Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
środa, 31 maja 2006
Prawda Nas wyzwoli!

...

Z początku chciałem skomentować decyzję Krakowskiej Kurii Metropolitalnej, zabraniającej księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu przedstawienie prawdy, minutą ciszy. Ale nie będę milczał. Mam dosyć milczenia, kiedy pozwala się mówić ludziom niegodnym. Może JE arcybiskup Dziwisz kieruje się wyższą logiką, której nie rozumiem. Może, ale mnie nic na ten temat nie raczył powiedzieć. Dlatego zamierzam pytać. Spytacie razem ze mną?

Do wszystkich mieszkańców Warszawy i okolic:

W sobotę 3 VI zamierzam zadać ciche pytanie. Pomórzcie mi! Spotkajmy się o godzinie 12:00, przed pomnikiem kardynała Stefana Wyszyńkiego, Prymasa Tysiąclecia (obok kościoła Wizytek). Przynieście teczki. Zwykłe, tekturowe, jasne teczki. Puste, ale otwarte. Przejdźmy z nimi w milczeniu, Krakowskim Przedmieściem (obok Pałacu Prezydenckiego, dawniej: Namiestnikowskiego) i Miodową (do siedziby Warszawskiej Kurii Metropolitalnej). Beż żadnych haseł, transparentów, okrzyków. W ciszy, z niemym pytaniem.

A może w środku otwartych teczek będziemy mieli kartki ze słowami Jezusa, przekazanymi przez świętego Jana?

Prawda was wyzwoli (J 8, 31-32)

Może złożymy je w siedzibie kurii?

Bez buntu i bez pychy. Tylko z delikatnym przypomnieniem, że stanie na straży Prawdy zawsze było, jest i będzie obowiązkiem Kościoła Powszechnego.

Ten happening nie jest inicjatywą polityczną!

Nie jest działaniem skierowanym przeciwko Kościołowi!

Nie ma na celu podważania autorytetu hierarchii duchownej!

To tylko wezwanie do stanięcia w Prawdzie.

Jeśli uważacie, że wyznanie grzechów stanowi warunek konieczny dla przebaczenia, zarówno w zaciszu konfesjonału, jak i w gwarze życia społecznego, pokażcie to!

Ps.
Nie zwołuję Was na niedzielę, gdyż wtedy odbędzie się „Marsz dla życia i rodziny”, inicjatywa zacna i potrzebna. Nie chcę nikogo odciągać od uczestnictwa.

Poza tym, czwarty czerwca to pechowa data w zwolenników jawności. Chyba wiecie o co mi chodzi.
Proszę, przyjdźcie.

Pps.
Wszelkie pomysły, uwagi oraz inne propozycję, jak najszybciej zostawiajcie w komentarzach lub piszcie bezpośrednio do mnie.
Xairos@o2.pl

Ppps.
Blogowicze z innych miast, może zorganizujecie podobne przedsięwzięcia u siebie? Czy czyta mnie ktoś z Krakowa?

wtorek, 30 maja 2006
Swojski Dziennik

Kiedy wstrzymujemy oddechy, czekając na wynik meczu: Prawda (z ks. Isakowiczem-Zaleskim w ataku) vs. Reszta Świata (niestety, dziś drużynę Reszty Świata zasiliła także Krakowska Kuria Metropolitalna, mam nadzieję że to jedynie występ gościnny), spójrzmy na dzisiejszą prasę. A dokładnie na jeden placek w tej prasie powstały: Dziennik.


Robert Krasowski, redaktor naczelny wspomnianej gazety, wita czytelnika komentarzem pod znamiennym tytułem: „Canossy nie było”. Stwierdza tam, między innymi, że:

[Wczoraj media przed pół dnia żyły pytaniem: czy premier Marcinkiewicz przyjdzie do Trybunały Konstytucyjnego? Nie przyszedł. Ani on, ani prezydent, ani marszałek sejmu. Z oczywistego powodu – z powodu irracjonalnej presji, jakiej ich poddano. Zarówno prezes trybunału, jak i wielu dziennikarzy chcieli uczynić z ich obecności polityczny gest, hołd składany przez Władzę Prawu. Kłopot w tym, że nie wiadomo, dlaczego taki hołd miałby być składany właśnie Trybunałowi Konstytucyjnemu. (...) Pod rządami takiego prawa nawet sąd konstytucyjny nie wzbudzi w nikim większego szacunku.] (pisownia i interpunkcja oryginalna).

Po przeczytanie tego ustępu, szybko zajrzałem na pierwszą stronę. Może sprzedawca w kiosku zamiast „Dziennika” podał mi „Nasz Dziennik”? Nic z tych rzeczy – teutońska gazeta mruga do mnie niebieskim logiem, a idiotycznie duża liczba kolumn upewnia mnie w zdaniu o tożsamości tytułu. Tylko zdjęcie Giertycha z okładki wygląda nieco po toruńsku, ale może to i rezultat niezwykłych zmian, które targają Der Tagiem.

Bo tekst Krasowskiego, od strony merytorycznej wydaje się całkiem rozsądny. Ba, większość z nas słowo „irracjonalnej” zastąpiło by innym, mniej delikatnym. Ale my to my, a takie prorządowe bluźnierstwa wypisuje herszt wysokonakładowego dziennika. Nawet wspomniany Giertych, spogląda z okładki z niedowierzaniem. Ale zdumiewające jest to, że pojawia się jako oficjalne stanowisko pisma, w miejscu ideowych deklaracji i manifestów. Mocna rzecz!

