Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
piątek, 30 czerwca 2006
Farsa o piątej nad ranem

Kiedy przyszli po komunistów, milczałem, bo nie byłem komunistą, kiedy przyszli po Żydów, milczałem, bo nie byłem Żydem, kiedy przyszli po katolików, milczałem, bo byłem protestantem.

Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby krzyczeć” - Martin Niemoller

 

Zastanawiałem się, czy pisać tę notkę. Bo temat brzydki. Paskudny, śmierdzący i śliski. I to nie w rodzaju śliskości jaki lubię – tu nie ma żadnych dylematów, czy znaków zapytania – tu jest jasność i jednoznaczność, tyle że owa jasności i jednoznaczność idei ma się nijak do rzeczywistości. I tak naprawdę jest to felieton o bierności.

Dziś portal wp.pl, za jakimś nieznanym mi pismem, zawiesił na stronie krótki artykuł na temat dra Dariusza Ratajczaka. Młodszych stażem obserwatorom przypomnę, iż jest to były wykładowca Uniwersytetu Opolskiego, o którym głośno było w roku 1999, kiedy to wydał zbiór felietonów pod tytułem „Tematy niebezpieczne”. W ramach tej publikacji, Ratajczak postanowił nadepnąć na odciski wszystkim kategoriom politpoprawności politycznej, jakie można sobie wyobrazić – m.in.: polityka państwa Izrael, ustawodawstwo „równości rasowej” w USA, masoneria, czarna legenda Pinocheta i rewizjonizm holokaustu. Jak łatwo się domyślić, wszelkie te zagadnienia przeszły niezauważone (tym łatwiej, że nakład tytułu był śmiesznie mały), oprócz tego ostatniego. Ale felieton o rewizjonistach wywołał burzę.

Od razu muszę zaznaczyć – nad miażdżącą większością prześladowców doktora mam jedną, za to niepodważalną przewagę – zbiorek (a przynajmniej większość rozdziałów – wszystkiego nie zmogłem) czytałem i odnoszę się do tekstu źródłowego, a nie relacji z nastej ręki. I z czystym sumieniem stwierdzam – felietony, a zwłaszcza ten napiętnowany, są słabe tak pod względem warsztatu, jak i formy. Spisane są w sposób napuszony, sprzedają domysły i pogłoski jak tajemnice państwowe, a oczywistości zostają wykrzyknione z wyrazem odkrywczego triumfu. Ot, autor zdawał się upajać samym faktem łamania tabu, a nie przejmować się niczym innym. Ale czy innym jest ocena tworu, a czym innym twórcy. A co się stało z Dariuszem Ratajczykiem?

Znikł. Stał się, używając żargonu orwellowskiego, nie-obywatelem. Było o nim głośno na początku, gdy na cześć „Tematów niebezpiecznych” urządzono polowanie na brunatne czarownice, i jeszcze przez pewien czas, gdy proces o tzw. Kłamstwo oświęcimskie toczył się szparko. Ale kiedy proces zwolnił, a następnie został umorzony, kontrowersyjny doktor przestał istnieć. Wykluczony z życia naukowego nie mógł znaleźć żadnej stałej pracy (od tamtego czasu utrzymuje się z robót fizycznych, często dorywczych i wyjazdów na saksy). Nie miał szansy nigdzie publikować prac naukowych, a po pewnym czasie nawet publicystyki. Patrzące się kiedyś na niego z zainteresowanie media, takie jak radiom „Maryja” oraz internetowa „Opcja na prawo” z czasem albo wypięły się na niewygodny balast polityczny (RM), albo zapomniały o niegdyś hołubionym historyku-komentatorze. A doktor zmiatał śnieg z objazdów i znosił czkawki po nagonce na swoją osobę. Jako osoba antypubliczna (tzn. taka, która publiczną być nie może) nie mógł prostować żadnych mitów na swój temat. Ponieważ niemal nikt „Tematów niebezpiecznych” nie czytał, autor nie miał szans wykazać, że nie zaprzecza tam mordowaniu żydów w czasie wojny, a poglądy rewizjonistów jedynie cytował, nie odnosząc się do ich prawdziwości. Jedynym jego odautorskim sądem, było podanie swojego szacunku ofiar, przyznajmy: niższego niż obecnie zadekretowany.

Przytaczanie stanu badań rewizjonistycznych było oczywistą głupota, dla pracownika wyższej uczelni. Już abstrahując od politycznego ryzyka takiego działania, było to śliskie od strony naukowej. Jak byśmy na problem nie patrzyli, trzeba pamiętać, że obóz rewizjonistów holokaustu był i jest niezwykle słaby merytorycznie. Dzieje się tak z powodu osobliwej selekcji negatywnej, ludzi zajmujących się problemem. Od tego tematu uczeni spokojni i wyważeni są odciągani przez polityczne nakazy poprawności. Pokonać tę barierę mogą jedynie nieświadomi amatorzy, albo ludzie nastawieni fanatycznie, nierzadko badający z teza początkową. Taki dobór dla każdej dyscypliny naukowej byłby zabójczy, nie inaczej jest z holorewizjonizmem. Dziedzina stałą się swoistym rezerwatem albo autentycznych żydożerców, albo paranoików, albo łowców sensacji. Czy tak nie było także z samym Ratajczakiem, który (moim zdaniem) łączy cechy drugiej i trzeciej grupy?

