Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
sobota, 29 kwietnia 2006
Nowa, świecka tradycja

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3315460.html

 
Rozdz. 2; Art. 55.
1. Ekstradycja obywatela polskiego jest zakazana
[Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 IV 1997]

 
Nie mam kompetencji, aby zastanawiać się nad ewentualną winą Adama G. Nie jestem sądem, a sama sprawa zabójstwa mnie nie dotyczy. Jestem za to obywatelem Rzeczpospolitej i jak najbardziej interesuje mnie ład prawny, w którym przyszło mi żyć. I czytając doniesienie z mojej ulubionej gazety i publiczne „Wiadomości” dochodzę do wniosku, iż jestem w owym zainteresowaniu samotny. Sędzia Safian i minister Ziobro – dwie osoby teoretycznie czuwające nad pilnowanie owego ładu, mają swoje obowiązki głęboko w poważaniu.

Znacie już stosowny artykuł konstytucji. O sprawie słyszeliście – mędrcy wciąż rozprawiają czy wydać, lub nie wydać podejrzanego (tudzież: złamać konstytucję czy nie). A kryterium dylematu to wątpliwość, czy Belgia osądzi zatrzymanego wedle prawa dla dorosłych. Ludzie, obudźcie się! Oto te same autorytety, które wczoraj broniły „ładu konstytucyjnego” jak lwy, dziś nawet nie zauważają, że rozbijają go dziś w puch. Jak można zastanawiać się, czy należy przestrzegać konstytucji? Jeśli ustawa zasadnicza, jest zła (a jest), to najwyższy czas myśleć nad zmianą. Ale póki dokument funkcjonuje, to przysięga i sędziego i ministra karze im walczyć o wypełnianie litery prawa zasadniczego. A oni walczą między sobą, traktując sprawę suwerenności Polski jak dogrywkę dla zeszłotygodniowej rozgrywki ideologicznych szachów.

Adam G. może być przekazany Brukseli na podstawie „Europejskiego nakazu aresztowania”. Ta bolszewicko-faszystowskoidalna instytucja, depcząca suwerenność prawną państw członkowskich, była jedną z bardziej oślizgłych ropuch, które połknęliśmy, przystępując do Wspólnoty. Uniofobowie pokrzyczeli na kolejną ratę wyprzedaży naszej wolności, ale prawa szybko ucichła. Niestety, wznowiło ją orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego (pod przewodnictwem mojego ulubionego przewodniczącego TK – Marka Safiana), które zwracało delikatnie uwagę, iż ENA jest nie do pogodzenia z literą i gwałci ducha naszej konstytucji. Ot, łamie bezczelnie artykuł 55, albo (jeśliby uznać nadrzędność prawa wspólnotowego) odsyła całą konstytucję na śmietnik. TK poprosił sejm o nowelizację prawa, tak aby ENA był legalny (nie wiem, czy oznaczało to uznanie konieczności zmiany konstytucji), a przez ten czas brukselska dyrektywa miała spokojnie działać... Oto idealny przykład logiki naszych „propaństwowców” – owo „państwo”, które bronią przez „psuciem”, traktują jak swój własny folwark, który mogą sprzedać, kupić, zamienić lub spalić wedle własnego uznania. Na ich miejscu też bym walczył z PISem – radości z neronowskiej zabawy w podpalacza państwa nie oddałbym nikomu.

A minister Ziobro, nie widząc przeszkód dla ekstradycji podejrzanego kompromituje pisowskie hasła niezależności na arenie międzynarodowej. Nie wiem, czy to na złość Trybunałowi, czy ze zwykłego zapału wsadzania ludzi za kraty, pozwoli stworzyć precedens instytucjonalnego bezprawia. Polityk, którego pomimo wielu wpadek, zawsze bardzo szanowałem, dziś skompromitował się do szczętu.

W tym miesiącu okażę się jedno – czy stada niezależnych umysłów gloryfikujące pomysł anszlusu były skrajnie skretyniałymi naiwniakami, czy cynicznymi kłamcami. Bo w pierwszym przypadku powinni okazać choćby cień zażenowania, że „chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle”. Powinni żałować utraty suwerenności prawnej RP i odszczekiwać swoje wcześniejsze błędy. Natomiast jeżeli będą siedzieć cicho... Jak powiedział Cyceron: Cum tacent clamant – kiedy milczą, krzyczą. Krzyczeli trzy lata temu, becząc jak owce z „Folwarku zwierzęcego”, a dziś odgrywają „Milczenie owiec”. Wiedzieli, ale „ciemnemu ludowi” powiedzieć nie chcieli. Wszak ta demokracja to fajna sprawa, ale ktoś to musi kontrolować.

Adama G. trzeba osądzić (i ukarać, jeśli okaże się winny) tutaj. Nie oglądać się na nastroje tłumu w Brukseli, ani tym bardziej na groźne pohukiwania brukselskich totalniaków. Trzeba ratować to, co jeszcze można, z niezależności Polski wobec unickiej biurokracji. I to leży w interesie wszystkich, nawet heroicznych i propaństwowych owiec.

Bo czego będzie bronił sędzia Safian, jeśli jego ukochana konstytucja, zgodnie z nową, świecką tradycją, pójdzie tam, gdzie trafiają milczące owce?
piątek, 28 kwietnia 2006
Haposeq, Israel!

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060427/publicystyka/publicystyka_a_2.html

Wszystko ma swoje granice, nawet moja cierpliwość. Jak dotychczas, zawsze starałem się trzymać nerwy na wodzy, kiedy byłem świadkiem aktów żydowskiego antypolonizmu. Zgodnie z rozumowaniem Rafała Ziemkiewicza, uznawałem, że gdy w rodzinie trafi się kuzyn dotknięty straszną tragedią, należy mu wybaczyć niezbyt składne brednie, wywołane nerwowym rozstrojem. Potrafię zrozumieć, że ogrom bólu narodu żydowskiego, w stosunku do własnej historii, jest niewyobrażalny. Póki co, zabierałem głos tylko kiedy pod płaszczem tej żałoby oślizgli cwaniaczkowie usiłowali sprzedać cierpienie swoich zmarłych za kapitał polityczny czy pieniężny i chyba nigdy w innym przypadku. Ignorowałem politykę historyczną rozmaitych żydowskich (czy lepiej napisać: pasożytujących na swoim żydostwie) lobby, chyba że głosiła oczywista nieprawdę (np. kłamstwo jedwabieńskie, głoszone przed publikacją raportu IPN). Spokojnie traktowałem ataki na elementy cywilizacji zachodniej (kwestionowanie bezprewencyjnej wolności słowa, próby ingerencji w sprawy religii katolickiej), uznając je za śmieszne i w gruncie rzeczy niegroźne. Nigdy tez nie zapominałem, że tacy ludzie tak Salomon Morel czy Stefan Michnik są odrażającymi parszywcami ze względu na to, co robili, a w żadnym wypadku nie z racji pochodzenia. Zawsze też uważałem nacjonalizm żydowski za wzorzec godny obserwacji i w wielu miejsca adaptacji do polskich warunków. Rzadko zastanawiałem się nad jakimś mistycznym bilansem zasług narodu żydowskiego wobec ludzkości, a jeśli już, to perspektywie każdego „Żyda Marksa” widziałem „Żyda Friedmana”. Dotychczas starałem się omijać z daleka tematykę stosunków polsko-żydowskich w dwudziestym wieku, wychodząc z założenia, iż nie jestem w stanie zrozumieć wszelkich złożoności współżycia obydwu narodów. Nie uważałem za pożyteczne bez końca roztrząsać kwestię narodowościowego składu organów czerwonej opresji na ziemiach polskich. Po co rozdrapywać stare rany, jeśli nie można już ukarać tych, co ranili?