Dziennik to jeszcze nie Nasz Dziennik, ale jak na warunki medialnej kliki nad Wisła, prezentuje stanowisko coraz bardziej niezależne i uczciwe (powiedzmy sobie szczerze- znacznie lepiej niż oryginalny ND). Konkurencja z Agorą zmusiła Spingera do pozostawienia redakcji wolności dotychczas niespotykanej w głównurtowych mediach. Słabe, a w każdym razie przeciętne wyniki sprzedaży Dziennika dopingują redaktorów do znalezienia własnej niszy na rynku. A jest to nisza daleka od miejsca w szeregu, wyznaczonego przez wierchuszkę Salonu. Gazeta Wyborcza lamentuje, mam nadzieję, że bezskutecznie. Ową apostazję Dziennika spowodowała Niewidzialna Ręka Rynku. Więc płaczącym akolitom Salonu pozostaje odpowiedzieć cytatem z „Terminatora III”:

Spek to the hand!”
…of Free Market, oczywiście.

Aż prosi się, aby zacytować eks-prezydenta Wałęsę, który w przypływie szczerości (w czasach tzw. Drugiej Wojny na Górze), wykrzyknął przerażony: „Miała być wolność słowa, a tutaj każdy gada, co mu się podoba!” Ano, Dziennikowi się podoba bić w Gazetę Wyborczą jak w bęben, nawet za cenę przejściowego przejęcia roli rządowego organu. W normalnych czasach śmiałbym się do rozpuku, ale ponieważ wciąż brniemy w ściekach III RP, cieszę się dziko. I w nagrodę, chciałbym nadać spingerowskiemu pismu nową nazwę:

„Swojski Dziennik”.

Jeszcze nie „Nasz Dziennik”, ale prawie „nasz dziennik”. I to znacznie lepiej.

poniedziałek, 29 maja 2006
Ostrożność
Nie bądźmy aroganckimi sędziami. Ale bądźmy ostrożni. Nie będę się wypowiadał na temat ks. Malińskiego, przynajmniej do środy. Ale zauważmy jedno – skoro nawet Tygodnik Powszechny, awangarda Frontu Antylustracyjnego też musi być ostrożny... to znak, że idzie Nowe. Lawina ruszyła...
niedziela, 28 maja 2006
Zoologiczny antylegitymizm

Papież papieżem, ale i Jego Świątobliwość może zejść na dalszy plan (nawet przy tak nośnej temtyce!), jeśli na medialną tapetę dostaje się potencjalnie zabójstwo nienawiści [„hejt krajm” jak mawiają za oceanem]. Naczelny rabin polski został zaatakowany przez spryskanie w twarz nieznaną substancją, zapewne gazem pieprzowym. Nad ofiarą zaraz zbiegło się kolegium polskich oficieli z premierem Marcinkiewiczem i wicepremierem Dornem na czele. Oczywiście, tymczasowy paraliż decyzyjny nadwiślańskiego rządu nie naprawi szkód tej zbrodni, ale plus dla naszych, że się starali.

Większość poważnych komentatorów (Homester, Wpisz) skupia się na wzbierającej burzy politycznego oburzenia wobec Polaków en bloc. Złożyło się dziwnie (albo i wcale nie dziwnie), że akurat tego samego dnia Benedykt XVI wizytował obóz Auschwitz-Birkenau, a na dodatek prezydent Iranu wygłosił kolejną porcję swoich przemyśleń na temat: „Kto jest winien zła na świecie i dlaczego akurat Żydzi”. Pierwszym tematem może zajmiemy się za parę dni, gdy adrenalina pielgrzymkowa opadnie, a Mahmudowi Ahmadineżadowi chciałbym zwrócić uwagę, iż zarzucanie Żydom terroryzowania narodów Europy akurat w jego ustach brzmi nieco przewrotnie. Zwłaszcza w kontekście niedawnych terrorystycznych burd islamskiej młodzieży w miastach francuskich.

Ale do rzeczy: Homester ma rację, stwierdzając, iż załzawione oczy rabina to raczej szkoda raczej umiarkowana wobec niemal pewnej nagonki na Polskę na politpoprawnej arenie międzynarodowej. Ponieważ jestem dziś nie w humorze, nie będę się zastanawiał „cui bono”, bo raczę konie spiskowych teorii poprowadzą mnie gdzie nie chciałbym się znaleźć. Może rozważmy inny aspekt tego wydarzenia: o ile istnieje duża szansa, że sprawca napadu żywił żydożercze uczucia (Choć niekoniecznie: Gdybym ja chciał komuś złoić skórę i odsunąć podejrzenia, tudzież zamotać sprawę, przed zabraniem się do dzieła, krzyknąłbym np. „Izrael dla Izraelitów”), to relacjonujące przestępstwo media wykazały się znacznie groźniejszą skłonnością: antylegitymizmem.

Wedle obowiązującej w eterze wykładni, ksenofobiczny Polak wyraził nienawiść (zapewne wyssaną z mlekiem matki) wobec Żyda. W związku z tym, na Forum: Kraj Agory spotkałem wiele wpisów w stylu: „A nie mówiłem – Polacy są antysemitami!”, pisanych z ledwo ukrywaną radością. Po pierwsze, groźna wydaje mi się uciecha z czyjejś krzywdy, nawet (a zwłaszcza) gdy ta krzywda miałaby służyć jakiejś sprawie. Nie ważne, czy to sprawie „Polski dla Polaków”, czy też sprawie piętnowania Lechitów za ich narodowe, mniej lub bardziej realne grzechy. To jest po prostu nieuprzejme.