A problem przed-sądów? Negowanie holokaustu wydaje się absurdem nie ze względu na gorset politpoprawności, ale na fakty. Byli ludzie, teraz ich nie ma. Biorąc pod uwagę, że w XX dokonano znacznie większych zbrodni niż holokaust, nie ma potrzeby doszukiwania się spisku, który wymyśliłby i tę okropność. Liczba ofiar? Tak, trzeba badać i prostować mity, ale to mogą robić ludzie spokojnie, nie fanatycy. Już niedługo otworzy się okno możliwości bezemocjonalnego badania, kiedy (smutne, ale prawdziwe) odejdą ostatni świadkowie tych dramatycznych wydarzeń. A wtedy historia będzie bardziej historią, a nie polityką.

Ale nie to jesz dzisiejszym tematem – spójrzmy jeszcze raz na naszego bohatera – zaszczutą ofiarę nagonki, która technicznie rzecz biorąc, jest klasycznym dysydentem systemu. III RP ma większą liczbę dysydentów, ale akurat ten przypadek jest dość nośny medialnie, tak nośny, że ktoś odważył się o nim napisać. I cokolwiek byśmy nie sądzili o treści pism Ratajczaka i głoszonych przez niego poglądach, pod żadnym pozorem nie wolno nam się dołączać do podobnych nagonek. Tak, osobiście możemy krytycznie oceniać postępowanie doktora (choćby od strony etyki koleżeńskiej – publikując te teksty dla własnej sławy, naraził uczelnie na poważne nieprzyjemności. Ktoś tak świadomy istnienia pałki politpoprawności powinien brać ot pod uwagę), ale jeśli uważamy się za wolnościowców, musimy wykazać choć odrobinę solidarności z ofiarą.

Dziś wydaje się to szczególnie potrzebne. Bo niby zgnojono rewizjonistę holokaustu, który, w pewnym sensie, o takie zgnojejnie sam się prosił. Ale wszak pała politpoprawności klepie cały czas, znienacka i w różne cele. W kwietniu rozstrzelano publicznie Stanisława Michalkiewicza, odcinając mu dostęp do mediów głównego nurtu. Niby redaktor Michalkiewicz dziś głodny spać nie chodzi, ale napiętnowanie publicysty tak przebojowego i tak mistrzowskiego w swoim warsztacie, jest stratą dla całej debaty publicznej nad Wisłą. W dodatku, stanowi chyba poważny dramat dla samego poszkodowanego, doskonale świadomego swoich talentów. Ale to nie koniec – kto wie, czy do grona nieobywateli już niedługo nie dołączy Rafał Ziemkiewicz, który w swoim  niedawnym felietonie powiedział... mniej więcej to, co Michalkiewicz, ino nawet w pewnym aspekcie ostrzej (bo w sprawie ogólnych stosunków z Żydami, a nie tylko na linii: organizacje roszczeniowe - rząd). A w kolejce czeka jeszcze tylu ludzi pióra, którzy mieli pecha wypowiadać się na ów temat... Powiedzmy sobie szczerze – niemal każdy z blogerów BPP ma na swoim koncie felieton tak niepoprawny (nie chodzi tylko o kontrowersje żydowskie, ale ogólnie), że gdyby był postacią ze świecznika, zostałby zmielony w trybach orwellowskiej maszyny. Warto o tym pamiętać.

Trzeba o tym pamiętać, nawet jeśli rażą nas uprzedzenia, sensacyjność i ewidentne przedsądy Ratajczaka, cięty język Michalkiewicza, czy bezpośredniość Ziemkiewicza. Bo jak z nimi Ministerstwo Prawdy sobie poradzi, to zajmie się heretykami pomniejszego płazu – czytaj: Nami.

A kto wtedy będzie krzyczał w naszej obronie?

I to co powiem na koniec może już się zaliczać pod myślozbrodnie, ale warto to zrozumieć: niemiecki rasizm z czasów wojny to starszych brat dzisiejszej poprawności politycznej – inny chwast z tego samego korzenia. Spójrzcie tylko na dynamikę rozwoju obydwu plag. Na początku lat trzydziestych nikt w Niemczech nie mógł w medium napisać beztroskie: „Żydzi do gazu”. Nawet w Sturmerze. Do stanu absolutnej pogardy dla życia „elementów niearyjskich” dochodzono stopniowo. Zaczęto od rozsądnie brzmiącego stwierdzenia, iż naród żydowski może mieć interesy inne niż naród niemiecki. I niemal nikt się na to się burzył, no bo na co było się burzyć. Potem jednak prasa narodowosocjalistyczna dokonała drobnej korekty: naród żydowski musi nieć interesy inne od narodu niemieckiego. Kilka głosów sprzeciwu, w sumie cichych i mało znaczących. Nie potępiajmy tak zaspanych rozsądnych w Niemiec – w końcu my dziś sami piejemy na cześć nieistniejącej Unii Europejskiej oraz mówiąc „demokracja” mamy na myśli nomokrację. I naszej uciekają różne kłamstwa semantyczne. Tylko że potem, już w Trzeciej Rzeszy, ta spirala poszła dalej – z przesłanki o niezgodności interesów, wyciągnięto wniosek o potrzebie obrony państwa i narodu. Na tą okazję stworzono całkowicie sztuczną kategorię „narodu biologicznego”, najpierw na użytek publicystyki, potem prawodawstwa. I dalej poszło już z górki – eskalacja szykan wobec napiętnowanych była niemal automatyczna. A wszystko to, ponieważ ludzie rozsądni przespali ten pierwszy moment, kiedy pukano o piątej nad ranem do drzwi ich nielubianych sąsiadów.

Niby nic nie zdarza się dwa razy... ale czy nie macie wrażenia, że ta historia powtarza się? Może jako farsa, słusznie. Farsą jest to, że tak brutalnej lekcji dziejów nie potrafimy przyswoić.