I zamierzałem dalej trwać w takim światopoglądowym, bezpiecznym porcie. Nie zostało mi to dane. Wydarzenia ostatnich tygodni – najpierw wściekły mord cywilny na Stanisławie Michalkiewiczu, a potem seria skandalicznych wypowiedzi przedstawicieli organizacji, uznających się za wyrażające żydowski interes, wtargnęły do tego stasis neutralnego spokoju. Nawet nie szukając podobnych doznać, zostałem wręcz zalany potokiem nienawiści i kłamstwa, płynącym z ust ludzi, którym Polska nie miała nawet jak zaszkodzić. Dlaczego? Na to pytanie jestem w stanie dać racjonalnej odpowiedzi.

Atak Mariama Sterna zinterpretowałem według tzw. „logiki biurestwa”. Ot, urzędnik filii „przedsiębiorstwa Holokaust” (REMie, czekam na anatemy) działa zgodnie z filozofią pasożytniczego molocha – podgrzewa atmosferę konfliktu roszczeń. Atak na Michalkiewicza, choć bolesny i skandaliczny, moim zdaniem wpisywał się jedynie w nagonkę na radio „Maryja”, a w konflikcie aksamitnego i moherowego Salonu ucierpiał niewinny publicysta. Natomiast mam już poważny problem z zaklasyfikowaniem oszczerstwa Jeana Kahna, przewodniczącego Stowarzyszenia Żydów Francji.

Szef bliżej nieznanego mi stowarzyszenia (tzn. takiego, które dotychczas nie „odznaczyło się” przykładami „języka miłości”) stwierdził, że „Polska, Węgry, Rumunia i Ukraina mają na sumieniu śmierć setek tysięcy Żydów”. Nie wiem czy p. Kahn ma problemy z matematyką, ale jestem przekonany, że cierpi albo na poważny niedowład wiedzy historycznej, albo istną wściekliznę złej woli. Ponieważ powiedział to francuski Żyd, w pierwszej chwili podejrzewałem, iż po prostu chce ulżyć sumieniu dręczonemu wspomnieniem instytucjonalnego szmalcownictwa państwa Vichy. Ale nie, przewodniczący wspomniał narodowe kajanie Francuzów z 1995. Dodał również, że „kraje Europy "ponoszą zbiorową odpowiedzialność" za Holokaust i dopóki tego nie wyznają, walka o pamięć ofiar nie może zostać zakończona.” Aha, od tego momentu zacząłem pojmować charakter Kahna. On jest po prostu antygojem!

Jak inaczej wytłumaczyć głoszenie oczywistych kłamstw z zamiarem zaszkodzenia narodom Europy? „Kilkaset tysięcy” przewodniczący zapewne wyssał z palca, podejrzewam, że niekoszeryzując wcześniej tej części ciała. Jak powstało owo przybliżenie? Ofiary pogromów? Bzdura, to chyba jakieś kłamstwo oświęcimskie a rebours. Nawet najbardziej niechętni narodom Europy historycy, gdy przychodzi do liczenia rzeczywistych ofiar, podają wielkości o rząd mniejsze. No, chyba, że Kahn uznał odpowiedzialność Polski, Węgier, Rumunii i Ukrainy za nazistowski holokaust. No dobrze, załóżmy że posunął się do tak absurdalnej obelgi. Dlaczego więc nie powiedział od razu „sześć milionów”? Na wszelki wypadek można by go posłać do celi Davida Irvinga...

"Każdy Żyd pochodzący z Polski, którego spotkałem, mówił mi o antysemityzmie Polaków.” Obawiam się, że Polacy będą musieli przepraszać za alterprawdomówność znajomych Kahna. „W samym Jedwabnem zginęło z rąk Polaków więcej Żydów, niż zostało zamordowanych w czasie okupacji we Francji” No tak, z Francji wywożono Żydów, aby uśmiercić ich w obozach na terenie Rzeszy, za co niewątpliwie winni są Polacy. Wszak "Polska ma na sumieniu śmierć setek tysięcy Żydów". I zapewne p. Kahn nie będzie chciał podać dokładnej liczby, bo rzetelna analiza historyczna zazwyczaj bardzo osłabia rażenie prymitywnych obelg. Jestem przekonany, iż nie zamierza również porównywać liczny ofiar pogromów z ilością zabitych i zamęczonych przez funkcjonariuszy czerwonej bezpieki żydowskiego pochodzenia. No bo po co, to wszak gorsi zmarli. A nasi, to nasi, krew z krwi...

Nie będę się zniżał do dalszego komentowania tych przykładów języka nienawiści. Widzę, że potrzebny dialog z Narodem Wybranym jest trudny, bardzo trudny, ze względu na przepełnione nienawiścią indywidua po obu stronach stołu. Ale gdy u nas rasiści zepchnięci zostali do rezerwatów politycznego folkloru, i jeśli słyszymy coś na temat Bubla czy Tejkowskiego, to tylko za sprawą larum Gazety Wyborczej, to po stronie żydowskiej antygoizm rozplenił się w najwyższych władzach oficjalnych organizacji, pretendujących do reprezentacji Żydów. To tak, jakby polski premier liczył na palcach ofiary Oświęcimia, a któryś z ministrów paradował po URM w esesmańskim mundurze. Przecież to absurd, w całej Europie goje starannie tonują, ba usuwają z debaty publicznej głosy nienawiści, czasem nawet ceniąc wyżej spokój, niż prawdę historyczną. I tego samego oczekuję od Żydów!

Stanisław Michalkiewicz od pewnego czasu lansuje tezę o starciu cywilizacji. Nasza łacińskość ma być atakowana nie tylko przez dżihad agresywnego islamu, ale również przez cywilizację żydowską. Owo starcie jest koneczne („koneczne”, nie od słowa „konieczność, ale od tez Feliksa Konecznego, teoretyka wojny cywilizacyjnej) – żywioł silniejszy bezlitośnie wypiera słabszy, nie ma mowy o kompromisie, o współistnieniu na jednym terytorium. Roszczenia żydowskie, mają być forpocztą owej wojny, jako przykład zwycięstwa prawa trybalistycznego (którego podmiotem jest plemię/naród) nad wolnością europejską (której podmiotem jest jednostka). Michalkiewicz uważa, że płacąc jakiekolwiek odszkodowania organizacjom żydowskim, a nie prawowitym spadkobiercom ofiar wojny i komunistycznego szabrownictwa, wyrzekamy się łacińskich korzeni, nieuznających odpowiedzialności zbiorowej, a jedynie winy i zasługi jednostek. Ja nie wyciągam z owych „hupc” tak daleko idących wniosków. Z jednej strony pieniądz jest pokusą dla każdego człowieka, niezależnie od pochodzenia, z drugiej strony, nienawiść zaślepia każdy naród, pchając go do niegodnych działań. Niestety, aktywiści antygojowscy próbują ze wszelkich sił przekonać mnie do poglądów redaktora Michalkiewicza.