Ale dużo gorsze jest zupełnie ignorowanie przestępstwa. Była to napaść fizyczna, grożąca trwałym uszkodzeniem zdrowia (oczy!), a więc poważna sprawa, już kryminalna. A tym czasem mamy nie rozbój, a antysemityzm. Fakt, iż podobne podejście do sprawy zapewni większe bezpieczeństwo 1000 mieszkającym nad Wisłą Żydom (dane wedle ostatniego spisu powszechnego), acz nieubłaganie zmniejszą ten współczynnik wobec około 38 000 000 pozostałych mieszkańców, mających pecha Żydami nie być. Nikt nie lamentuje nad złamaniem prawa, a jedynie nad bardzo konkretnym akcydensem wczorajszego zdarzenia. Jeśli jest to „hate crime”, to znak, że czymś ważnym różni się od zwykłego „crime”. I jeśli jest potępiane jedynie ze względu na powszechnie domniemany aspekt nienawiści etnicznej, to siłą rzeczy, nie jest potępiane za sam fakt użycia przemocy. Oczywiście, na taką barbaryzację myślenia o prawie przystają zarówno Żydzi (to normalne i zrozumiałe, jako naturalny interes tej grupy), ludzie żyjący z piętnowania (złośliwi dodają: i wymyślania) polskiego antysemityzmu (to normalne i zrozumiałe, acz skądinąd obrzydliwe), jak i polscy rządzący, bo łatwiej jest zapewnić pochwały konkretnego środowiska, tropiąc jednego bandytę, niż zapewnić bezpieczeństwo całemu społeczeństwu, tropiąc legiony bandytów, wałęsających się ulicami miast. Bo ja ktoś napadnie Polaka, to belgijski „Le Soir”, czy inny „Der Spiegel” nie wszczynają lamentów. To normalne, że nasze państwo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa wszystkim, więc chroni choć wybrańców.

A potem wszyscy się dziwią, co za bestie i głupcy zamordowali Zdzisława Beksińskiego. Ano ani nie bestie, ani nie głupcy, a ludzie działający wedle krzywej logiki dzisiejszego świata, to jest: bezkarnokracji. Życie najwybitniejszego polskiego malarza współczesnego zostało wycenione przez morderców na 3 000 pln, wartość zrabowanych nieboszczykowi przedmiotów. A może tyle warta jest ochrona obywatela w wykonaniu III RP?

Napisałem „barbarzyństwo”, gdyż wybiórczość myślenia o prawie, brak równości w dostępie do państwowej ochrony życia i mienia, stanowi znamię współczesnej prymitywizacji w myśleniu o państwie, a więc barbarzyństwa. Chronienie człowieka ze względu na przynależność etniczną, dosadniej mówiąc: plemienną, podkreśla to jeszcze dobitniej. To, że chronimy zwykle nie swoje plemię, świadczy może o naszej ułańskiej fantazji, ale z pewnością nie o wyższości cywilizacyjnej nad kimkolwiek. Ale w pewnym aspekcie, ludzie za czasów Wędrówki Ludów mieli lepsze widoki na bezpieczeństwo – nikt im nie zabraniał nosić osobistego oręża i używać go w samoobronie. A dziś? Zdobycie pozwolenia na broń graniczy z cudem, a użycie jej zwykle rozpoczyna koszmar. Napadnięty wie, że jeśli nie da się zabić, będzie traktowany przez państwo polskie jak przestępca. To już nie jest barbarzyństwo tylko jakaś nowa forma zbydlęcania naszej cywilizacji. Boję się tego. Bo jeszcze rabin ma moralną tarczę w postaci „Le Soir”. A ja? W razie napadu zawsze będę ofiarą antylegitymizmu.

