Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
środa, 30 sierpnia 2006
Wałęsa sypie

Jak w tytule. Ale bynajmniej nie śmiałbym sugerować, że przed SB (no bo TW „Bolek” nie istniał, nie?), ale przed całym narodem. I to kogo... Kuronia!

O sprawie napisano już wszystko co trzeba, ba! znacznie więcej niż trzeba. Kilka godzin po zakończeniu druku Życia Warszawy, merytoryczna dyskusja zamieniła się w pyskówkę Salonu, skierowaną wobec wszystkich, którzy mieli taką idee fixe, aby dociekać prawdy. Ale nic to, jesteśmy przyzwyczajeni.

Za to pewną nowością jest postawa Lecha Wałęsy. Otóż pan prezydent, niedawno upomniany przez redaktora Michnika za samorzutną lustrację na Gunterze Grassie (zbrodnia!), pamiętny gorzkiej reprymendy (swoją drogą, ciekawe o jakich grzeszkach LW mówił wieszczu Adam M, tak groźnie, że prezydent od razu spokorniał...), wczoraj przegiął w drugą stronę, to znaczy wystawił bardzo kłopotliwą cenzurkę moralną. Już abstrahując od problemu, czy cenzurka moralna z nadania Lecha Wałęsy nie może być sama w sobie nieco kłopotliwa, chciałbym się przyjrzeć reakcji prezydenta na „rewelacje” o Jacku Kuroniu.

Użyłem cudzysłowu, bo dla każdego, kto bez dogmatów patrzy na historię najnowszą, jest oczywiste, że Jacek Kuroń był i opozycjonistą i politykiem, nie kryjącym swoich zamierzeń oraz ambicji, w dodatku... powiedzmy delikatnie... nie zawsze kompatybilnych z tym co nazywamy „antykomunizmem”. Może Waldemar Łysiak w „Salonie Kłamców” faktycznie wyraża swoje negatywne emocje wobec śp. Jacka Kuronia, ale te zarzuty nie wzięły się z powietrza, podobnie jak materiały z nowego numeru „Arcanów”.

Ale do rzeczy, do jest do „plusów ujemnych”. We wtorek rano huknęła wieść o rozmowach Jacka Kuronia z SB, prowadzonych pod przykrywką pozorowanych zatrzymań. O moralności takiego postępowania niech piszą ludzie starsi ode mnie, ja skupię się na reakcjach. Otóż zaraz odezwało się, jak na komendę, stado niezależnych umysłów, szybko eskalując nagonkę na pracowników IPNu i dziennikarzy, już nie do marcowych, ale iście stalinowskich manier. Dziś nawet pobite zostały kolejne rekordy prymitywizmu w debacie publicznej, a laur chamstwa i agresji przypadł ex aequo Adamowi Michnikowi (o IPNiażach: dranie) oraz Andrzejowi Celińskiemu (pozwolicie, ze nie przytoczę, co powiedział...). Ale do tego już przywykliśmy. Dużo lepsze jest wystąpienie Wałęsy.

Pan prezydent zaraz oświadczył, ze owszem, Kuroń rozmawiał, ale na polecenie Wałęsy (jak zwykle - w trzeciej osobie). Ta deklaracja, chyba w niezamierzony sposób, potwierdza najczarniejsze „łysiakowe” scenariusze przeszłości, tylko zmienia akcenty w hierarchii „przyjaciół ludzi honoru”. Ale możemy zawsze wsiąść poprawkę na wrodzoną skromność pana prezydenta.

Jednak po kilku następnych pohukiwaniach ze strony dość skonsternowanego Salonu, Lech Wałęsa zaczął edytować swą wersję wydarzeń, mówiąc, że paktował nie tylko Kuroń, ale też Michnik i inni... Był to unik, wykonany ze zgrabnością słonia, bo przez to pan Wałęsa zabrnął jeszcze głębiej w bagienko tematów zakazanych. Dziś chyba nawet zasugerował w rozpaczy, że i Kaczyńscy mieli negocjować z bezpieką, ale z tym to raczej przegiął, bo nie ma dowodów na jakiekolwiek (a zwłaszcza na przyjazdne) kontakty obecnie urzędującego prezydenta i premiera z SB, przynajmniej od czasu końca internowania.

Ot, wpadka godna freudowskiego skojarzenia totalniactwa Adama Michniaka z Adolfem H.