środa, 28 czerwca 2006
Epidemia udarów słonecznych

Wczoraj mój termometr wskazał 42’C. Czy przy tej temperaturze nie zaczyna się denaturacja białka? Być może, a już na pewno zaczyna się epidemia pogrzania umysłowego. Nawet w tak leniwym sezonie prekanikularnym ilość bzdur, serwowanych nam przez media, poraża.


Odejście Gilowskiej mogło mieć związek z przymiarkami do lustracji darmozjadów z MinFin. Ten pomysł nie jest chory, ale o chorobie admina strony GW świadczy to, że owa informacja zawisła na gazeta.pl

Kołakowski mówi w GW o czerwcu ’56. Redaktorzy mogliby wziąć na tapetę dowolnego robotnika. Ewentualnie (jeśli tak się brzydzą prolami i innym ciemnym ludem) któregoś z adwokatów procesów poznańskich. Ale nie – biją pokłony przed człowiekiem, który kiedy padały czerwcowe strzały był aparatczykiem PZPR.


W Warszawie brakuje już 2 tys. pielęgniarek
[Z prognoz rządowych wynika, że za cztery lata w Polsce zabraknie 61 tys. pielęgniarek.]
Doskonale – jeszcze kilka lat „bezpłatnej” opieki zdrowotnej i „bezpłatnych” studiów medycznych, a będziemy kształcić i płacić za kształcenie personelu lekarskiego dla całego Eurosojuzu. To się nazywa eurosolidaryzm.

Górale podkładają owce wilkom dla odszkodowań
[W rejonach górskich Małopolski rolnicy coraz częściej celowo narażają hodowane przez siebie zwierzęta na ataki wilków - twierdzą przyrodnicy. W ten sposób otrzymują wysokie odszkodowania za trudno zbywalne zwierzęta.]
Brawo – jeden zdrowy odruch w tym chorym kraju. Żeby tak wszyscy mogli odzyskać choć ciutkę mienia zagrabionego przez Lewiatana...

Ale, ale... zwróćcie uwagę na budowę tych dwóch zdań notki. Z konstrukcji gramatycznej wypowiedzi wynika, że odszkodowania dostają przyrodnicy. Dlaczego otrzymują? Bo twierdzą. Dla jasności wystarczyłby drugi myślnik, kończący wtrącenie. Ale nie, redaktora widać słoneczko pogrzało.

wtorek, 27 czerwca 2006
Widmo nad Czerską

Był to koniec - koniec wszystkiego, co pozostało mi w życiu na tej ziemi, koniec spokoju i wiary w integralność przyrody z ludzkim umysłem. Wszystko, co mogłem sobie wyobrazić (...) nie dałoby się porównać z tą demoniczną, bluźnierczą wprost rzeczywistością, jaką ujrzałem, czy też wydawało mi się, że ujrzałem. (...) Możliwe to, aby nasza planeta spłodziła coś takiego i aby ludzkie oko naprawdę oglądało to, co dotychczas znane było tylko rozgorączkowanej fantazji i nie mającej znaczenia legendzie?
- HP Lovecraft, Widmo nad Innsmouth

Pisze te słowa pod silnym naciskiem psychicznym, nie będąc pewnym, czy w chwili, kiedy je czytacie, wciąż będę mógł się zaliczać do grona ludzi zdrowych na umyśle. Mój skołatany umysł został w ostatnich dniach poddany zbyt okrutnym torturom postrzegania rzeczywistości, taką jaka jest, a nie taką, jak chcielibyśmy ją widzieć. Mój dotychczasowy światopogląd rozłazi się w szwach, a z ciemnych rogów pokoju wyłażą potwory. Nawet moje papugi skrzeczą sarkastycznie i spoglądają na mnie z szałem w oczach. Bóg umarł. A jeśli nawet nie Bóg, to przynajmniej „bóg”. Autorytet moralny. Adam M.

W teczkach szaleństwa

Przez kilkanaście lat załoga speców z Czesrskiej tresowała miejscowy ciemny lud w recepcji dwóch, niepodważalnych dogmatów. Po pierwsze: grzebanie w przeszłości jest bluźniercze i plugawe, a kto się tego tyka, z pewnością jest oszołomem, szaleńcem i nienawistnikiem. Drugim pewnikiem trzeciorzeczpospolitej rzeczywistości miało być powszechne przekonanie o wojującym antysemityzmie Polaków, którzy tylko czyhają, kiedy by tu tylko anihilować kolejnego Żyda. Z tych dwóch powodów, bycie Polakiem stało się czynnością co najmniej dwuznaczną moralnie i zanim Salon przedstawił rozsądną i atrakcyjną alternatywę (jaką było bycie Europejczykiem), lud prosty cierpiał katusze wyrzutów sumienia. Tym większe, im mocniej akolici Wieszcza-oberredaktora uderzali biczem w „tradycyjny, ludowy katolicyzm polski”, „resentymenty narodowe” oraz inne grzechy.

Coś jednak skruszało w sprawie sakralnej wizji przeszłości. Co prawda, salonowa załoga nadal nawołuje do spalenia archiwów, ale nie jest już tak pryncypialna w sprawie palenia ludzi, którzy we wspomnianych instytucjach grzebią. Zwłaszcza, że niektórzy przyjaciele Adama M., w tym sam salonowy kapelan oraz metropolita lubelski (ale powiedzmy sobie szczerze – ta druga funkcja jest chyba mało istotna, co można wnosić po proporcjach medialnego zaangażowania arcybiskupa w jedno i drugie zadanie), Józef Życiński, muszą dziś w przeklinanym „rynsztoku” się kąpać, aby zadośćuczynić żądaniom swych owieczek. Ale o ile stosunek do teczek (równie plugawych i obcych co sam Necronomicon!) ewoluował, zmieniał się stopniowo, do drugi dogmat runął tak szybko, jak mury mojego zdrowego rozsądku.