sobota, 27 maja 2006
Strumień nieświadomości

Ech, ciężka sprawa. Nie miałem zamiaru komentować przebiegu, czy przesłania papieskiej pielgrzymki, ale sadzę, iż będę musiał. Głównonurtowe media i salonowi komentatorzy od trzech dni serwują swym odbiorcom bzdury w tak wielkiej ilości, że odkłamanie nawet części znacznie przekracza moje możliwości. Mimo to spróbuję, choć nieco później. Niech wizyta oficjalnie się skończy, Salon wypoci oficjalne podsumowania, a my, wzorem radia Erewań, wyjaśnimy, co poeta miał na myśli. Dziś tylko węzłowe punkty.
...
Wow! Benedykt rządzi! Jak się ma takiego pasterza, to się jest dumny z przynależności do owczarni. Słowa papieża, zwłaszcza kazanie, wygłoszone na Placu Piłsudskiego, były jasne, klarowne i przemawiające. Co najważniejsze, ludzie reagowali na nie naprawdę spontanicznie. Cała aura wokół pielgrzymki wydaje mi się osobiście znacznie szczersza i głębsza, niż podczas pogrzebu Jana Pawła Drugiego. Tam były niemal wyłącznie sentymenty, podgrzewane przez media, a tu, szczera reakcja, pomimo prezentowanych w mediach sentymentów. Może to tylko moje „widzimiesię”, ale ta wizyta ma szansę stać się poważnym drogowskazem tej obecnej, dotychczas dość chaotycznej, odnowy moralnej.
...
„U Lisa w kurniku” , to znaczy, w programie „Co z tą Polską” (choć obecność senatora Gowina sugeruję, iż powinniśmy pisać „Co z tą P.O.lską”) różnoracy politpoprawni duchowni i publicyści rozważali głębie czwartkowych słów papieża. Osobiście uważam, że utknęli na mieliźnie salonowych dogmatów. Nawet obecność ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który oferował rozbitkom odholowanie na wody merytorycznej dyskusji, nie przyniosła skutku.
...
Salon przypomniał sobie o Adamie Szostkiewiczu, ichnim specjaliście od wszystkiego, ale zwłaszcza od Kościoła. Choć pan Adam mówi zazwyczaj bzdury (zwłaszcza o tzw. dialogu polsko-żydowskim), cieszy mnie, kiedy taki człowiek staje się twarzą jasngordzkich komentatorów. A to z prostego powodu – jest istną antytezą swojego redakcyjnego kolegi, Jacka Żakowskiego. Jest kulturalny, spokojny i zawsze panujący nad nerwami, nawet kiedy mówi o problemach dla Salonu krytycznych (vide: ostatnia rozmowa w „kurniku u Lisa”).
...
Gazeta Wyborcza zastanawia się, czy Benedykt XVI powinien przeprosić za holokaust. Nie uściśla, co prawda, kogo i w czyim imieniu ma przeprosić, ale odnotujmy sam fakt pouczania głowy Kościoła przez organ Kościoła Otwartego. Ja chciałbym jednak zaprotestować silnie, gdyż uważam, że papież-Niemiec powinien w pierwszej kolejności przeprosić Polaków za zbrodnie Zakonu Krzyżackiego. Aby było symbolicznie, najlepiej na polach grunwaldzkich, tradycyjnym miejscu spotkań narodu polskiego i niemieckiego duchowieństwa.
...
Ale nie samym Bendyktem żyje człowiek, dlatego też naszły mnie różne myśli w związku działaniami terrorystów w białych kitlach. Po pierwsze: brońmy "Faktu". Być może mierzi Was popieranie gazety prezentującej medialny poziom morza, ale w skargach związków zawodowych lekarzy (i Gazety Wyborczej!) na pismo, widzę poważną próbę ograniczenia swobody debaty publicznej w Polsce. Nie terroryści? A czemu stawiają żądania i domagają się mediacji papieża w załatwieniu owych żądań?
...
Ale rząd sam jest sobie winien. Jeśli PIS szedł do wyborów z hasłami wszechrozdawnictwa obywatelskich pieniędzy, to dlaczego teraz się dziwi, że ktoś potraktował takie obietnice poważnie. Klika farmaceutyczna nie zorganizowałaby nawet jeden pikiety, gdyby nie przekonała lekarzy o złotych górach, które można zabrać Marcinkiewiczowi i Relidze. Rządzących trzeba bronić przed moralnych szantażem strajkowiczów, ale i trzeba im uzmysłowić, że kolejna taka kampania wyborcza, oparta na socjalistycznym populizmie skończy się powyborczym strajkiem powszechnym.
...
Koncerny farmaceutyczne zaprzeczają związków ze strajkiem lekarzy. Oczywiście, wszyscy wiemy, że w żaden sposób nie można tego wiążąc ze zbliżającą się „wojną o koszyk” (ustalaniem listy leków refundowanych). To nonsens, teoria spiskowa, takie rzeczy się nie dzieją. Wszyscy, którzy w to wierzą, powinni natychmiast łyknąć tabletkę Prozac’u firmy #%$^$%.inc
...
A papież nas błogosławi. Nam nadzieję, że jest to wiatyk dla III i modlitwa o powstanie IV RP.
Mam taką wielką nadzieję.

czwartek, 25 maja 2006
Pasterz owiec i baranów

Niby nie chciałem pisać nic na temat pielgrzymki. Bo raz, to temat raczej religijny niż polityczny, a dwa, o wizycie Benedykta XVI piszą wszyscy, w każdym możliwym kontekście. Ale nie wytrzymałem – moja cierpliwość się wyczerpała i musze jakoś skomentować ten natłok idiotyzmów, który przelewa się naszymi mediami.

To dobrze, że środki masowego przekazu poświęcają dużo czasu pielgrzymce. Rzecz to ważna, nie tylko dla praktykujących katolików, ale w ogóle, dla wszystkich mieszkańców Polski. Do kraju przyjechał nie tylko zwierzchnik Kościoła Powszechnego, ale i niekwestionowany autorytet moralny, intelektualny i polityczny świata. Przyjechał nad Wisłę, gdzie słowo „autorytet” zdewaluowało się znacznie, i po prostu mało jest ludzi, przed których mądrością moglibyśmy pochylić głowy. Tylko czemu chylimy w tak głupi sposób?

Oddaniem czci papieżowi jest zakaz reklamowania środków higieny w mediach. Poza aksjologiczną wadą, którą posiada każdy zakaz (ogranicza wolność, tu: konsumencką), sam pomysł ociera się o śmieszność. Identycznie jest z papieską prohibicją alkoholową. Tyle że tutaj zagrożenie śmiesznością jest jeszcze poważniejsze (patrz: anegdotka).

Ale jeszcze gorsze są te wszystkie debaty publiczno-religijno-sentymentalne. Z jednej strony widziałem już setki zdjęć papieża, rodziny papieża, domu papieża... Słyszałem dziesiątki pogadanek rozpoczynających się od słów: „Pontyfikat Benedykta XVI nawiązuje do dzieła Jana Pawła Drugiego...”. Bardziej złośliwe media zdecydowaną falą wbijają mi w głowę, co robił Jego Świątobliwość w czasie wojny. Generalnie, wszyscy zachwycają się ołtarzem na warszawski placu Piłsudskiego, choć, jako żywo, zachwycać się nie ma czym. Od rana, wszędzie widzę plany przejazdu papieża, nota bene, znane już od tygodnia. I koniec.

