne spustoszenie w rozumach. Ale i nawet ono powinno mieć granice. Być może Czerwoni to mistrzowie w kradzieży ładnych i podrzucaniu brzydkich szyldów, ale czy oni potrafią przedstawić czarne, jako białe?

Kilka tygodni temu, zostałem poddany indoktrynacji narodowosocjalistycznej. Stało się to via „Gazeta Wyborcza”. Osobiście nigdy bym nie wpadł, aby wejść na witrynę internetową organizacji „RedWatch”, ale artykuł Michnixa, poprzez swoją sztampowość i karykaturalność, zmusił mnie do tego. Odnalazłem opiewany link w sieci i...

Marksizm zdradził żywotne interesy aryjskiej klasy pracującej i niszczy zdrowe tkanki naszego społeczeństwa. (...) Oni udają, że walczą o równość, ale tylko generują wyzysk. (...) Biała klasa robotnicza powinna otrząsnąć się z propagandy czerwonych hipokrytów i poszukać właściwych przedstawicieli.” – (robocze tłumaczenie fragmentu manifestu strony organizacji)

Skrajna prawica? Przecież to bolszewia czystej wody! Co z tego, że w roli proletariatu, widzi nie robotników wielkoprzemysłowych, nie alterseksualistów ale niebieskookie blond-bestie? Zasada chorej wojny z Porządkiem jest tutaj identyczna. Elementy niepewne klasowo stają się także niepewne rasowo, ale czy nienawiść spod innego sztandaru smakuje lepiej? To jest lewactwo pierwszej klasy, tylko że żerujące na odmiennych zabobonach. Narodowy socjalizm będzie zawsze mutacją socjalizmu, cokolwiek nie powie nam mądry pan z radia.

Skrajna prawica?! Wypraszam sobie – to ja jestem ze skrajnej prawicy – skrajnie liberalny, skrajnie konserwatywny, skrajnie pewien, że prawda istnieje i ja do niej dążę. Na prawo ode mnie jest tylko Pan Bóg i ponoć Janusz Korwin-Mikke. Nie mam nic wspólnego ani z aryjską klasą robotniczą, walką o równość, czy przywróceniem zagrabionych białym środków produkcji. Jest mi to równie obrzydliwe co inne lewackie wymysły, skrajne, czy nie skrajne. Szkodliwe.

Od dzisiaj ogłaszam więc swoją akcję: „Wykop kłamstwa z umysłów”. Nie odkrywam taką inicjatywą nowego kontynentu, po prostu robię swoje. Proszę, wspomóżcie mnie w odkłamaniu współczesnego języka. Robicie to już przy okazji każdej dyskusji o polityce, ekonomii i cywilizacji. Ale trzeba do sprawy podejść metodycznie z zabójczą konsekwencją. Nie możemy sobie pozwolić na kłamstwa semantyczne. Żadnych lewackich związków frazeologicznych. Żadnych figur propagandowych.

Prawica, to prawica, a nie żaden odłam socjalizmu. Tolerancja, to tolerancja, a nie utrzymywanie kosztownych przywilejów. Równouprawnienie płci, to równouprawnienie płci, nie ignorowanie płciowej godności człowieka. Prawda, to prawda, a nie „widzimisie” chwilowej większości ankietowanych. Równość wobec prawa to równość wobec prawa, a nie lawina zniewalających wolność regulacji i parytetów. Sprawiedliwość jest czymś zupełnie innym, niż sprawiedliwość społeczna. Poprawność polityczna nie jest poprawna wobec czegokolwiek innego, niż obsesyjne wizje polityków. Liberalizm to umiłowanie wolności, a nie totalniackie patenty postępowców. Demokracja (tak zwana) liberalna musi być czymś na tyle różnym od zwykłej demokracji, że wszystkim się chce dodawać ten mylący przymiotnik. Gazeta Wyborcza nie jest jedynym źródłem prawdy, tak samo, jak nie jest nim ani Nasz Dziennik, ani Najwyższy Czas. Unia Europejska nie istnieje. Dziś trwają jedynie Wspólnoty Europejskie. A czysty moher jest, wbrew pozorom, dużo miększy od aksamitu.

Przykro mi, ale PO nie jest partią liberalną. Platforma przemyca w programie pewne elementy wolnościowego dyskursu, których nie używają konkurencji. Ile to jest warte, pokazują głosowania i wola reformy państwa. Za wolnorynkową może uchodzić tylko w naszej, krzywej rzeczywistości politycznej.