Wiem, że ataki na narody Europy są udziałem tylko nielicznej (acz powiedzmy szczerze – wyjątkowo krzykliwej) grupki nienawistników. Ale chciałbym, by Naród Wybrany był tak samo czuły na chamstwo we własnych szeregach, jak my. Jeżeli oczekuje, aby Europa wsadzała do więzienia Irvinga (co osobiście uważam za totalitarną przesadę), a sam nie może się zdobyć na potępienie antygojów takich jak Stern czy Kahn, to coś z owym dialogiem jest nie w porządku. Czy ot aby nie jest monolog nienawiści?

Jeśli czyta mnie jakakolwiek osoba pochodzenia żydowskiego, proszę ją o pomoc, o współprace w imię dobra obu narodów. Proszę Cię, pamiętaj aby zareagować na każdy przejaw antypolonizmu, antyromanizmu, czy antyukrainizmu. Wyrwijmy historię z rak polityków oraz szabrowników i oddajmy ją historykom. Tak najszybciej znajdziemy prawdę, która może Nas pojednać. Bo pojednać się trzeba. Buble i Kahn’y udowadniają Nam to niemal każdego dnia. Bo Ty sam nie jesteś niczemu winny, ale jesteś odpowiedzialny za przerwanie spirali kłamstw i złości. Pomóż Nam, ludziom dobrej woli. Pomóż zawołać głośno o opamiętanie:
Haposeq, Israel!

Ps.
Jest to temat poważny i oczekuję poważnej dyskusji, a nie wyrażania własnych żalów czy agresji. Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że tak tutaj, jak i wszędzie indziej na mojej stronie, będę kasował bezlitośnie posty nawołujące do przemocy. Na każdym, również etnicznym tle.


Errata:
"Hafsek, Israel"
Tak powinien brzmieć tytuł artykułu w nowohebrajskim. Błąd wynika z mojej ignorancji filologicznej. Przepraszam wszystkich posługujących się tym pięknych, acz zbyt trudnym dla mnie, językiem.

czwartek, 27 kwietnia 2006
Niespodziewanka

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3308595.html

Przyznaję, zostałem zupełnie zaskoczony. Nie dlatego, że uważam PO za partię skończonych zbójów (nie całą... nie skończonych...). Nie dlatego, że nie spodziewałbym się po wierchuszce Platformy tak zdecydowanego działania. Nie dlatego, iż Paweł Piskorski wydawał się jednym z Niezatapialnych III RP. Zdumiał mnie sam fakt wyciagnięcia politycznych konsekwencji z działań polityka.

Brzmi to może dziwacznie, ale jak dotychczas, przypadki, aby partyjny działacz bywał odstrzelony przez swoich, były rzadkością. Wedle polskiego systemu feudalnej lojalności, nawet najbardziej kompromitujący element stada był trzymany na składzie. Niektóre środowiska, choćby UD/UW/Demokracji.eu technicznie rzecz biorąc w całości są zbieraniną wzajemnie kompromitujących się partyjnych aparatczyków. Ale nie wyrzucają nikogo. Zupełnie jak większość ugrupowań, chowają wyjątkowo przyblakłe gwiazdy pod dywan. Działacz taki zwykle szedł w „odstawkę”, zazwyczaj (wzorem PRZP) na „placówkę dyplomatyczną” – Piskorski jest tu modelowym przykładem takiego postępowania w PO. Wysłano go aż do Brukseli, gdzie nikt nie słyszał o warszawskich mostach. Ale jego partyjna macierz trzymała zasłużonego towarzysza. Tak każe święty zwyczaj, a nasi łże-liberałowie bywają konserwatystami w najmniej oczekiwanych dziedzinach.

A tu niespodziewanka – już w niecałe dwie doby po eksplozji afery, Warszawski Mostowy runął w nurt politycznego Styksu. Za zdecydowanie i szybkość działania muszę pochwalić Platformę. Chyba żadna inna partia (z wyjątkiem PISu, jeśli delikwent podpadłby Kaczyńskiemu), nie amputowałaby chorego członka tak bezlitośnie. To dobrze, bo świadczy o pewnej normalizacji zwyczajów politycznych nad Wisłą. Mechanizm jest godny pochwały, przyznaję bez bicia. Tyle że... warto przyjrzeć się, za co dokładnie utonął Piskorski. Bo analiza jego win może się okazać bardzo pouczająca.

Europoseł wnikliwie przeczytał „Paragraf 22”. W powieści Hellera można znaleźć postać ojca Majora Majora – największego nieuprawiacza lucerny w całym stanie. Major senior miał dużo ziemi, a rząd federalny płacił mu, aby nie uprawiał tam lucerny. Za dopłaty bezpośrednie, antyfarmer kupował jeszcze więcej ziemi, dostawał rządowe pieniądze i tak wzbogacał swój ród.

[Paweł Piskorski zapowiada, że będzie dalej kupował ziemię. – Teraz nie mam pieniędzy, ale czekam na dopłaty z Unii.] cyt. za: „Wielki Pan na Pomorzu”; Jan Rogacin; Dziennik; 25.04.06

W dalszej części artykułu pojawiały się kolejne zarzuty – europoseł widać płacił złotem znalezionym w garnku, na skraju tęczy, ponieważ jego dochody i majątek nie pozwalały na tak imponujący zakup. Świeżej daty gajowy tłumaczył się Dziennikowi, widać jednak nie dość składnie, bo gazeta powróciła do tematu w środę. Ciekawe jest jednak coś innego – to nie za ciemne sprawy finansowe Piskorski był powszechnie potępiany! Przecież niemal każdy polityk ma kilka kredytowych tajemnic za uszami. A w przypadku PO, to sprawa ma chyba wymiar ogólnopartyjny, gdyż ugrupowanie mocno namieszało przy finansowaniu kampanii wyborczej. Czyby więc oburzenie PO wyrażało filozofię:

[„Łapaj żebraka!” dla niepoznaki

Krzyczały wszystkie inne żebraki]?

Nie, to chyba nie w tym rzecz. Reakcja dowództwa Platformy, moim zdaniem, kontrowało powszechne oburzenie na samą ideę interesów europosła. Ludzie wściekają się, bo Piskorski zarobił na pasożytnictwie dotacyjnym. Okradł nadopiekuńczego molocha Wspólnot Europejskich, kupił las z zamiarem zarabiania na absurdach idei eurototalizmu. Ja bardzo chciałbym zrozumieć, czemu to budzi czyjś sprzeciw. Wszak państwo polskie prowadzi podobne działanie na stokroć większe sumy, w majestacie prawa (i sprawiedliwości). Ba, nawet ludzie oklaskują premiera Marcinkiewicza, gdy ten wyszabrował z dziurawej kiesy Wspólnot dodatkowy łup. Robią to i urzędnicy i obywatele, czemu więc Mostowy nie miąłby spróbować naszego kontynentalnego sportu – urzędowego złodziejstwa?