Gdybym swoją wiedze czerpał jedynie ze środków masowego przekazu, nie wiedziałbym, że Ojciec Święty popełnił już jakąś encyklikę i wypowiadał się na najpoważniejsze tematy teologiczne. Nie miałbym pojęcia o dorobku księdza, biskupa, a później kardynała Ratzingera w myśli katolickiej ostatnich dziesięcioleci. Jego wkład w kontakty polsko-niemiecki po liście biskupów z 1965, albo jego rola w czasie Vaticanum Secundum byłby mi nie znana. No bo i po co obciążać się balastem takiej wiedzy, zupełnie w nadwiślańskiej debacie publicznej na co dzień zbędnej? A Polsce gratulujemy mediów...

Ale najbardziej wściekają mnie absurdalne komentarze o „niemieckości papieża”. Tak, Józef Ratzinger jest synem swojej ojczyzny i bynajmniej się tego nie wstydzi. A czy to jest ważne? Kilka tygodni temu, gdy Stanisław Michalkiewicz poruszył jeden z niewielu naprawdę istotnych kontekstów narodowości Ojca Świętego (iż, jako Niemiec zapewne ma szczególny stosunek do holokaustu), pospolite ruszenie masmediów niemal wydrapało mu oczy. Dziś, czasem nawet ci sami ludzie, którzy niedawno krzyczeli na publicystę, dziś sami rozwodzą się nad tysiąckroć mniej istotnymi aspektami pochodzenia Józefa Ratzingera.

A twierdzenie, iż Polacy nie szanują Benedykta tak, jak szanowali Jana Pawła, gdyż obecny papież jest Niemcem, stanowi obrazę dla katolicyzmu w Polsce. Bo co, ciemny lud lubi tylko swojego „papę”? Okazuje „wojowniczy nacjonalizm” bojkotując Teutona na Piotrowym Tronie? W ten sposób zarzuca się wiernym nad Wisłą kompletne przeinaczenie katolicyzmu, to jest: religii powszechnej. Papież zawsze będzie następcą świętego Piotra, namiestnikiem Chrystusowym, niezależnie skąd pochodzi, czy w jakim języku modli się w ciszy. I wyśmiewane „Mohery” rozumieją to znacznie lepiej niż szyderczy „Aksamitni Intelektualiści”, szukający dziury w polskiej duszy. Mam nadzieję, że widok dzisiejszej radości tłumu na warszawskim Okęciu otrzeźwi nieco samozwańczych tropicieli polskiej ciemnoty i herezji. Ba, może uzmysłowi oświeconych luminarzy „Kościoła Otwartego”, że ów byt jest jedynie konstrukcją wirtualną. I że przemądrzałe „rady mędrców” są ochrzczone w tym samym Kościele, co pogardzany przez nich „ciemny lud”, a ich ziemskim zwierzchnikiem jest ten sam Niemiec, którego plakaty rozpowszechnia „ksenofobiczny” Nasz Dziennik.

Bo Benedykt XVI jest pasterzem wszystkich katolików. I czarnych Owieczek i oświeconych Baranów.

Ps.
Anegdotka z cyklu: „Cała Polska wita papieża”.
Sytuacja autentyczna.
Miejsce: Kasa monopolowa jednego ze sklepów wielkopowierzchniowych w W..wie.
Czas: środa 24.V.06; ok. 14:00
Dwóch mężczyzn o aparycji wytrawnych i wytrawionych amatorów trunków.

M1(z przerażeniem w głosie) - Stary, jak papież przyjedzie, to nie będą "stafu" sprzedawać!
M2 (sięgając ręką na półkę) - No to trzeba nakupić więcej... hm... - (biorąc dwie połówki wódki) - ...no... kremówek!

Cóż, rząd chciał dobrze, a wyszło jak zwykle...

środa, 24 maja 2006
Desant
Tomasz Sakiewicz siedzi z Dorotą Gawryluk w "Poranku" radia Tok FM. Możliwości są dwie – naczelny Gazety Polskiej poszedł na Salony (mało prawdopodobne), albo to prawdziwy desant Prawiczków na przestrzeń medialną. Ha, i to nasz spadochroniarz w Toku, w twierdzy wroga!
wtorek, 23 maja 2006
Doktor Piotr Kafka

To absolutny przypadek sprawił, że w czasie strajkowego fermentu w środowisku lekarskim po raz kolejny obejrzałem kulisy działania państwowej służby zdrowia. Byłem dziś z Mamą w Szpitalu B...skim w W...wie. Nic poważnego, odwoziłem Mamę na drobny opatrunek. Dlatego też bez nerwów, które zazwyczaj towarzyszą wizycie w szpitalach, mogłem podziwiać zwyczaje panujące w przybytku Asklepiosa. I o ile dotychczas byłem zdecydowanym zwolennikiem prywatyzacji służby zdrowia, to teraz... stałem się fanatycznym zwolennikiem prywatyzacji służby zdrowia. Ludzie, za niemiłosierne pieniądze utrzymujemy twór z nocnych koszmarów Kafki!

Ładny szpital, oferujący bezpłatną (to jest: obciążającą kieszenie wszystkich) pomoc, nie oferuje darmowego miejsca parkingowego. Morał: 3.5 pln urzędowej łapówki jeszcze przed wejściem. Na upartego widziałbym w tym łamanie naszej absurdalnej konstytucji, ale nic to – idźmy dalej.