A więc Wałęsa sypie, na razie martwych i bezpiecznych, ale może kiedyś zacznie sypać i wciąż obecnych na tym łez padole. A wtedy to i cała PRL-bis się posypie, niezależnie od inwektyw Adama Michnika i fallicznych skojarzeń Andrzeja Celińskiego.

Ps.
A ten Lesiak to niezłe ziółko! Albo facet miał niesamowite szczęście, albo był służbowym lokajem kogoś na prawdę ważnego!

piątek, 25 sierpnia 2006
Dyplomacja kanonierek

Dyplomacją kanonierek nazywano kiedyś specyficzne działania państw silnych, zwłaszcza mocarstw kolonialnych, wobec słabszych partnerów i klientów. Takie zachowania obejmowały zazwyczaj niegroźne i z pozoru bezsensowne incydenty militarne, na przykład bezczelne wpłynięcie okrętem wojennym do cudzego portu, czy zatrzymanie statku handlowego na wodach międzynarodowych, bez powodu i uzasadnienia. Rzadko padał o tego rząd, rzadko zaczynało to wojnę. Po prostu mocarstwa chciały pokazać młodszym braciom w potencjale militarnym, kto jest tu wielkim bratem. A czemu o czym piszę dziś? Bo obserwujemy dwa przypadki „dyplomacji kanonierek” na własne oczy. Jeden w polityce zewnętrznej, a drugi – w wewnętrznej.

Lato rozleniwia wszystkich. Mnie (mało notek, artykuły są krótsze i mniej dopracowane), Was (mniej komentarzy), tak samo jak cały światek mediów. Bo w środku roku pewnie byśmy się gorączkowali podobnym spiętrzeniem sensacyjnych niesamowitości... A dziś? Ziewamy leniwie.

Incydent bałtycki w wykonaniu Kriegsmarine nie zapowiada wojny, to żadne w stęp do „Gliwic” czy innych historycznych powtórek. To test. RFN chciała sprawdzić, czy ma do czynienia z państwem poważnym, być może słabszym, ale znającym swoją godność, czy... hm... no z takim naszym, które wciąż się zastanawia, czy może odczuć oburzenie, czy też lepiej nie. To i tak pewien postęp z czasami minionymi, gdy rządziło Siedmiu Wspaniałych z MSZ’tu (niedawno tak subtelnie opisywanych przez ministra Macierewicza), na doczepkę z Władysławem Bartoszewskim, służącym jako żywa tarcza moralna. Za czasów Siódemki to prędzej kapitan polskiego promu płaciłby odszkodowania miłującej pokój Kriegsmarine, niż MSZ złożyłoby jakąkolwiek notę protestacyjną. Ale strona niemiecka zdawała sobie z tego dobrze sprawę, więc nawet nie wysyłała kanonierek. To  np. taką Hiszpanię z roku 1898 nieco wyżej w hierarchii potencjału politycznego, niż nas, w latach 1945-2005, bo Hiszpanie się przed Amerykanami choć próbowali bronić. Ale tak to już w pędzącym pociągu historii bywa, od kiedy po 4 VI 04 „zajęliśmy należna nam miejsce w Europie”. Na półce bagażowej? Cóż, lepiej tak niż nic – Ukraina stoi na korytarzu rosyjskiego wagonu.

Inne, interesujące nas incydenty co prawda nie zdarzyły się na morzu Bałtyckim, ale na morzu politycznym. Wystawa E. Stainbach czy pogróżki po pomyśle odebrania G. Grassowi honorowego obywatelstwa Gdańska to takie polityczne kanonierki, o bardzo małym tonażu, którym jednak udało się przerazić naszą admiralicję.