Ale co zdumiewa mnie jeszcze bardziej – sama PO postępuje z odrażająca obłudą. Ta partia wiele wyrzekła słów i kłamstw, aby zachęcić Polaków do poparcia Anszlusu. Prezentuje się jako ugrupowanie „euroentuzjastyczne” (przypis k.L: chyba „unioentuzjastyczne”, bo Europa to nie Unia ) i wysłało do Brukseli kilkunastu euroutrzymanków. A mimo to, w środowym czynie de facto potępiła CAP, będący faktycznym rdzeniem Wspólnoty! Co to za dwumyślenie, które karze gloryfikować oficjalnie rozpustny system dopłat, a jednocześnie obawiać się społecznej recepcji wobec realizacji swoich postulatów. Piskorski doskonale ucieleśnia euroideały, deklarowane przez PO – okrada kasę Wspólnot skutecznie i z ułańską fantazją, jakiej nie powstydziłby się ojciec Majora Majora. A mimo to, Platforma wyklęła swego barona.

Chyba gdzieś, tam w tyłach umysłów Platformersów, jeszcze żyje prosta konstatacja: „Ludzie wiedzą, że Unia jest brudna, a dopłaty niesprawiedliwe”. Niestety, tej wiedzy nie towarzyszy odwaga, aby opowiedzieć o tym wprost. Partyjniacy dalej trajkoczą brukselską śpiewkę, tylko dyskretnie usuwają z chóru zbyt ambitnych solistów. Eurożebraki zdemaskowały eurożebraka. Brawo!

Mimo to cieszy mnie ta decyzja Platformy. Lubię niespodziewanki.

Ps.
Wnikliwie przeczytałem wywiad z Julią Piterą w Dzienniku. Czy pani poseł kupi swemu eks-partyjnemu towarzyszowi wzmiankowany pistolet?

Pps.
Ciekawe, że PP przed ucieczką do swej puszczy sprowadzi tam jakieś żubry. To już się robi zwyczajem...
środa, 26 kwietnia 2006
Felieton antyklerykalny

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3306569.html

http://www.kosciol.pl/article.php/20060329020238678

Spokojnie, nie bójcie się. Ani nie oszalałem do końca, ani nie wstąpiłem do APP. Po prostu nieco śmiać mi się chce, widząc dworski taniec JE kard. Stanisława Dziwisza i ministra Andrzeja Urbańskiego. Sprawę pamiętacie chyba pamiętamy - szef kancelarii prezydenta, wyraźnie zmęczony medialnym młynkiem wokół sprawy nowych wyborów, powiedział w natchnieniu:

Ale też proszę nie wprowadzać tutaj takiego quasi-terroru, że jeden kardynał będzie decydował o przyszłości politycznej Polski.” Oraz:

To na zaproszenie prezydenta przyjeżdża do Polski Ojciec Święty. Nie na zaproszenie kardynała Dziwisza

W eterze i na papierze rozpętała się radosna burza, która jednak szybko przygasłą. Ot, taki sobie lapsus ministra. Ale dziś GW donosi, że Urbański zamierza dokonać pokuty. Na szczęście osobiście, nie na łamach gazety.

Nie twierdzę, iż źle jest, gdy polityk, czy urzędnik przeprasza. Doskonale, nasi światli władykowie muszą nauczyć się kajać. Pamiętacie, kto ostatni raz wystąpił z publiczną pokutą, nie wymuszoną sądowym wyrokiem? Mnie to umknęło z pamięci, no chyba, że najświeższym przykładem jest Tusk i jego wyjaśnienie na temat moherowej koalicji. Ale nawet pan Donald przepraszał tak, żeby obrazić tamtą biedną kobietę. Zdecydowanie, naszym politykom przydałaby się lekcja pokory.

Nie twierdze, że to źle, gdy polityk bierze pod uwagę zdanie biskupa. Co prawda, wolałbym, aby takie konsultacje nie odbywały się za pośrednictwem mediów, ale osoba zaufania społecznego, jaką z pewnością jest Książe Kościoła, powinna wyrażać własne zdanie, choćby z racji samego autorytetu urzędu. Oczywiście, powinno być to zawsze związane ze sprawami Kościoła, a nie tematyką marności świata, w czym lubuje się JE Życiński, JE Pieronek, czy (przy moim całym szacunku do moheryzmu, muszę to napisać) o. Rydzyk. Nie, takie poruczenia są szkodliwe. Ale w sprawie papieskiej pielgrzymki, czemu nie?

I wcale nie twierdze, że to źle, gdy zastanawiamy się nad stykiem świata polityki i duszpasterstwa. Po prostu, wolałbym, aby takie rozważania prowadziły do zabezpieczania zagrożonej autonomii obydwu sfer.

Mam tylko jedno, za to bardzo ważne pytanie: za co dokładnie przeprosi Urbański? Gdzie powiedział nieprawdę? Spójrzmy na wypowiedź ministra – jego słowa, przytoczone przez TVN 24, były skierowane nie do kardynała, ale reportera. Polityk odnosił się do wizji dziennikarza, który sugerował dziwaczną zależność decyzji prezydenta od zdania arcybiskupa. To reporter tworzył atmosferę „quasi-terroru”, to reporter sugerował, że „jeden kardynał decyduje o przyszłości Polski”. Wierzę, że tak samo odebrał to arcybiskup, który nie dał się wciągnąć w nagonkę na Urbańskiego i szybko przeszedł nad problemem do porządku dziennego. To media wałkowały problem dalej i zapewne właśnie przez media minister jedzie do Krakowa. A tam przeprosi za...

...powiedzenie prawdy! Co złego jest w poglądzie, który sprzeciwia się autokratycznej władzy jednego dostojnika kościelnego? To już nawet nie teokracja, tylko dziwiszokracja, której zapewne nikt, a zwłaszcza sam zainteresowany, nie chce. A w sprawie „quasi-terroru”, przeprosiny są jeszcze śmieszniejsze. Bo co wolno wojewodzie, to nie Tobie... na zagrodzie. Magdalena Środa może sobie winić katolicyzm za bicie kobiet, a człowiek prezydenta nie może zwrócić uwagi na tworzoną przez media niezdrową atmosferę strachu (terror, terroris – łac. strach) o ustaloną już dawno papieską pielgrzymkę. Bo, i piszę z całym szacunkiem dla organizatorów odwiedzin papieża, dyskusja o ograniczeniach w sprzedaży alkoholu, to już przejaw strachu o własne maniery. Szacunek dla Głowy Kościoła powoli dochodzi do punktu śmieszności. Zapewne zupełnie niechcący, mają w tym swój udział i kardynał i prezydencki urzędnik.

Tylko, broń Boże, nie pomyślcie, że to arcybiskup ma przepraszać zastraszonych Polaków. O nie. Patrząc na rodzime elity, zwłaszcza te w okolicach władzy, ja bym już wolał  aby Stanisław Dziwisz, jak to już dawniej bywało, przyjął tytuł interrexa i rządził Rzeczpospolita do czasu, gdy znajdziemy sobie świeckiego Piasta. Tylko trzeba go mianować wcześniej prymasem.

Byle dyskretnie, aby TVN 24 nie stwierdziło, że PIS zawłaszcza również władzę kościelną.
wtorek, 25 kwietnia 2006
Pamięć bez pamiętliwości

A dziś nie będzie żadnej polityki, po prostu świeczki. Dziś wypada dzień pamięci o ofiarach holokaustu. I watro to uszanować. Bez ideologii, bez złości, bez rozdrapywania starych ran. Po prostu pochylmy głowy przed ludzkim cierpieniem.