Sama usługa medyczna została udzielona mojej Rodzicielce szybko i sprawnie, acz po idiotycznie długim czasie oczekiwania. I to nie w kolejce pacjentów, bo tych więcej nie było, acz czekając na lekarza, który się gdzieś zapodział. Zgubił się w przepastnych korytarzach? Pił kawę? Nie wiem. Był to chirurg, który może być potrzebny w każdej chwili do ratowania życia. Czas: 20 min (czekanie), 20 min (zabieg założenia szwów z miejscowym znieczuleniem).

Dwa. Formalności 1. Poszliśmy do tzw. poradni, zapisać się na zdjęcie szwów za kilka dni. Zapytaliśmy w sąsiednim budynku, czy to tu. Po oczekiwaniu w kolejce, dotarliśmy do okienka. Rozmyślili się, jednak nie tu. A może pani pielęgniarka w informacji (sic!) wszystkim pacjentom mówi na odczepnego: „tak to tu”? Czas: 15 (czekanie w złej kolejce).

Trzy. Formalności 2a. Po starannym upewnieniu się (z dwóch, niezależnych źródeł!) czy tutaj można się zapisać na zdjęcie szwów, stanęliśmy w kolejnej kolejce. Ta okazała się właściwa, za to (a może, właśnie dlatego), posuwała się znacznie wolniej. Gdy dotarliśmy do okienka, miła pani pielęgniarka, obsługująca aparat biurokratyczny (sic!), gawędziła równocześnie z Nami, jak i z panią doktor. Ktoś ową panią doktor cały czas wołał, ale nic to. Podczas naszej sprawy, pielęgniarka odebrała dwa na cztery dzwoniące telefony. Jeden z nich miał charakter towarzyski. W naszej sprawie, zostaliśmy postawieni przed alternatywą – albo stanie w kolejce jeszcze raz, w piątek, albo wykonanie odbitki dokumentu z chirurgii ogólnej. Czas: 25 min (czekanie w dobrej kolejce).

Cztery. Ksero. Zostawiłem Mamę w poczekalni, a sam rozpocząłem poszukiwania aparatu kserograficznego. Koszt odbitki: 0.6 pln za stronę. Czas: 10 min.

Pięć. Formalności 2b. Wróciłem z odbitką. Po chwili pertraktacji, pielęgniarka z okienka uznała, że ostatecznie może Nas znów przyjąć bez konieczności ponownego czekanie w kolejce. Prawie jej podziękowałem. Panienka o okienka oglądał odcinek emerytury mojej Mamy przed dobrą minutę, jakby miała podczerwień w oczach. Słusznie, a nuż nas ci pacjenci kantują? Czas: 5 min.

Czas łączny: ponad 90 minut (w tym 70 minut na formalności).

Ale nie strata czasu była najgorsza. Chodzi mi raczej o tę wszechogarniajacą pogardę wobec człowieka. Ludzie czekający na korytarzach Szpitala B...go byli dla personelu osobliwym przykładem robactwa, które zalęgło się w ich czystym gmachu. Starsi i niedołężni ludzie byli obrażani, odsyłani od Annasza do Kajfasza i zmuszani co krok do wielkopoddańczych podziękowań wobec łaskawego personelu. Nikt z lekarzy, ani pielęgniarek nie rozumiał, że to właśnie za pieniądze tych krzywdzonych ludzi, oni mogą pić kawę i rozmawiać za darmo ze znajomymi. Że to z podatków pacjentów zbudowano piękny szpital i to dzieci owych podatników są zagrożone utratą zdrowia i życia, gdy jaśniepaństwo w białych kitlach postanowi sobie zastrajkować. Minister Religa obskakuje lekarzy niczym dobra wróżka, a starsi ludzie stoją w niekończących się kolejach. Czasem czekają aż pani Alicja skończy kawę. Czasem czekają na cud.

Bo jeśli tzw. darmowa służba zdrowia jest wpisana do konstytucji, a lekarze są zawodem w Polsce uprzywilejowanym, to czemu dziwują się, kiedy Ludwik Dorn chce ich „wziąć w kamasze”? Skoro służba zdrowia jest służbą, również w porządku konstytucyjnym, to znak, ze lekarze mają służyć płacącym im pacjentom, nie odwrotnie. Szanowni doktorzy Piotrowie – zdecydujcie się. Chcecie dalej być świętą krową systemu socjalnego RP, czy uczciwie pracującymi ludźmi? Nikt Was nie zmuszał, abyście podejmowali służbę publiczną. Ale skoro już się na to zdecydowaliście, wykształciliście na koszt państwa, pobieracie publiczny żołd za swoją pracę, to pracujcie. Za mało Wam płacą? Chyba płacą dość, skoro wciąż wolicie leczyć (tudzież pić kawę lub przekładać papiery), niż stać za kasą w hipermarkecie.

Aha, drodzy pacjenci. Minister Dorn ma pełne prawo wcielić lekarzy od armii, jeśli konstytucja karze państwu zapewniać opiekę zdrowotną. Ale zawsze, podkreślam, zawsze, system państwowego niewolnictwa będzie kulał. Zawsze będą kolejki, i panie Alicja, pijące kawę. Bo niewolnik nie pracuje dla siebie, jemu nie zależy. Lekarze są niewolnikami, bo spełniają obowiązkowe zadanie państwa. Wy też jesteście niewolnikami, bo musicie za to płacić, czy chcecie, czy nie. A wystarczy powiedzieć jedno, magiczne słowo i ten kafkowski koszmar zniknie raz na zawsze:

PRYWATYZACJA!