Zew Michnika

Adam M. przyczaił się. Prawie jak Chtuchlu, który spoczywa cicho na dnie Pacyfiku i czeka aż „gwiazdy będą właściwe”, Wieszcz skrył się w odmętach Czerskiej, by wychylić swe intelektualne macki jedynie w najważniejszych dla kultu sprawach. Tak było przy kolejnym zakręcie lustracyjnym, nie inaczej na okazję rozmów koalicyjnych. Jeśli Oberredaktor zabiera swój poważny i autorytarny (choć przecie tak demokratyczny...) głos, to znak, iż omawiana kwestia jest kluczowa dla Salonu i jego kultystów. Albo inaczej – jest do wypowiedzi niejako zmuszany, przez wytrwałe prośby wyznawców i sojuszników. Tak więc każdy esej Adama M., który ukarze się na zaszczytnym miejscu w Wyborczej, stanowi dobry probierz powagi konkretnego zagadnienia. A ponieważ od czasu sławnego, i przez niektórych ormowców politpoprawności okrzykniętego „antysemickim”, felietonu Stanisława Michalkiewicza, nad Wisła wciąż wzbiera przenikająca dusze woń żydocentryzmu (zarówno... hm... jakby to powiedzieć... wedle jednego, jak i drugiego paradygmatu myślenia), to Wieszcz już po raz kolejny zabiera głos w owej przerażające sprawie. O ile jeszcze wcześniejsze teksty wydały mi się logiczne i zrozumiałe (przynajmniej w salonowym kulcie), gdyż zawierały np. standardowe oskarżenie o antysemityzm śp. Biskupa Kaczmarka, to najnowsze wystąpienie musi przejmować trwogą.

Coś z gwiazdami wyraźnie się pochrzaniło.

Przyczajony strach

Adam M. krytykuje Elie Wiesela. Ba, i to nie przy byle jakim pretekście, bo z okazji recenzji książki Jana Grossa „Strach”. Artykuł dźwięczy zdumiewająco – Adam M. sprzeciwia się postrzeganiu Polaków, jako antysemitów! Ba, kreśli niebezpiecznie cienką linię, przypominając, iż przeciw godzinkom nienawiści Wiesela o tzw. „pogromie kieleckim” protestowała cała masa poprawnych autorytetów i ks. Tischner (szkoda, że nie dość głośno, abym to w 1996 usłyszał). Czy zdajemy sobie sprawę, co to oznacza? Wieszcz tworzy wyraźny podział i to podział zupełnie różny, niż ten dotychczasowy. Bo do tej pory, każdy kto znajdował lub wymyślał winy Polaków był „swój”, dobry. Teraz i sam Oberredaktor przekracza linię potępienia i wstępuje na ciemną stronę dociekania prawdy historycznej.

Nie dość tego – neguje mistyczne znaczenie ataku na rabina Schudricha, a nawet opisuje niezwykle troskliwe zachowanie polskich władz wobec poszkodowanego. Zachowanie, na które szary obywatel Polski nie ma co liczyć. To już skraj szaleństwa, niemal wojujący michalkiewiczyzm!

Coś na progu?

Adam M. podważył dwa filary głoszonego wcześniej przez siebie dogmatu. Zanegował zbiorową odpowiedzialność Polaków za wszelkie czyny antysemickie i zlekceważył mistyczne uczestnictwo narodu nadwiślańskiego w holocauście (fizycznie objawiane dzisiaj mówieniem o przywiązaniu do tradycji). Jak wyjaśnić ten kopernikański przewrót w myśleniu (a może lepiej powiedzieć – przewrót od dogmatu do myślenia)? Boskim szaleństwem Mistrza? Niewykluczone, patrząc na jakość jego tekstów od czasu afery Rywina, choćby częściowo skłaniałbym się do tej odpowiedzi. A może to IV RP odmieniła oblicze nie tylko „tej ziemi”, ale i „tych autorytetów”? Teza tyleż kusząca, co kontrowersyjna. Byłby to faktyczny pogrzeb III RP, rozumianej jako paradygmat polityczno-filozoficzny. Ale ponieważ Duch wieje kędy chce, czy nie mógłby zawiać i śpiącego w zatopionym mieście R'lyeh władcę koszmarów polskiej elitki?

A może nie trzeba sięgać po mistyczne powody? Może Duch wiał jak wiał, a to Wieszcz wyczuł idealnie kierunek. Kto wie, czy nie już przygotowuje się do dostosowania do nowych warunków, skoro na „dobre gwiazdy” może czekać kolejne eony? W tym przypadku metafora zatopionego R'lyeh nabiera nowego, bardzie dosłownego znaczenia, a nasz lęki o zdrowe zmysły powinniśmy schować głęboko. A wyciągnąć nadzieję, skoro nasz lokalny Cthulhu chowa się pod morskimi falami oportunizmu.

Tylko czemu te papugi patrzą tak dziwnie?

Ps.

Drodzy Czytelnicy!
Jeśli nie zrozumieliście niczego z powyższego tekstu i naprawdę obawiacie sięo moje zdrowie umysłowe, zajrzyjcie tu.