[‘]
poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Dzień Dobrych Wieści

Wieść pierwsza:
Moja ulubiona gazeta notuje spadek sprzedaży. Gdańszczanin (http://gdanszczanin.blox.pl/html) liczy, że nawet o 120 000 egzemplarzy. Yes, yes, yes? Z szampanem jeszcze poczekam na oficjalne wyniki Agory. Ale sądzę iż marszu ku zdrowej konkurencji w mediach nie da się już powstrzymać.

Wieść Druga:
http://www.wprost.pl/ar/?O=89504
Promomohomo nazwali swoją antykonserwatywny dżihad „Układem Warszawskim”. No, lepiej tego nie ujął, nie podkreślił tak ideologicznej agresji lewactwa. A tu nawet nie będę musiał narażać się REMom, czy innym politrukom, bo mudżahedini postępu ośmieszają siebie znacznie lepiej, niż ja bym potrafił ich ośmieszyć.
Ciekawi mnie tylko, co na ofensywę Gejmachtu powie PO i Paweł Piskorski.

Wieść Trzecia:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3302864.html
Jan Maria nawrócił się na teorie spiskowe! To znaczy – walczy z układem i ubecją. Szkoda, iż na razie tylko w „Samoobronie”. Ale nie od razu zbudowano Kraków... Nie od razu stamtąd przyszedł premier...

Wieść czwarta:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3302419.html
Prezydent usłucha orzeczenia. Ale sam Trybunał bojkotuje. I dobrze:

Niech poczuje Mędrców Rada
Jak się do obrazu gada!

Wieść Piąta (i najlepsza):
http://www.metal-archives.com/release.php?id=108348

Moonspell wrócił! Mój ukochany niegdyś zespół, po latach grania komercyjnej muzyki, postanowił, wraz z nową płytą, w znacznym stopniu powrócić do artystycznych korzeni. „Memorial” to album świetny, nagrany w konwencji mieszania tych lepszych elementów z „Irreligious” i „Under The Moonspell” (tak to nie żart!), oprawione w nowoczesną przebojowość. Wciąż czuć w muzyce Moonspell ślady gotyckiej apostazji, ale wokal Ferdanda jest najcięższy od czasów „Wolfheart”. I są „blasty”! Ludzie, skoro Moonspell wrócił do normalności, to nasz Kraj też może!


Ps.

http://serwisy.gazeta.pl/swiat/0,34204.html


Niech to szlak... a dzień zapowiadał się tak wspaniale...
[‘] pokój ofiarom bestialskiej zbrodni w Egipcie... pokój wszystkim, niezależnie od wyznania, narodowości i poglądów politycznych.
Na pohybel terrorystom!

niedziela, 23 kwietnia 2006
Babski strach

Krótki nius – właśnie słucham mojego ulubionego radia i słyszę moją ulubioną feministkę. Kazimiera „Madame” Szczuka wraz z Cezarym Łasiczkę i Wojciechem Olszakiem odbierają właśnie bałwochwalcze telefony, z ideowym poklepywanie po wyzwolonych plecach. Jednak nawet na antenę prawomyślnej rozgłośni wdarł się poważny zgrzyt – jeden ze słuchaczy miał czelność posiadać inne zdanie, a co gorsza, postanowił je za wszelką cenę wypowiedzieć. Gdy tylko okazało się, iż może być nie miło, obaj prowadzący zaczęli bohatersko wpierać p. Kazimierę, przeszkadzając w rozmowie i obrażając gościa. Ale na cóż naczelnej feministce 3.5 RP! Sama wzięła sprawy w swoje ręce i skwitowała wypowiedź gościa uprzejmym:

[Spie****j dziadu!]

Sądzę, iż Rada Etyki Mediów powinna zbadać ów bezczelny przykład antygerontyzmu. Tu także p. Marek Edelman może z czystym sumieniem interweniować, jako człowiek w wieku uprawniającym do moralnego oburzenia.

Ale i tak szanuję p. Kazimierę. Wierze, że gdzieś tam w środku nadal jest kobietą... nieważne jak bardzo stara się temu zaprzeczyć...

ps.
Nazwała tego nieszczesnego bluźniercę chorym. KS doktoryzowała się z psychiatrii równie szybko co red. Pacewicz. On na Michalkiewiczu, ona na słuchaczu
sobota, 22 kwietnia 2006
Dylematy Demokraty

http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34180,3298611.html

[Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas unieważni decyzję o powołaniu nowych sił specjalnych, ogłoszoną przez szefa służb bezpieczeństwa w rządzie Hamasu]

To tylko kolejny epizod z bliskowschodniej telenoweli ludzkich dramatów. Konflikt w Palestynie to sprawa tak boląca i złożona, że rzadko ważę się, aby o niej pisać. Za mało mam wiedzy, zbyt słabo czuje tamtych ludzi. A na dodatek obie strony konfliktu robią wszystkim, aby obrzydzić swoje racje w moich oczach. Palestyńczycy walczą z żydowskimi dziećmi i kumają się ze śmietanką międzynarodówki islamsko-terrorystycznej, a Żydzi stosują barbarzyńską zasadę odpowiedzialności zbiorowej i budują getto dla niszczonego przez siebie ludu. Pierwsi ośmieszają idee samostanowienia narodu, jasno pokazując, że z wolności nie umieją korzystać, drudzy hańbią sztandary walczących o ład i prawo, sami stosując terrorystyczne metody wrogów. Dlatego samej lewantyńskiej rzeźni nie ruszam – chciałbym napisać o innym, nieco szerszym problemie, związanym z Palestyną – demokracji.

Początkowo sformułowane przez Hegla, wzmagające się w ciągu XIX i XX wieku i triumfujące ostatecznie od końca drugiej wojny światowej przekonanie o doskonałości tzw. „demokracji liberalnej” zawsze mnie śmieszyło i przerażało. Od „historycyzmu” Hegla po „Koniec historii” Fukuyamy co rusz wmawia się nam, że obecny stan ustrojowy cywilizacji zachodniej jest idealny, a wszelkie odstępstwa od żelaznej normy należy wypalać żywym ogniem. Skąd także pochodzi przekonanie o konieczności promocji uniwersalnie skutecznego modelu na cały świat i okolice. Tak więc wolny świat co i rusz uwalnia ten szybszy. I zazwyczaj wygląda to dobrze, zwłaszcza przez pryzmat obiektywizmu Gazety Wyborczej. Niestety, czasem przez filtr ideologicznego samozadowolenia przesiąkają podobne niusy – oto demokracja bywa taka... niedemokratyczna.

W Autonomii Palestyńskiej odbyły się wybory. Właściwie nikt nie zgłaszał poważniejszych zastrzeżeń w stosunku do przeprowadzenia elekcji, więc uznaje się wyniki za obiektywne. Ale już niekoniecznie za słuszne – kiedy okazało się, iż zwyciężył Hamas, organizacja, która nie domyła zza paznokci resztek prochu i krwi, wolny świat wpadł w panikę. „Jak to?! – pytał bezradnie. – Czyż to możliwe, ze za pomocą systemu demokratycznego wybrano ludzi niebezpiecznych?” Ano, widać możliwe. Powiem więcej – logiczne. Demokracja, przynajmniej w teorii, zapewnia administracji skład odzwierciedlający poglądy społeczne. Dlatego też, zazwyczaj w czasie pokoju demoliberalne rządy są stadem gołąbków, a w czasie wojny stają się watahą krwawych jastrzębi. Na terenie Izraela front przebiega przez znaczą część ludności, w tym zdecydowaną większość Palestyńczyków – nic więc dziwnego, iż ci wyrażają demokratycznie swoje pragnienia. Ot, chociażby „Izrael do morza!”