Żadnego przymusu – chcesz się ubezpieczać, to się ubezpieczaj. Nie chce, to nie – sam wiesz co ryzykujesz. Ale jeśli zakupisz prywatną polisę, wydając znacznie mniej niż dziś płacisz składki zdrowotnej, w razie wypadku zostaniesz obsłużony jak pan, a nie jak niewolnik. Pomogą Ci ludzie, którym płacisz i od których wymagasz.

Nie doktorzy Piotrowie Kafki.

niedziela, 21 maja 2006
Rozdziobią nas Kruki, czy GaWrony?

Nachodzą mnie myśli holistyczne. Dużo ładniej powiedzieć „holistyczne”, niż „spiskowe”, prawda? Więc nie o spiskach mówmy, a o całości. Że wszystko się ze wszystkim jakoś łączy. Dla ludzi wierzących i przyznających Opatrzności Bożej kluczowe miejsce w dziejach taka konstatacja nie jest zbyt odkrywcza. Jednakże ja doszedłem do niej nie studiując święte pisma, ale czytając notki na portalu Gazety Wyborczej. Holistycznie. Wszystko układa się w całość.

W podsekcji Wysokich Obcasów znalazłem tekst o p. Elżbiecie Kruk, przewodniczącej KRRiT. Cudowny artykuł, choć nie ze względu na warsztat dziennikarski, a na cudowność treści. Oto pani przewodnicząca nie jest już „kaczystowskim politrukiem, duszącym wolność słowa w Polsce”, a „sympatyczną kobietą o bystrych oczach”. Oczywiście, w całym zbliżeniu, autorzy przemycili sporo złośliwości, ale tylko pośrednich, m.in. przytaczając in extenso obelgi Tomasza Lisa. A sam fakt, że wyborcza wkładka kobieca postanowiła potraktować Elżbietę Kruk jak... kobietę, wydaje mi się znacząca. Jak na codzienne „godzinki nienawiści” załogi GtW wobec obozu rządzącego, uznaje ten i kilka innych, opublikowanych niedawno artykułów za niemal wiernopoddańczy.

A teraz coś z zupełnie innej platformy. PO obraduje na kongresie, i to bynajmniej ani liberalnym, ani demokratycznym. Nieliberalnym, bo o zliberalizowaniu programu partii jeszcze nie słyszałem, a niedemokratycznym, bo znałem nazwisko przewodniczącego na długo przed głosowaniem. Ale co mnie zdumiewa, to sposób relacji tego wiekopomnego wydarzenia. GW odsłania wszystko – i agresywny zwrot antyPISowski i szykujące się w PO podziały. Pierwszy problem sprawia wrażenie, jakby tylko Platforma była w Polsce opozycją destruktywną, a drugi sugeruje, iż owe „podziały” mogą zamienić się w „rozłamy”. Stopień nahalizacji powyższych sugestii jest podobny do akcji antyPISowskiej, przy szczuciu Kaczyńskich na Marcinkiewicza. GW podkreśla najostrzejsze, przekraczające granice dobrego smaku akcenty (przemówienie Niesiołowskiego, wczorajszy wywiad z Rokitą), sama nakręcając atmosferę w PO. W dodatku, moja ulubiona gazeta przytacza natychmiast reakcję PISu, więc awantura murowana. Cui bono?

No właśnie, jaki obraz kreślą nam oba leitmotivy Wyborczej? Dziwacznie się komponuje to zelżenie ataku na PIS i podjudzanie PO. Jakby Salon spostrzegł, że nie zdoła zatopić Prawa i Sprawiedliwości klasycznymi metodami i wepchnąć na jego miejsce Platformy. Bo przecież taki był plan Salonu, nawet nie Platformersów. Wierzę, że znaczna część działaczy tej partii, idąc do wyborów wierzyła w hasło IV RP, autorstwa Pawła Śpiewaka. To dopiero zręczne manewry ancient regimu w czasie, i tuż po kampanii wyborczej, sprawiły, że PO stałą się rzecznikiem Układu. Nie w pełni posłusznym, nie w pełni świadomym, a co najgorsze, nie w pełni skutecznym. Dlatego też siły starego porządku postanowiły zmienić rzecznika. Platforma się już przeżyła – tak jak dotychczas miała podskubywać poparcie PISu i ewentualnych partii prawdziwej prawicy (zaznaczam, to nie to samo!), tak teraz sama może posłużyć za żer centrolewowi, zwanemu przez złośliwych „centro-Lwem”, czy wręcz „centro-Rywinem”. PO jeszcze posłuży za antyPISowskie porte-parole Układu, wyręczając go w brudnych atakach na rząd. A potem zatopi się i Platformę. Obawiam się, że kiedy okrzepnie Volksfront obrońców III RP jeszcze zatęsknimy za „Prezydentem Wirtualnej Polski” i „Premierem z Krakowa”.

Medialne poparcie dla Tuska, bezapelacyjne nie tylko w czasie wyborów, ale i kawał czasu po nich, kończy się. Dziennik mógł bez obaw wyciąć Piskorskiego i jego ludzi, tworząc w PO niebezpieczny ferment. To zabawne, ale mam nieodparte wrażenie, że w opisie Platformy, media głownonurtowe używają coraz więcej brudnych chwytów, wypróbowanych na PISie. Nawet selekcja sondaży, jak dotychczas niezawodny atut partii Tuska, przestał być używany – ot, ostatni sondaż OBOP, dający wyraźną przewagę PO niemal przemilczano. A w Wysokich Obcasach gości Elżbieta Kruk, nie Hanna Gronkiewicz-Walz.