A najlepiej, od razu zacznijcie się zaznajamiać z twórczością Samotnika z Providence.
poniedziałek, 26 czerwca 2006
Odpowiedź chorego z nienawiści chrześcijanina
Gość KKK, kryjący się pod pseudonimem Shandalar pozostawił we wczorajszej notce swoje myśli i sformułował zarzuty, co do których chciałbym się dzisiaj ustosunkować. Prosiłbym Shandalar'a o odpowiedź na mój komentarz, jeśli to możliwe, przy zachowaniu norm kulturalnej dyskusji.
Niżej cytuję wypowiedź Shandalar'a w brzmieniu oryginalnym (nie poprawiałem ortografii ani syntaksy)

[Kolejny chory z nienawiści chrześcijanin. Człowiek, '56 był 50(!) lat temu. Ludzie odpowiedzialni z tamte wydarzenia są już albo po drugiej stronie (i wątpie żeby byli w piekle), albo mają po 70/80 lat. Chcesz się mścić na ludziach, którzy wiszą nad grobem? Poza tym twoje oburzenie i gniew są lekko... śmieszne. O tych wydarzeniach czytałeś w prasie, widziałeś w TV, znasz prawdę TYLKO JEDNEJ STRONY. I nie, nie bronię tu kumunistów (sic!) ani socjalizmu jako takiego, a jedynie zdrowego rozsądku. Przez takich jak ty PRL jest nadal żywy- nie potraficie zamknąć tego okresu historii i do niego nie wracać, tylko wywołujecie duchy (z sukcesami) dawnych czasów. Tamte lata trzeba zamknąć w puszkę zaspawać i wrzucić do morza (or whereever else), a nie rozdrapywać rany z masochistyczną przyjemnością przy każdej okazji...]

Szanowny Shandalar'ze!
Wbrew wszelkim trudnościom postaram się potraktować na poważnie, to co napisałeś.
Nie uważam, że wyraźna ocena moralna zbrodni, jest aktem nienawiści. Sądzę za to, że do tej oceny należy jasno wskazać, kto był po której stronie.
Moje oburzenie może jest śmieszne, ale wydaje mi się, że już lepiej być oburzonym na śmieszno, a nie na bezczelno, jak oburza się np. gen. Jaruzelski, gdy chcą go sadzić za kierowanie komunistyczną bandą.
Nie wypowiadam się co do losu katów z 56 i 76, bo nie mam kompetencji, aby osadzać, gdzie trafili. Zaznaczam jednak, że nie jestem zwolennikiem koncepcji apokatastatycznych.
Może jestem zacofany, ale wierze, że prawda jest jedna, a z kilku stron można do niej jedynie dochodzić. Staram się opierać na różnych źródła, wyrabiając sobie pogląd na temat danego zdarzenia. W tym przypadku, powinny być to zarówno wspomnienia robotników, jak i dokumenty wytworzone przez system. Nie badam dziejów Poznania czy Radomia osobiście, zawierzam historykom, którzy badają ów problem.
Nie wiem, czy PRL jest we mnie żywy. Pewnie w każdym z Nas jest jakiś cień PRLu, co objawia się np. fanatycznym przywiązaniem Polaków do socjalizmu. Tak, nie potrafię zamknąć tego okresu i nie zamierzam - bo cały czas mnie dotyczy. Czy to przez czerwonych (i ich donosicieli), którzy dziś są obecni na urzędach państwowych i służbach specjalnych, czy to też pułapkę dłużną, którą wywołano w PRLu, a zapewne jej żniwa będę zbierał osobiście, za lat kilka (gdy budżet ostatecznie runie). Ten okres chciałbym zamknąć, pewnie nie znajdziesz tu nikogo, kto nie miałby dosyć przeszłości. Ale tak się nie da. Trzeba by było nie tylko spalić teczki, ale tych co je widzieli (np. Michnika), no i zbombardować archiwum na Kremlu. Trzeba by było też prewencyjnie rozstrzelać wszystkich oficerów specsłużb, zwerbowanych przed '89, a także ich podwładnych, którzy mogli być przez nich skorumpowani. Niezbędna by była nacjonalizacja sprywatyzowanego majątku i ponowna prywatyzacja każdej śrubki, bez dopuszczania arystokracji z minionej epoki. Cały naród warto by było poddać psychiatrycznej kuracji prorynkowej i antyetatystycznej. Obawiam się, iż zerwanie z przeszłością jest nieco bardziej skomplikowane niż naciśnięcie przycisku reset w komputerze.

Ps.
Mam jeszcze do Ciebie kilka pytań:
1. Na jakiej podstawie wnosisz, że jestem chory?
2. Na jakiej podstawie wnosisz, że nienawidzę?
3. Na jakiej podstawie wnosisz, że jestem chrześcijaninem?
4. Czy masz jakieś traumatyczne przeżycia związane z chrześcijanami, które powodują u Ciebie utwierdzenie czarnego stereotypu?
5. Czy czujesz się dobrze, odruchowo obrażając około 1 300 000 000 ludzi na raz?

Panfaszyzm spekulatywny

Zgodnie z założeniami postmodernizmu, wszystko jest względne. Oczywiście, nie dla każdego. Z zachowania redakcji Gazety Wyborczej można wnioskować, że masowo wyznaje postmodernizm jednostronny – „My możemy sobie tasować wartości logiczne, mieszać kategorie i miksować kryteria, ale ciemny lud musi już się dostosować do produktu, którzy wypichcimy i przyjąć go za prawdę objawioną”. Czasami takie działania przynoszą zabawne rezultaty.