I nasi żałosni neohegliści polityczni, którzy z nauczania Mistrza przejęli najbardziej mistyczny element, dziwują się na ten stan. Czy to możliwe, aby system idealny generował wojnę i cierpienie? Zazwyczaj bezkrytyczni zwolennicy demoliberalizmu (nie cierpię tego określenia – sugeruje iż demokracja w jakiś sposób wiąże się z liberalizmem, co jest bzdurą) wietrzą spiski, działania Al-Kaidy/Moskwy/Szatana (niepotrzebne skreślić), ale nie dopuszczają do siebie myśli, że to system zawiódł.

Abbas jest prezydentem Autonomii Palestyńskiej, który doszedł do władzy w równej mierze dzięki wyborom, rozgrywkom wewnątrz Fatah, jak i zakulisowym negocjacjom międzynarodowym. Dlatego też w starciu prezydent-rząd, to właśnie Hamas ma prawo kreować się na „obrońców demokracji”, to za nim stoi pewniejszy i świeższej daty mandat społeczny. A mimo to świat milcząco popiera działania „niedemokratycznego” Abbasa. Powiem szczerze – ja też, bo o ile rozumiem ostatni konflikt, jest to próba obsadzenia służb specjalnych desantem bojowników Hamasu, ludzi często winnych zamachów na ludność cywilną. Z punktu widzenia i Żydów i Palestyńczyków optymalnym by było nie dopuszczać takich ludzi do władzy. Ale logika demokracji jest żelazna – skoro wygrali, to niech rządzą. A demokraci heglowsko-fukuyamioczni się buntują, także przeciwko głoszonym pryncypiom ustrojowym. Demokraci bezrefleksyjni będą lamentować bez niepokoju moralnego, ale ci bardziej świadomi zastanowią się i zaniepokoją.

I może dlatego warto przyswoić mądrość Starożytnych. Przed wybiórczą lektura Hegla, może lepiej przypomnieć sobie nauki polityczne Arystotelesa. Stagiryta zwracał uwagę, że każdy ustrój polityczny może przybierać dobrą i zła formę. Że każdy sposób rządzenia jest nierozerwalnie związany z kulturą i mentalnością danego społeczeństwa. I jeśli na siłę wprowadza się niewłaściwą dla czasu i miejsca formę rządów, skutki bywają opłakane.

A w epoce Hegla Alexis de Tocqueville pisał, iż demokratyczny system sprawowania rządów to tylko wierzchołek góry lodowej. Demokracja, jako całościowe zjawisko, stanowi zespół czynników politycznych, społecznych i ideowych. Zwłaszcza ideowych. Dlatego razem z kuszącą wizją równości zachodni świat łyka całe stado żab, opisywanych kiedyś przez francuskiego myśliciela, a dziś z sarkastycznym uśmiechem punktowanych przez środowiska konserwatywno-liberalne.

Prowadzenie europejskiego modelu demokracji na wschodzie jest w równym stopniu możliwe, co restytucja klasycznej monarchii na Starym Kontynencie – nie uda się, brakuje podstaw ideowych i historycznych. Nowy, wspaniały świat może zostać zaprowadzony na bliskim wchodzie nawet jutro, ale to wymaga siły. Nie tylko militarnej, ale poważnego przekonania o własnej nieomylności i bezwzględnej racji. A ono także jest z gruntu niedemokratyczne.

Wielu moich znajomych podśmiewuje się, kiedy zdradzam moje monarchiczne sympatie. Ale dzieje się to tylko do czasu, kiedy to ja zadaje im kilka ważnych pytań o ideowe przesłanki od uznania współczesnego modelu demokracji za idealny. Ot, pytam dlaczego „obroną demokracji” jest również pilnowanie, by działalność NBP nie była kontrolowana przez wybierany demokratycznie organ. Pytam, czemu francuski Front National jest tak groźny dla demokracji, że odmawia mu się prawa do korzystania z demokracji. Wreszcie, pytam o Palestynę.

I musze powiedzieć, że wszystkim tym, którzy nie boją się myśleć, zabijam poważnego ćwieka. Dylematy Demokraty to paskudna sprawa.
piątek, 21 kwietnia 2006
Parada Niewoli

Na pierwszej stronie piątkowego wydania, nowy dziennik (o oryginalnym kryptonimie „Dziennik”), obwieszcza tłustym drukiem:
[Geje idą na wojnę z PIS]
A tymczasem...

Jak donoszą telewizyjne „Wiadomości”, izba wyższa belgijskiego parlamentu zadecydowała o ostatecznym zatwierdzeniu ustawy „adopcyjnej”. Dokument przewiduje możliwość wychowywania dzieci przez osoby tej samej płci, znajdujące się w związku partnerskim. Gdy już przygładzimy nieco zjeżone głosy, warto przyjrzeć się uzasadnieniu tej decyzji. Belgijscy parlamentarzyści powołuję się na „równość” (a jakże by inaczej!) i wolność par alterseksualistów do wychowywania potomstwa. Tak, wiem, prawa samego dziecka nie mają większego znaczenia, gdy decyduje się o „sprawiedliwości dziejowego postępu”. Nie warto nawet wspominać o „katofaszystowskich” normach etycznych, z którymi postępowa Europa tak skutecznie walczy. Na próżno można by się powoływać na prospołeczne funkcję rodziny, których partnerskie stada mieć po prostu nie mogą. Nie, szkoda klawiszy na klawiaturze, wszak jaśnieoświecona Belgia podąża już zgodnie z jaśnieoświeconą...

No właśnie, zgodnie z czym? Nie mogę napisać „logiką”, gdyż nie widzę w antycywilizacyjnym dżihadzie relatywizmu moralnego elementów logiki. I jest najbardziej przerażające – mudżahedini postępu tworzą wciąż nowe postulaty i wprowadzają je nawet nie przewidując skutków swych działań. Obóz oświecenia i postępu zdaje się nie posiadać żadnego planu pozytywnego, który wykraczałaby poza nienawiść do tradycyjnych wartości i szablonowe hasełka postępu nie potrafią zamaskować jednego, przerażającego faktu – „modernizacja” naszej cywilizacji jest procesem równie potężnym, jak bezcelowym, niczym przysłowiowy marsz lemingów. Bo który to Jaśnieoświecony Lewak zdaje sobie sprawę z jakiej przepaści chce skoczyć?

Dokonam teraz rzeczy brawurowej – spróbuję przeprowadzić logiczny rozbiór postulatu nadania osobowości prawnej stadom homoseksualnym i zasymulować dalsze konsekwencje przyjętych pryncypiów prawnych. A wszystko to zgodnie z żelaznymi zasadami logiki, których tak brakuje dżihadowi postępu. A więc, trzymajcie się, statek głupców odbija od brzegu...