Ale coś z weselszych wieści – dyplomację kanonierek można stosować nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie! Do tego wniosku doszedł PIS, upokarzając nieoficjalny Volksfront III RP, dzięki czarom przy ordynacji samorządowej. Zastosował analogiczną taktykę – wybrał idiotyczny cel (blokowanie list nic nie zmieni, a nawet utrudni przejmowanie elektoratów Samoobrony i LPRu), po czym użył całej swej politycznej i administracyjnej siły, aby ów idee fixe (a może minister Gosiewski każe nam mówił „idee fax”?) przepchnąć. Udało się, i partia Panów Braci pokazała, że walczy z bandą krzykaczy i to coraz mniej skutecznych krzykaczy. Po drugie, PIS odniósł sukces, zbliżając Volksfront do ujawnienia dotychczas ukrywanego konkubinatu przeciwników czyszczenia państwa. Został złamany kolejny dogmat III RP – „Nasi zawsze hulać mogą // Lecz w piwnicy, pod podłogą.” A tak niedługo PO-SLaDki będą musiały wyjść z piwnicy i zakrzyknąć wstydliwie „niech nas zobaczą”. Pięknie. Tylko czy do tego trzeba było zmieniać ordynację i tworzyć śmieszną (nawet jak na polskie, i tak humorystyczne realia) komisję sejmową? Chyba w tej całej sytuacji jedynie Marek Jurek zachował się dzielnie i przeprowadził akcję w sposób spokojny, kulturalny i zdecydowany.

Magiczna data prawdziwej inauguracji IV RP, zbliża się. 30 IX zobaczymy, czy ten cały cyrk, przykrywający rozpaczliwe starania o wykopanie czerwonego chwastu znad Wisły uda się, czy nie. Powoli staję się coraz większym optymistą, przynajmniej w kwestiach wewnętrznych. Ale nawet jak się uda, to i tak świat demokratyczny będzie mógł przysłać tu więcej kanonierek i zażądać, aby ludzie pokroju Wspaniałej Siódemki dalej ministrowali w Polsce.

Słowo minister pochodzi od łacińskiego określenia sługi. W użyciu politycznym, jest ono bardzo nieprecyzyjne, bo nie mówi komu ów sługa służy. Czy MSZ, po 30 IX będzie Ministerstwem Spraw Zagranicznych, czy Ministerstwem Spraw Zagranicy, przekonamy się niedługo.

Póki co, trzymam kciuki, aby Bracia, tak subtelnie używając kanonierek na politycznych wodach śródlądowych, potrafili je dostrzegać także na morzu.

wtorek, 22 sierpnia 2006
Czekając na zmierzch bogów

Pisać dużo nie będę, bo wakacyjne obowiązki mnie przygnają, chciałbym jednak zwrócić Wam uwagę na bardzo zabawne podrygiwania Leszka „Wielkiego Mzimu” Balcerowicza na temat komisji ds. Leszka „Wielkiego Mzimu” Balcerowicza i Hanny Gronkiewicz-Walz, zwanej także (nie wiedzieć czemu) komisją bankową.

O ile z samej komisji zaradzało mi się (jak wyżej) delikatnie podśmiewać i wskazywać absolutnie nieprzygotowanie zgromadzonych w  niej posłów do pracy odchwaszczania świata polskiego systemu bankowego, to w ostatnich dniach prof. L „WM” Balcerowicz usiłuje przekonać mnie, ze się mylę. Jak mnie przekonuje? Ano, bardzo prosto: boi się.

Reakcje Balcerowicza są tak paniczne i tak chamskie (inwektywy pod adresem członków komisji przekraczają znacznie arsenał Leppera pod względem omawianego tu profesora), że sugerują skrajną desperację ojca Polskiej Trzeciej Drogi. Frazesy o obronie demokracji (może już LB zorientował się że chęć poddania pod demokratyczną kontrolę instytucji z gruntu niedemokratycznej nie można tłumaczyć wymogami ludowładczego reżimu?) zeszły na drugi plan, a w wypowiedziach Wielkiego Mzimu zaczął pojawiać się mityczny Układ i spiski. Krótko mówiąc, skoro Balcerowicz mówi Kaczyńskim, mamy do czynienia albo z polityczną metanoją, albo politycznym delirium tremens. Profesor jeszcze chwyta się za kostki prawniczych autorytetów, ale robi to już jakby bez nadziei na sukces, o czym świadczy zupełnie niedopracowanie retoryczne argumentów.

No bo przyznajcie sami: Na okazję zastrzeżeń co do ustawy, powołującej komisję śledczą, Balcerowicz twierdzi, że pogarda posłów wobec polskich autorytetów prawnych oznacza pogardę wobec prawa. Ja uważam, ze pogarda wobec polskich autorytetów prawnych oznacza pogardę wobec polskich autorytetów prawnych, a każdy następny wniosek, płynący z tej przesłanki, trzeba solidnie argumentować. Bo to, że PIS, tak jak znaczna część społeczeństwa, uważa sporą grupę prawniczej profesury godną bandziorów, których owa profesura broni, nie jest odkryciem rewelacyjnym i nijak nie wiąże się z bankami.