Gazeta w dalszym ciągu znęca się nad osobą Piotra Farfała. Mówienie o „ciągu”, w tym alkoholowym znaczeniu terminu, jest jak najbardziej na miejscu – GW zachowuje się jak pijak, który po etanolowym uniesieniu musi łyknąć kolejną flaszkę swego ulubionego, antyfaszystowskiego trunku, bo inaczej nie zdzierży. Sądzę, że zawisły wiceprezes TVP (bo się biedaczek oddał do dyspozycji rady nadzorczej już tydzień temu i jak na razie wisi) będzie jeszcze długo wałkowany przez ekipę z Czerskiej. Zostało jeszcze tyle brunatnych plam w życiorysie bohatera, że przepuścić takiej okazji nie sposób. Trzeba sprawdzić czy w zeszytach szkolnych (np. do matematyki) nie pisał dziwacznych cyferek (w stylu 14 i 88), albo przeprowadzić dokładny wywiad środowiskowy w celu ustanie jak Farfał zamawia piwo (może jak koledzy z MW, przedstawieni kiedyś na okładce Faktu?).

Ale lustracja Farfała to temat drugorzędny, ciekawy tylko ze względu na nietypową dla GW chętkę do grzebania w życiorysach. Bardziej zaniepokoiły mnie mądrości, wypisywane przed redaktorów Kowalskiego (może krewny p. Sergiusza?) i Szadzckiego, a zwłaszcza ich definicja faszysty. Na prasie kalibru „Szczerbca” znam się niespecjalnie (acz z tego co się orientuje, pisemko to prezentuje chyba wyższy stopień ucywilizowania niż „Front”, co skądinąd uprawdopodobniało by tezę o ewolucji poglądów naszego bohatera), podejrzewam, że autorzy tekstu w GW, z racji swego narodowego „hasstliebe”, wiedzą o tych klimatach więcej. Wiedzą, ale  nie znaczy, że mówią szczerze, w co wierzą. Bo oto „faszyzm” w artykule Wyborczej okazała się... antydemokratyzmem!

No dobra, przyznaję się – nie jestem politologiem. Z tego co wiem, dwaj redaktorzy GW także nie są. Mimo to, raczej mamy (we trójkę) pewną podstawową wiedze na temat „co to jest faszyzm”. Ja zawsze kojarzyłem ów nurt z określonym katalogiem cech ustrojowych, który dla ułatwienia określa się po obserwacji ustroju włoskiego z lat 1926-1943. Ale gdzie tam – Kowalski i Szadzki swobodnie operują postmodernistyczmym szablonem pojęciowym, pozwalającym im złapać do faszystowskiego wora wszystko, co im się nie podoba. Definicja faszyzmu jest tu chyba wynikiem dyskursu, jaki Wieszcz Adam M. przeprowadził z głosami z własnej głowy, mądrymi „Dziadami” oraz przypadku. Ot, kiedyś zarzucił brunatyzm przypadkowemu przeciwnikowi politycznemu i przykleiło się już konkretnych zapatrywań politycznych. Ale po kolei – aby zrozumieć czym jest faszyzm w rozumieniu Michnikizmu-gazecizmu, przyjrzyjmy się piętnowanemu tekstowi Farfała:

[Nie można zmusić idioty, by stał się geniuszem;]

Kłamstwo! Można – GW stara się to robić od 16 lat. Nie wychodzi? Ciszej, złośliwcy...

[podobnie z demokracji nie można uczynić obrońcy interesów Narodu.]

Teza dziwaczna, bo jeśli większość się z narodowością identyfikuje, to czemu miałaby jej nie bronić? No dobrze, ale gdzie w tych słowach faszyzm?

[Kłamstwo w demokratycznej maszynce do prania mózgów jest doraźnym instrumentem politycznym oraz celem o dalekosiężnych skutkach.]

To zdanie zawiera dwie myśli – jedna jest naganą, a druga pochwalała demokracji. Naganą, bo mówi o praniu mózgów. Pochwałą, bo sugeruje, iż demokracja może mieć dalekosiężne cele. Dyskusyjne, ale gdzie ten faszyzm?

[Kłamstwa mniej istotne lub celowe prowokacje ujawnia się za pomocą mediów. W ten sposób wyrabia się w Narodzie poczucie zaufania do środków masowej informacji. Jednocześnie ukrywa się fakty, które mogłyby zagrozić istnieniu Systemu.]

Może redaktorom GW skojarzyło się z Układem, albo, co gorsza, z afera Rywin-Michnik? To tłumaczyłoby nerwowa reakcję, ale nie tłumaczy dopatrzenia się tu elementów faszyzmu.

[Co oczywiście byłoby wielce niepożądane dla wszystkich prostytutek; mieniących się dziennikarzami - są oni przecież Systemu istotnym elementem.]

Zauważyliście, że GW nadspodziewanie nerwowo reaguje, gdy o pismakach mówi się per „córy nocy”? Cóż, ale nie wyciągajmy z tego fragmentu zbyt daleko idących wniosków.

Spróbujmy wyciągnąć faszyzm. Gdzie jest tu opisana gloryfikacja systemu rządów monopartii, nasycenia dyskursu publicznego ideologią statolatrii albo sugestie wykluczania ludzi poza grono obywateli, na podstawie identyfikacji etnicznej? Czy Piotr Farfał postuluje utworzenie policji politycznej, mianowanie urzędników państwowych wedle partyjnej nomenklatury, albo chociaż domaga się wprowadzenia cenzury prewencyjnej? Hm... może źle patrzę, ale nie widzę. Ba, powiem więcej, mam przekonanie graniczące z pewnością, że w powyższym fragmencie nie ma elementów wyróżniających faszyzm, jako ideologię polityczną.