Postulat Postępowca: Stado homoseksualne winno cieszyć się takimi samymi przywilejami, jak rodzina, włączają w to prawo od opieki nad dziećmi i wynikającą z tego pomoc państwa.
Wyjaśnienie Konserwatysty: Rodzina (klasyczny, heteroseksualny związek małżonków plus ewentualne potomstwo) posiada przywileje w dziedzinie opodatkowania, formalności cywilnoprawnych... etc. Przywilejem jest także prawo od opieki nad dzieckiem. Każdy obywatel potencjalnie ma te przywileje, orientacja seksualna nie jest tu żadnym wyróżnikiem – alterseksualiści mogą zakładać rodziny (to jest: usankcjonowane prawnie związki heteroseksualne) tak samo jak heteroseksualiści. Postulaty środowisk promo-homo idą w kierunku rozszerzenia przywilejów rodzinnych na nowy element życia społecznego, jakim są partnerskie związki homoseksualne. Nie jest to więc walka o „równość wobec prawa”, gdyż ta we wspomnianej dziedzinie istnieje, ale o stworzenie nowej kategorii przywilejów.
Uzasadnienie Postępowca: Każdy jest równy wobec prawa.
Uwaga Konserwatysty: Z wyżej wymienionych powodów jest równy wobec prawa już wcześniej. Domaganie się przywileju, samo w sobie jest naruszeniem owej zasady. W imię równości można domagać się jedynie odebrania przywileju posiadającej go grupie. Będziecie żądać odebrania uprzywilejowania rodziny?
Wywód Postępowca: Wychowanie w rodzinie (tj. opieka nad dziećmi pary heteroseksualnej) nie jest wartością samą w sobie, gdyż nie stanowi wychowania jakościowo lepszego niż analogiczny proces przy związku homoseksualnym. Istniejący w naturze mechanizm, w którym potomstwo jest wychowane w rodzinach nie może determinować kształtu świadomie tworzonej cywilizacji.
Odpowiedź Konserwatysty: Dobrze, przyjmijmy, że tak jest, na chwilę zrównajmy wychowanie rodzinne i homostadne. Weźmy pod uwagę sytuację sieroty – czy dziecko wychowywane przez jednego rodzica (rodzina niepełna) jest w gorszej sytuacji niż to, którym opiekuje się dwóch alterseksualistów?

1.
Postępowiec (wersja pierwsza): Nie. Skoro rodzina nie jest żadną wartością, to także założenie, iż potrzeba dwóch ludzi do sprawowania opieki nad potomstwem nie może być dogmatem.
Konserwatysta (wersja pierwsza): Skoro tak, to w jakim celu domagasz się nadania osobowości prawnej bytowi niepotrzebnemu? Tworzysz nierówność! Wszak uznajesz, że ludzie pozostający w związkach są uprzywilejowani w stosunku do osób samotnych. Idź więc na ulicę i żądaj nieograniczonego prawa do adopcji przez osoby samotne, a dotychczasowe sztandary spal w kominku – są nielogiczne i szkodliwe.
Postępowiec (wersja pierwsza): [Nie mam pojęcia, co odpowie ten Postępowiec. Zapewne z braku argumentów, oskarży Konserwatystę o homofobię]

2.
Postępowiec (wersja druga): Tak. Dziecko potrzebuje uczuciowego oparcia u dwójki opiekunów. W przypadku jednego opiekuna, związek jest niepełny.
Konserwatysta (wersja druga): Z czego to wnosisz?
Postępowiec (wersja druga): Jest to naturalne i oczywiste – takie są potrzeby dziecka.
Konserwatysta (wersja druga): Przed chwilą skreśliłeś kategorię naturalności i oczywistości. Skoro teraz powołujesz się na porządek przyrodzony, to jakim prawem odrzuciłeś go wcześniej, nie bacząc, iż natura nie stworzyła stad homoseksualnych?
Postępowiec (wersja druga): [Nie mam pojęcia, co odpowie ten Postępowiec. Zapewne z braku argumentów, znów oskarży Konserwatystę o homofobię]

3. A oto wersja trzecia, gdzie mamy do czynienia z Hiperpsotępowcem:
Hiperpostępowiec: Nie, liczba opiekunów nie ma znaczenia. Odrzucam porządek naturalny, ważniejsza jest ustalone przeze mnie norma ludzka.
Konserwatysta: A więc czemu rozważać tylko te dwa warianty? Opiekun może być sam, może ich być dwóch. Ale czemu nie dwudziesty dwóch? W takiej konfiguracji płeć też nie ma znaczenia – dajmy dziecku siedemset siedemdziesiąt siedem mamuś i sześciuset sześćdziesięciu tatusiów, zgoda?
Hiperpostępowiec: Zgoda, ale nie mów „mamusia” i „tatuś”, bo to relikty starej epoki. Używaj nowego języka, bo pozwę Cię do sądu za homofobię.
Konserwatysta: Ale kto ma ustalać, jaka liczba opiekunów płci dowolnej jest optymalna? Im więcej, tym lepiej? A może na odwrót?
Hiperpostępowiec: Oczywiście, że im więcej, tym lepiej. Przecież właśnie o to mi chodzi.
Konserwatysta: Ale zgodnie z twoją, najlepiej by było, gdyby całe społeczeństwo wychowywało wszystkie dzieci. A to w praktyce oznacza zapędzenie wszystkich dzieci do sierocińców! Czy to spełnienie twoich marzeń?
Hiperpostępowiec: I to jest mój postulat. Wszystko wszystkich, więc niczyje! Miliony dzieciaków pod opieką wykwalifikowanych pracowników socjalnych. Wszyscy wychowywanie standartowo, wedle najlepszych wzorców postępowej edukacji... Rodzina? Ta hipoteza nie jest mi do niczego potrzebna...
Konserwatysta: ... [Język odmawia mu posłuszeństwa, ale i tak zostaje pozwany za homofobię i wrogość wobec Jaśnieoświeconych Sił Postępu.]
...

I sądzę, że właśnie tak jest – istnieją zwykli Postępowcy, którzy niczym lemingi prą w ideologiczną wojnę, nie bacząc gdzie zajdą. Ale i oni staną się kiedyś ofiarami tych świadomych Hiperpostępowców, którzy mają określony cel – oddać całą naszą wolność utopii Państwa. Będzie to świat nowy, acz wspaniały jedynie w geniuszy swej przewrotności. Oto dziś „Dziennik’ zapowiada: Geje idą na wojnę z PIS. Nie, błąd, to przekłamanie. Oni są zapędzani na wojnę z całym dotychczasowym porządkiem. A co jeszcze gorsze, to pod sztandarami równości, walczą o równość nie wobec prawa, ale równość w braku praw.

Tak oto pod tęczową flagą, zbierze się nieświadoma dokąd idzie, parada niewoli.
czwartek, 20 kwietnia 2006
Historia zwycięzców

http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34180,3295472.html

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1329&wid=8272805

I znów niewesoły temat - Na Syberii zostanie odbudowany panteon ku czci Stalina. Taka oto informację znalazłem na internetowym portalu mojej ulubionej gazety. Oczywiście nie na stronie głównej, z czerwonym tytułem i odnośnikiem do oburzonych komentarzy. Ot, Gazeta powtórzyła notkę PAPu, nie uznając za stosowne jej ocenić. Nie ma czasu, gdyż pracuje nad innymi projektami. Na przykład doszukuje się w słowie „Judejczykowie” koronnego dowodu na „kłamstwo oświęcimskie”, lub promuje kult TśW Judasza. Co kto lubi, niby nie powinienem mieć nic do tego. Ale czuję niesmak, kiedy nikt z Wielkich nie potrafi się choćby zdystansować od zła.