Od razu zaznaczam – te wszystkie, makiaweliczne na pozór działania, zapewne nie są wynikiem żadnego spisku. To, używając pojęcia Miltona Friedmana, „porządek spontaniczny”. Wiele różnorodnych ośrodków, tworzących tzw. Układ (lub będących Układu sojusznikami), doskonale przeczuwa, co jest dla nich dobre. Platforma przestaje być użytecznym lodołamaczem ancient regimu, dlatego jest skazana na marginalizację. Nie jutro, nie za miesiąc, ba nawet nie za rok, ale w perspektywie kolejnych wyborów to Tusk będzie czempionem III RP, przeciwko reformom. No, chyba że się zdarzy się coś nieoczekiwanego. Na przykład, że nieumoczona, milcząca większość Platformy zrozumie, jak instrumentalnie była traktowana ich partia. Ba, i zapragnie zmienić ten stan rzeczy. Mało to prawdopodobne, ale Duch wieje kędy chce, więc porzucać nadziei nie sposób.

Platformesi dziś fetują, nie zastanawiając się, czy rozdziobią ich Kruki, czy GaWrony. Nie widzą jeszcze, że znaleźli się na środku pola starcie dwóch obozów politycznych i jako przeszkoda w konfrontacji, zostaną usunięci wspólnymi siłami śmiertelnych wrogów. Nie wiem, czy to jest możliwe, ale może zgłosimy kamratów Donalda Tuska do zbiorowej nagrody Darwina?

sobota, 20 maja 2006
Skwieciński dostał w PAPę

No dobrze, teraz już na spokojnie. Piotr Skwieciński został mianowany prezesem Państwowej Agencji Informacyjnej. Informacja ta sprawiła, że znacznej części Układu Medialnego znacznie skoczyło ciśnienie. Bo pan Piotr to człowiek porządny. Nie jest może moim dziennikarskim idolem, przyznaję iż wolę ludzi bardziej zadziornych i przebojowych. Ale jedno o Skiecińskim mogę powiedzieć na pewno: ma zasady. Nawet przemykając się dotychczas w głownonurtowych mediach, potrafił mówić co myśli, a i myśleć samemu, bez salonowych klakierów. Jak dotychczas nie rozgryzłem dokładnie światopoglądu pana Piotra, oprócz tego, że: jest bardziej prawicowy niż lewicowy, bardziej konserwatywny i postępowy, bardziej kulturalny niż niekulturalny, i ogólnie, bardziej nasz, niż ich. To dużo, to bardzo dużo. Na stanowisku szefa PAPu nie trzeba wizji i zelockiego zapału, tak mile widzianego w TVP. Agencja nie ma prowadzić krucjaty, a jedynie informować, informować i jeszcze raz informować. Do tego redaktor nadaje się wspaniale.

Zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile zależy od notek PAPu. Zwłaszcza w dobie informacji elektronicznej, gdy niemal każdego niusa (no, może oprócz starannie przygotowywanych materiałów dziennikarstwa śledczego), czytamy najpierw w komunikacje Agencji. Jest to podstawowe źródło i dla odbiorców i dla dziennikarzy, więc manipulacja na tym poziomie oznacza najbrutalniejszą ingerencję w istotę przekazu. Szef PAPu musi stać na straży idealnej czystości komunikatów agencji. Jest pierwszą instytucją, stojąca na straży wolności słowa. Tak, można szukać wiadomości w innych, zwykle zagranicznych agencjach (przy tak słabo rozwiniętym rynku medialnym jak u nas, to smutna prawda), ale wersja PAPu zawsze bezie podstawą większości komentarzy w dyskursie publicznym. Jeśli szwankuje obiektywizm PAPu, spacza się cały bieg wiadomości. Dlatego na prezesie Polskiej Agencji Prasowej spoczywa odpowiedzialność świadka: przekazywanie prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. Zwłaszcza to ostatnie w Trzeciej RP szwankowało. Panie Piotrze, mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał weryfikować rzetelności papowskich doniesień. Liczę na pana.

Oczywiście, lata życia na granicy salonowych mediów musiały poczynić pewne szkody w postawie nowego PAPisty. Pamiętam niedawną dyskusję (początek kwietnia, „Poranek Tok FM”) o felietonie Stanisława Michalkiewicza. Piotr Skiewciński bronił prawa radia „Maryja” do istnienia, choć stwierdził, iż „tamten felieton oczywiście jest antysemicki”. Kilka chwil później przyznał się, iż nie słuchał audycji, tylko wszyscy tak mówili... Cóż, nikt nie jest doskonały. Warto jednak zapamiętać, iż w tamtej dyskusji, jako jedyny, zaprotestował przeciwko napastliwemu listowi Marka Edelmana.

Wraz z rzuceniem na telewizyjny front Bronisława Wildsteina, rozpoczyna się prawdziwa wojna. Nie jest to jednak blitzkrieg zagarniający media dla partii, ale wyczekiwana przez miliony kontrofensywa obiektywizmu w debacie publicznej. Zanim na Wisłą rozwinie się sprawny system informacyjny, oparty na podmiotach prywatnych, niestety musimy polegać na organach państwa. Mnie tysiąckroć łatwiej będzie zaufać Wildsteinowi i Skwiecińskiemu niż dotychczasowej, wesołej bandzie mediów spod herbu „Bura Suka”.

 
1 , 2 , 3 , 4