Ale Balcerowicz się broni, nieudolnie i panicznie, a mimo to wciąż tkwi na cokole, w uwielbieniu licznych wyznawców. Czemu? Czemu wciąż tak się dzieje? Moja teoria brzmi: z rozpędu. W kronice Sasa Gramatyka, opisującej m.in. postępy chrześcijaństwa w Rugii, znajduję się piękny opis niszczenia pogańskiej świątyni słowiańskiej przez ludzi chrześcijańskiego wielmoży. Otóż władyka kazał swoim ludziom obalić posąg (bodaj Świętowida), ale solennie przestrzegał ich, aby byli ostrożni. Jeśli spadający posąg zabiłby kogoś z obrazoburców, gawiedź pogańska mogłaby to potraktować, jako przejaw mocy bożka. Wnikliwy i złośliwy czytelnik mógłby nawet podejrzewać, iż sam wielmoża czuł niejaki strach przed zniszczeniem bałwana i dopuszczał do siebie myśl, że bożek z cokołu zejdzie i zaprowadzi dawny porządek. Chyba podobne odruchy wykazuje ekipa posła Zawiszy, która na głos mówi o świętej krowie, ale zachowuje się, jakby miął przed sobą wierzgającego byka.

Ech... chyba każdy zmierzch bogów musi potrwać.

piątek, 18 sierpnia 2006
Schadenfreude
LUDZIE KOCHANI, CZY WY WIDZICIE TO CO JA?!
wtorek, 15 sierpnia 2006
Litości!

[Do ochrony wartości, takich jak życie, praca, prawda, sprawiedliwość, małżeństwo, miłość i rodzina, wezwał we wtorek na Jasnej Górze prymas Polski kard. Józef Glemp.]

Tak, wiem, że kazania biskupie nie powinny być przedmiotem analizy politycznej. Ale czasem trzeba. Wiem, że niebezpiecznie w egzegezie opierać się na notkach prasowych. Ale pełnego tekstu nie mam (za to wszelkie notki są ze sobą zgodne, więc albo mówią prawdę, albo wszyscy przepisami od biednego PAPisty, który się pomylił). Wiem, że nie znam się na teologii. Ale pewien metafizyczny instynkt samozachowawczy posiadam.

No dobrze, do rzeczy.

JE Józef Glemp wygłosił na Jasnej Górze kazanie, w którym wspomniał w ważnych dla chrześcijan wartościach. Miały być to (kolejność PAPowska): życie, praca, prawda, sprawiedliwość, małżeństwo, miłość i rodzina. Trochę może razić pewne zmieszanie kategorii, bo o ile życia, prawda, miłość i sprawiedliwość są samodzielnymi wartościami, a także cechami samego Boga, to rodzina stanowi niezwykle ważną, ale jednak pochodną owych pryncypiów. Ale to nic w porównaniu z obecnością Czerwonego Partyzanta w owej grupce: pracy.

Jaką wartość, z punkty widzenia teologii chrześcijańskiej, stanowi praca? Ano, z tego co pamiętam, żadną. Co prawda święty Paweł daje swoim uczniom piękną alternatywę: [Kto nie pracuje, ten niech i nie je.], ale nie wartościuje obydwu dróg egzystencji, tym bardziej, że „nie samym chlebem żyje człowiek”.

Czy więc wrzucenie do wora wartości chrześcijańskich pracy, to nowatorstwo teologiczne JE? Mam nadzieję, że nie. Bo to by oznaczało, iż JE uważa prace za równorzędne dobro wobec prawdy, czy miłości. To z kolei by sugerowało, że w życiu przyszłym cnotliwi ludzie zostaną obdarzeni dostatkiem owych niebieskich pryncypiów moralnych, tu symbolizowanych przez, powiedzmy: słońce, serce i łopatę. Ja osobiście, wieczności wypełnionej pracą nie życzyłbym nawet moim ulubieńcom z tzw. „Kościoła Otwartego”, więc zakładam, że JE także nikomu tego nie życzy. A więc po co wsadził tą wartość dżulową do swej homilii?