Mikołaj Machiavelli mawiał, że upadają nie prorocy fałszywi, a prorocy bezbronni. I chyba tak samo stało się z trzema czołowymi „prorokami” dwudziestego wieku. Hitler, Mao i Stalin to prowadzący w rankingu masowych mordów. Chińczyk zwyciężył konkurentów pozbawiając życia ponad 50 mln swych rodaków (ta liczba jest jedynie przybliżonym, być może znacznie zaniżonym szacunkiem), na drugim miejscu plasuje się radziecki komunista rodem z Gruzji – co najmniej 20 mln. Nawet ostatni z Wielkiej Trójki może się pochwalić imponującym, bo około dziesięciomilionowym „wynikiem”. Wydaje się, iż podobne zdobycze ludzkiej cywilizacji muszą zostać zapamiętane na zawsze. Nic bardziej błędnego – pamięć historyczna bywa kapryśna, zwłaszcza przy zbyt dużych dawkach polityki.

Prawdziwy sąd historii odbył się jedynie na Adolfem Hitlerem. Czyny twórcy Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej zostały skrupulatnie policzone i skatalogowane. To oczywiście dobrze, bardzo dobrze, ale wolałbym, aby stało się to dzięki sile cywilizacyjnego sumienia, a nie sile militarnej wrogów nazisty. Bo jak sprawa wyglądała ze skuteczniejszymi kolegami Hitlera?

Kilka dni temu świat obiegła nowina o budowie gigantycznego pomnika Mao Zedonga. Nie można mieć o to pretensji do samych Chińczyków – dyskretny urok Czerwonego Smoka może przekonać każdego malkontenta, żyjącego w Państwie Środka. Ale świat milczał. Nie znalazłem ani jednego komentarza poważnego polityka, który zwróciłby władzom komunistycznym uwagę na niestosowność szargania pamięci milionów ofiar reżimu. Nawet Stany Zjednoczone, w których herszt czerwonej bandy gości w dniu dzisiejszym, nie zareagowały. Niby głoszenie prawdy nie jest prawnym obowiązkiem, ale odczuwanie choćby niesmaku uważam za moralną powinność.

A pomnik Wujka Józia? Budowany w „wolnej i demokratycznej” Rosji, która „podąża drogą odważnych reform”. Można zadać pytanie, czy tak odważnych, jak te w latach trzydziestych. Co właściwie się zmieniło u naszego Wielkiego Brata od czasu upadku oficjalnego komunizmu? I czy są to zmiany na lepsze? Wszak to aparatczyk Chruszczow wstrzymał pracę nad piramidą neofaraona, a za demokraty Putina dzieło wznowiono. Gdy polski rząd prosi Kreml o ustosunkowanie się do ludobójstwa katyńskiego, Rosjanie zapadają na głuchotę bezczelną, choć nie przerywają w tym czasie czeczeńskiego holokaustu. A nasi oficjele latają po łaski do Moskwy. Kiedyś robił to nałogowo Aleksander Kwaśniewski, dziś pragnie go wyręczać Andrzej Lepper. Bo liczy się interes lobby mięsnego, a nie pamięć po ofiarach komunizmu. Martwi nie głosują.

To tylko kilka przykładów działania przerażającego raka moralnego, który toczy zachodnia cywilizację. W stosunku do pokonanego nazizmu, Zachód wyznaczył politykę: zero tolerancji. Jeśli odjąć przykłady skrajnej ideologizacji antynazizmu (np. tworzenie z pojęcia „antysemityzmu” politycznej miotły do wymiatania myślących inaczej) jest to postępowanie całkowicie uzasadnione. Oczywiście, pod warunkiem, że stanowi skutek działania prawa moralnego a nie politycznych ideologii. Powinniśmy się więc spodziewać, ze w stosunku do brutalniejszego i jeszcze bardziej śmiercionośnego systemu komunistycznego, „sumienie świata” zastosuje co najmniej identyczne normy. Tymczasem jest inaczej – czerwona dżuma nigdy nie doczekała się swojej Norymbergii, wciąż żyje w niezliczonych państwach na globie, ba, bywa legalnie promowana w krajach określających się jako cywilizowane. Wszystkie berety z Che Guevarą, koszulki z Mao, wpinki z sierpami i młotami są równie gorszące jak swastyki i hasła narodowego socjalizmu. Osobiście jestem przeciwnikiem zakazywania noszenia czegokolwiek, przynajmniej zakazywania w drodze prawnej prewencji. Sądzę, że sprawnie działające sądy winny zajmować się promocją treści agresywnych i haniebnych, a najważniejszym elementem eliminacji przekazu nienawiści z przestrzeni społecznej, winno być publiczne uznanie zła za zło. I dopóki ten ostatni warunek nie zostanie spełniony, to młodzi popaprańcy będą (nawet ganiani przez policję) adorować portrety Adolfa Hitlera i chadzać po ulicach w koszulkach z Mao Zedongiem. Prawo nic nie da, jeśli nie będzie zgodne z normą moralną.

Napisałem o państwach „określających się jako cywilizowane”. Ów cudzysłów wstawiłem specjalnie, gdyż odmawiam prawa do miana cywilizowanych społeczeństwom, które nie potrafią potępić zła. O anatemie na Hitlera zadecydowały dywizje Stalina, a przed owymi dywizjami krwawego reżimu lewica Europejska klęka od dziesiątków lat. Upadł tylko bezbronny prorok, a jego uzbrojeni towarzysze wciąż triumfują zza grobów. Tak zachowują się prymitywni barbarzyńcy – czują respekt tylko przed siłą. Nie wzywam do wojen, ani zbrojny, ani dyplomatycznych z Rosją czy Chinami. Ale pewne rzeczy trzeba powiedzieć, niezależnie od ceny. Mam nadzieję, że Ojciec Święty, który przygotowuje pielgrzymkę do Rosji, nie zapomni nawet na sekundę o głównym przesłaniu Kościoła – głoszeniu Prawdy. Wierzę, ze zawstydzi polityków o gumowych kręgosłupach moralnych.

Bo na Syberii nie buduję się piramidy dla martwego człowieka – tworzy się tak świątynie żywego kultu groźnego idola. Zapewne dla większości z Was jest to zupełnie oczywiste, ale nie jest to tak jasne dla wielu znieczulonych przez ideologię politycznego permisywizmu ludzi. Proszę, pamiętając o wszystkich ofiarach Czerwonego Smoka i Faraona Syberii, czyńcie to, na co nie potrafią się zdobyć politycy – przypominajcie.

Bo noszenie beretu z Che Guevarą nie jest przestępstwem. Jest czymś znacznie gorszym – hańbą dla naszej cywilizacji. Nie dopuśćmy, aby historię pisali krwawi zwycięzcy, bo może być to jedynie historia barbarzyństwa.
 
1 , 2 , 3