Teraz pytanie brzmi: czy Kowalski i Szadzki też to wiedzą, tylko piszą jak dziennikarskie córy nocy, czy też już tak nasiąkli polipoprawną nowomową, że wierzą, iż niczym święty Jerzy ubijają gada faszyzmu? Bo zapewne w Szczerbcu sporo jest wątków faszyzujących, w technicznym tego słowa znaczeniu. Ale czemu redaktorzy GW za przykład wybrali ten konkretny, absurdalnie niefaszystowski fragment?

Od pewnego punktu na naszej pobożnej lewicy (czytaj: tzw. prawicy narodowej) istnieje prosta zależność, przy najmniej w oczach działaczy kanapowych partyjek: kto na lewo (hm... a czasem i na prawo) od Nas, ten Układ i bolszewik. Bardzo podobnie dzieje się po (oficjalnej) lewicy naszej sceny. Szczególnie dobitnie podkreśla myślenie GW: kto na prawo od Nas, ten faszysta. I co nam się nie podoba, to faszystowskie. Endecja – faszyzm, Franco – faszyzm, Kaczyński – faszyzm, becikowe – faszyzm, nie lubisz Balcerowicza – faszyzm, pomnik Dmowskiego – faszyzm, lustracja – faszyzm. Cóż, jednym się kojarzy wszystko z brunatnym, innym z gołymi babami (tudzież chłopami). Jakkolwiek by podobnych manii nie oceniać moralnie, kojarzenie z roznegliżowanymi przedstawicielami płci przeciwne jest chyba dużo przyjemniejsze, niż maniackie szukanie czarnych koszul pod każdą marynarką.

A to drugie jest bardzo groźne, acz od pewnego punktu nawet zabawne. Bo jeśli anty... co ja mówię, nawet ademokratyzm jest faszystowski, to co ma powiedzieć biedny „gauleiter” Geremek, który w przypływie szczerości stwierdził, że Polacy nie dorośli do demokracji? Jak będzie się tłumaczył „sonderfuhrer” Tusk, wzywający do nieposłuszeństwa demokratycznie wybranej władzy. Niby „fuhrer” Arystoteles (który w swojej „Polityce” bezlitośnie szkalował miłościwie panujący Nam system) jest już poza miażdżącą ręką naszej antifowej milicji, ale wszak „towarzyszka” Skarga powołuje się na niego w swych wykładach. Oj, podejrzana sprawa, bardzo podejrzana.

Środowisko Jasnogrodu w swej krucjacie przeciwko politycznym przeciwnikom, pali ich razem z logiką i naukowymi kategoriami. Pewnie postmodernistom to ryba, ale politpoprawność dokonała już takich szkód w nauce i edukacji, że pseudonaukowe teorie rasowe z miedzywojnia mogą się schować ze wstydem. Te mieszały jedynie w biologii i etyce. A promotorzy panfaszyzmu spekulatywnego mieszają we wszystkim.

I jak się dziwić, że w tej atmosferze nieznośnej lekkości prawdy i rzeczywistości, padają różne mity i stereotypy? GW z radością donosi, że delegacja ONRowców wyściskała się z Żydami na jakiejś konferencji z serii multi-kulti w Myślenicach. To nic, że dobre, przynajmniej od dziś, ONR jest bardziej radykalne niż NOP, do którego dawna przynależność ma kompromitować Farfała. To nic, że organizacja promująca tolerancje „Nigdy więcej” odmówiła uczestnictwa, z powodu... obecności na spotkaniu przedstawicieli narodowej lewicy. Ważne, że akurat z tego dziennikarz GW skroił miły artykuł.

W sumie nic dziwnego – wszystko jest względne.

niedziela, 25 czerwca 2006
Dziura

Żadne uroczystości, wieńce, czy przemowy nie zasłonią jednego, prostego faktu – istnieje w polskiej pamięci jakaś tajemnicza dziura, zasłaniająca znaczą część pamięci po ofiarach zbrodniczego systemu PRL.

W tych dnia wspominamy kila rocznic, głównie związanych z wystąpieniami robotników w Poznaniu 1956 oraz Radomiu, Ursusie i kilku innych miastach w czerwcu 1976. Co w związku z tym? Tak, są wieńce, przemowy i orędzia. Ale zabrakło czegoś ważnego, być może najważniejszego. Nie wskazano winnych. Odpowiedzialni za dawne zbrodnie do dziś ciesząc się, jeśli nie bezkrytycznym uwielbieniem, to niezasłużonym spokojem. Choć samo napiętnowanie zbrodniarzy nie powinno być istota obchodów, jest niezbędne. Jak inaczej podkreślić, że zarówno pięćdziesiąt, jak i trzydzieści lat temu stało się zło? Jak inaczej wyraźnie podkreślić, że opresyjny system socjalizmu brutalnie uciszył głosy niezadowolonych z ograniczania wolności? Tu nie chodzi o zwykła zemstę, nasycenie instynktu złości, ale o jednoznaczne potępienie sytemu, który musiał używać żołnierskich luf i milicyjnych pałek do podtrzymania swego istnienia.

Wiadomości TVP1 burknęły przy okazji o KOR’ze. O KOR’ze, ale już nie, dlaczego KOR powstał! To jakaś aberracja – wspominamy co przyjemne i miłe, a zaprzeczamy temu co trudne i bolesne. Czemu wiadomości nie poświęciły choćby minuty procesom 56 albo ścieżkom zdrowia?