A, i jeszcze jedno – prawda to może drastyczna, ale niemożliwa do ukrycia. PIS nie jest partią prawicy! Program solidaryzmu narodowego oznacza ugrupowanie niepodległościowej i tradycjonalistycznej centrolewicy. Nie lewactwa, ale Lewicy właśnie. I ja, skrajny prawicowiec, potrafię to docenić.

Wykopmy te wszystkie kłamstwa z naszych umysłów, bo chorym językiem nie opiszemy żadnej rzeczywistości.

wtorek, 21 marca 2006
Przyjaźń wymierna

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1356&wid=8235299&rfbawp=1142895663.082&ticaid=11489

USA kolejny raz zapowiedziało linię bezwarunkowego poparcie Izraela w przypadku konfliktu bliskowschodniego. Czy to ważna informacja? Bardzo ważna. My także jesteśmy sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Może nie grozi nam żadna konfrontacja zbrojna, ale pomoc Wuja Sama zawsze się przyda. Nawet podobna do izraelskiej deklaracja z Waszyngtonu znacznie wzmocniłaby naszą pozycję międzynarodową. Czemu więc prezydent Bush, wręcz rozpływający się w podziękowaniach za polski udział w Iraku, milczy o gwarancjach bezpieczeństwa (czytaj: bazach, tarczy rakietowej, restrukturyzacji polskiej armii... etc.), albo mruczy to pod nosem?

Można płakać i jęczeć, że podobne przywileje to żydowska specjalność. Można uciekać w teorie spiskowe. Ale nawet najbardziej wymyślne wizje konspiracyjne nie wytłumaczą jednego – czemu Izraelowi chce się bić o własny interes, a Polsce – niekoniecznie.

Żydzi żelazną ręką trzymają relacje z USA, a także innymi państwami. Stworzyli skuteczny system lobbingu politycznego, wykorzystującego narodową solidarność w porozrzucanej po świecie diasporze. Cały czas wręcz trąbią w zobowiązaniach wobec siebie, swoich (prawdziwych i rzekomych) zasługach dla świata i okolic. Ba, od powstania państwa Izrael, jego polityka w dużej mierze opiera się na emocjonalnym szantażu, wobec cywilizacji zachodniej, która wciąż żyje w moralnym kacu holokaustu.

Czy to podłe? Nie wiem, być może. Za to jakie skuteczne! Jeśli naród polski zamierza przetrwać dziejowe wichury, musi się uczyć. A od kogo uczyć się dbania o własny interes, jak nie od najstarszego narodu świata?

Czy Polska ma ku temu możliwości? Ma, jak najbardziej. Polonia amerykańska w USA jest liczna, całkiem nieźle zorganizowana (nie licząc kłótni personalnych) i w porównaniu z innymi mniejszościami, wciąż świadoma swoich korzeni. Trzeba tylko chcieć – poprosić naszych rodaków za oceanem o wsparcie i owo wsparcie koordynować. W krajach europejskich liczba polonii wciąż rośnie. Może nie jest to powód do dumy, ale skoro już tak się dzieje, to warto wyciągnąć z tego korzyści. Niedawno w Londynie Polacy pikietowali, żądając spełnienia postulatów przez polski rząd. Ale przecież mogą także wymagać od władz Albionu...

Dalej – polityka historyczna. Ot, tutaj też znalazłoby się sporo materiału do „wykorzystania”. Nie twierdze, że jestem zwolennikiem nabijania ideowych dział prochami ofiar (a tak czasem się, niestety, dzieje w przypadku holokaustu), ale nie można tez o pewnych sprawach milczeć.
Nie miejcie żalu do Stalina
Nie on się za tym wszystkim krył
To w końcu nie jest jego wina
Że Roosvelt w Jałcie nie miał sił

Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształty
Wiadomo, kto Cezara grał
I tak rozumieć trzeba Jałtę
śpiewał ironicznie Jacek Kaczmarski. To tylko jeden z wielu epizodów, o którym sumienie świata wolałoby zapomnieć. I zapomni, jeśli mu na to pozwolimy. Zachód jest nam wiele dłużny, choć o tym w tej chwili nie pamięta. Trzeba więc zacząć przypominać...

Gdyby nasz rząd potrafił wykorzystać tą siłę, do wzmocnienia swojego potencjału dyplomatycznego, jestem przekonany, że i amerykański offset za f-16 szybko by się zaaplikował i nie trzeba by było wciąż przypominać, że obozy śmierci nie były polskie...

Przyjaźń bywa wierna i wymiera. I jeśli powinna być wierna, jeśli chodzi o zasadę, to powinna być wymierna, przy korzyściach, płynących z jej trwania. Bo idee to piękna rzecz – szczytna i zawsze pożądana, ale idei się do garnka nie włoży. Nie włoży się ich też do lufy, kiedy trzeba będzie bronić kraju. Żydzi to rozumieją, być może właśnie dlatego ich naród przetrwał już ponad trzy tysiące lat.
poniedziałek, 20 marca 2006
Koalicja pod arbuzem

O wizji przedterminowych wyborów napisano już dużo. Ba, nawet zbyt dużo, więc ja tylko w skrócie przedstawię moje zdanie – nie, wyborów nie będzie. Jeśli Kaczyńscy chcieliby nowego rozdania, skorzystaliby z lutowej okazji. Celem sobotniej deklaracji starszego z Bliźniaków było moralne dokopanie PO. Być może nawet, aby samemu się upewnić w postępowaniu – decyzja Tuska (nie da się ukryć) pokazuje tchórzostwo Platformy. Można mieć jakieś wyrzuty sumienia, bo nie podjęło się współpracy z „naszymi przyjaciółmi z PO”. Tymczasem wojna z „przyssanymi do stołków tchórzami” jest czynem chwalebnym.

Trochę żałuję, że PIS nie poszedł na całość, że nie zgodził się na JOWy (ale wiosną, nie jesienią!). W tej sytuacji, nie dość, że sam wyszedłby na ostatnich sprawiedliwych, to i zrobiłby coś dobrego dla Polski. Co by złego nie powiedzieć o okręgach jednomandatowych, chronią one państwo przed władzą szemranych typów klasy Romana Jagielińskiego, którzy prześlizgiwali się poprzez partyjne sita, wbrew woli wyborców. Ale nie ważne, to oddzielny temat, jednak póki co nieaktualny.

Wczoraj wręcz uderzyła mnie po uszach jedna wypowiedź – głos Waldemara Pawlaka w „Wiadomościach”. Polityk PSL powiedział o przyszłej koalicji z rozbrajającą szczerością: „Możliwy jest rząd PO-PIS lub PO i części PISu, oraz innych ugrupowań.” ?! - można by zapytać. Nie, nie warto pytać, przecież to nic dziwnego.

Z ust Donalda Tuska dowiedzieliśmy się, że granie na rozbicie konkurencyjnego grupowania politycznego to czyn niegodny i nie licytujący się z powaga porządnego polityka. Oczywiście, Duma Kaszub wygłaszała ten sąd w dość szczególnej okazji, bo podczas pisowskich prób siania zamętu w Platformie. Ale nic to, wszak słowo się rzekło... Tymczasem, pan Donald dziś nie gromi Pawlaka, nawet jednym słówkiem nie potępia owego niegodnego zachowania. Może to tylko problem percepcyjny, bo pan Donald może być tak pochłonięty snuciem mrocznych scenariuszy zwycięstwa kaczyzmu, że najzwyczajniej w świcie nie zauważył wypowiedzi prezesa PSL.

Istnieje także inna możliwość – nikt na polskiej scenie politycznej owym zdanie nie był zdziwiony. Może wszyscy wiedzieli, że PSL chciałby rządzić, bez różnicy, czy to diabłem, czy z aniołem, z czerwonym, czy z czarnym, z gibelinem, czy z gwelfem, z Capulettim, czy z Monteccim... obojętnie – liczy się twardy stołek. Zielony byli w koalicji chyba z każdą, liczącą się w Polsce siłą, od SLD (ostatnio) do PC (’92). I niemal zawsze zdradzało swoich partnerów (z rządu Millera uciekło, Pawlak brał czynny udział w obalaniu gabinetu Olszewskiego). Teraz, ta partia szykuje się do poparcie kolejnego układu. W sumie słusznie – musi przecież zaliczyć współpracę z LPRem i Samoobroną, aby być na czasie i uzupełnić zasób kolekcjonowanych koalicjantów. Mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński przypomni sobie historię tej partii w ostatnich latach i wyciągnie stosowne wnioski. Niech najlepiej spyta o zdanie posła Kurskiego. Co by nie sądzić o Jacku „Bulterierze” Kurskim, jest on autorem jednego z najbardziej przenikliwych bonmotów Trzeciej RP: „PSL jest jak arbuz – z wierzchu zielone, w środku czerwone”.

Nie chce koalicji z Lepperem. Boję się koalicji z Giertychem. Ale zacisnę zęby i wytrzymam, jeśli nie będzie innego wyjścia. Tylko, że nawet zaciskanie zębów nie pomoże na koalicję pod arbuzem. Już lepiej iść z PO – ci się przynajmniej przyznają do wrogości i w najgorszym przypadku wbiją sztylet w pierś, nie w plecy...
 
1 , 2 , 3