Jeszcze salonowe elity (dużej części opromienione legendą grzecznej opozycji lat siedemdziesiątych, albo skrzętnie skrywających swoje hańbiące postawy z lat pięćdziesiątych), można zrozumieć – walczą o  hołdy składane sobie, albo walczą z pamięcią o swych mało chlubnych korzeniach. Ale czemu My – mówię w imieniu ludzi młodszych, nie pamiętających tamtych dni – nie domagamy się przypomnienia i rzetelnego upamiętnienia bohaterskich postaw z przeszłości? Tego nie da się w całości wytłumaczyć „hiperkombatynactwem” dawnych KORowców, czy niepoprawnością polityczną tego tematu. Nie da się w nieskończoność przywoływać propagandy Salonu, jako wymówki. Coś musi być w Nas, że nie domagamy się naświetlenia prawdy. Co? Nie wiem, ja tylko pytam.

Ale warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza w ten, obfitujący w rocznice, czas.

sobota, 24 czerwca 2006
Bogu świeczkę i diabłu ogarek
Bogu świeczkę i diabłu ogarek
piątek, 23 czerwca 2006
Popieram Zytę

Jakkolwiek się ta sytuacja skończy (ho, spiskowcy – szukać, kto traci na porządkach Gilowskiej w agencjach okołorządowych), pani premier powiedziała jedną rzecz, pod którą wszyscy powinniśmy się podpisać:

Ujawnienie teczek zlikwiduje lub choćby ograniczy możliwość szantażu i gierek politycznych.

I tyle.
Mam nadzieję, że pani Zycie uda się wyjaśnić te sprawę... dzięki jawności archiwów. Nie może być tak, że Pan i Władca – Adam M. ogląda sobie haki na wszystkich, a pani premier nie może się dowiedzieć, o co jest oskarżona.

RynszTOK tolenancji

Tok FM, około południa 23 VI. Goście: Irena Dzieżgowska, Florian Nowicki i jakąś młoda mudżahedinka rewolucji.

Nowicki używa wobec Giertycha określeń: Burak, nieuk, baran.
Młoda mudżahedinka: brzydki, głupawy.
Dzieżgowska przytakuje.
O rzucaniu do jeziora nie słuchałem nic, ale może to moja wina, bo nie słuchałem od początku.

Ha, chciałbym tylko przypomnieć, że w czasach nagonki na Narutowicza przynajmniej nikt się nie śmiał z wyglądu, czy umysłowości bohatera. Ale cóż, potęp drodzy państwo, postęp.
Nadzieja naszą matką

JE kardynał Dziwisz spotkał się dzisiaj z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. W połączeniu z niedawnymi rozmowami duchownego z państwowymi dostojnikami, kreśli to nowy obraz problemu autolustracji Kościoła. Nowy, bo ładniej malowany. Ale na ile pokazujący inną scenę?

Istnieją dwie możliwości interpretacji dzisiejszych wypowiedzi metropolity krakowskiego. Pierwsza (i tej powinni trzymać się wszyscy prawowierni, prawomyślni i posłuszni): Kardynał nie zmienił ani znaku ze swego zdania sprzed trzech tygodni, tylko doprecyzował, o co mu chodziło. Nigdy nie krępował ust księdzu Tadeuszowi, a kto tak to odebrał, mylił się. Wszak JE zaznaczał, że zależy mu na ujawnieniu prawdy i tylko prawdy, a więc z troską wysłał podwładnego na urlop, aby ten mógł przemyśleć technikę swego działania. Skrupulatne badania naukowe to to, co zawsze popierał arcybiskup. Pod koniec maja chciał jedynie, aby nerwowa atmosfera nieco opadła. Teraz można już robić dalej dobrą robotę, która sama zawsze była dobra. Amen.

Niestety, istnieje także alternatywne wytłumaczenie, które wciska się w kąty niepokornych umysłów ludzi małej wiary. Wedle niego, kardynał wysłał podwładnego na zieloną trawkę i sam postanowił obejrzeć puchnący wrzód. W IPNie albo dopadł go anty-kompleks Michnika (czyli: ja widziałem, więc wy tez zobaczcie. W wersji oryginalnej, michnikowej: ja widziałem, kumple widzieli, a ciemnemu ludowi wara!), albo krytyczna refleksja nad rzeczywistością: tego zatrzymać się nie da. Hierarcha mógł taktownie zejść z drogi rozsądzającej się lawinie, aby nie zostać przez nią zmieciony. Dalsze uciszanie księdza Tadeusza byłoby niezwykle kosztowne prestiżowo, a ewentualnie odtajnione brudy w bardzo dwuznacznym świetle postawiłyby kurię krakowską. Czasami łatwo pomylić gest uprzejmości z rozpaczliwym aikido. Ale nie wierzcie w to – to bardzo nieprawomyślne dociekania.

I co dalej? Na pewno cała kuria będzie działała wolniej i ostrożniej niż sam nowohucki kapelan. To oczywiste – instytucja ma swoją bezwładność, a na dodatek, nieokreśloną liczbę sabotażystów w środku. Ale ten gest (czy może unik) kardynała ułatwia zadanie bezczelnym badaczom i niepokornym duchownym w całej Polsce.

Bo niby jeszcze autorytety listy piszą, ale już w liczbie co najmniej skromnej. Giertycha w worze do jeziora chciało ładować ponad sto pięćdziesiąt tysięcy towarzyszy. Ale ładować się samemu z Czajkowskim w Styks kompromitacji potrafi już tylko półtorej sotni najwierniejszych pretorian Salonu. I to takich, którzy do stracenia mają już niewiele. Tysiąc razy mniej! W tym właśnie upatruję jakąś nadzieję.
 
1 , 2 , 3