Ano, niestety sądzę, że z powodu wszechobecnego parcia lewackiej nowomowy i klisz myślowych na każdy przejaw myśli ludzkiej. Kościół, w walce z socjalizmem, używał w swym nauczaniu wielu elementów spod znaku św. Józefa. Niestety, bardzo to się wielu pasterzom Owczarni spodobało i chyba troszkę się zagalopowali w wychwalaniu potu ludu pracującego. I jak nawet papież nie jest nieomylny w sprawach adogmatyczych, tak może i prymas wypuścić spod paliusza podobnego lewackiego potworka – zdarza się każdemu. Tylko szkoda, że zdarzyło się na oczach (uszach) tysięcy słuchaczy w ważne święto religijne i państwowe.

Wszystkim, także zakażonym lewomyśleniem, aby dostąpili takiego zbawienia, które nie wymaga późniejszego machania łopata.

niedziela, 13 sierpnia 2006
Szatany na cenzurowanym

Ponieważ temat ten przemknął jak kometa, nierecenzowany na blogach, a nie jestem pewien, czy coś na ten temat nie skrobnąć warto, skrobnę ja.

Otóż kilka dni temu, władze Warszawy odwołały kolejną edycję festiwalu muzyki ekstremalnej „Black Metal Festival”, który miał odbyć się dzisiaj. Jest to cykliczna impreza koncertowa, skupiająca zespoły grające muzykę klasy black-metal. Ponieważ, choć publicznie jestem konserwatystą, to prywatnie uważam się za konesera tego typu wycia, chciałbym wtrącić swoje trzy grosze na ów temat.

Otóż, sprawę koncertu podniósł Ogólnopolski Komitet Obrony Przed Sektami, organizacja bliżej mi nieznana, ale zapewne posiadająca kupę dobrych chęci i niewiele wiedzy na temat muzyki o której mowa. W sprawę miał się zaangażować ponoć sam Kaziemierz Wielki, który skutecznie korzysta z narzędzi władzy do rozpoczęcia kampanii wyborczej. Ja mu źle nie życzę (no chyba, że w wyborach na prezia Wawy wystartuje Michalkiewicz...), ale zastanawiam się, czy numer z koncertem nie powinien być pewnym dzwonkiem ostrzegającym przed uśmiechniętym Marcinkiewiczem.

Do rzeczy: generalnie muzyka black-metalowa jest zdominowana przez przekaz antychrześcijański, wyrażany różnie: przez afirmację kultów pogańskich, teksty okultystyczne bądź skrajnie nihilistyczne przesłanie twórczości. Znając dorobek gwiazd niedoszłego koncertu: Mayhem, Marduk i Impaled Nazarene (choć nie są to moi idole, dość dobrze znam te zespoły) bynajmniej nie odbiega od ogólno blackmetalowego szablonu, a (nie)sławny Mayhem jest poniekąd symbolem ideologii związanej z tym gatunkiem muzycznym (grupa wokół której powstał słynny „Black Circle” na początku lat dziewięćdziesiątych). Marduk ma na koncie poważny proces o bluźnierczą okładkę (nie będę opisywał, ale uwierzcie na słowo – to faktycznie była obraza sacrum oraz uczuć religijnych), a gdyby teksty Impaled Nazarene (hm... sama nazwa też nie brzmi dobrze...) potraktować poważnie, to należałoby członkom zespołu wlepić po dychu za ekscesy seksualne. Krótko mówiąc – dzieci chronić, siebie też radzę chronić, dla spokoju sumienia.

Tylko w jaki sposób chronić? Festiwal miał się odbyć klubie „Proxima”, we wnętrzu (żaden „open air”!), materiały promocyjne zawierały umiarkowaną dawkę plugastw, a odzew tego typu koncertów poza środowiskiem metalowców jest raczej mizerny. Mimo to, miasto (a więc administracja) wkroczyło i przepędziło odziane w skóry towarzystwo. Nie odbyło się to z powodu konkretnego paragrafu, ale tzw. „woli politycznej”, która demokratyczni politycy wykazują przed wyborami nadmiar. Ponieważ Volenti non fit iniuria - chcącemu nie dziej się krzywda, to decyzja urzędasów nie chroniła odzianej w skóry młodzi, ale interesy polityczne. Po prostu Kazimierz Wielki skalkulował, że black-metalu słucha może 0.5% mieszkańców Warszawy, a na hasło „profanacja” (które jest nie prawidłowe, bo nie dochodzi do zgorszenia publicznego) zareagować może z 50% Warszawiaków, w tym z 5% fanatycznie pozytywnie. W demokracji nie liczy się człowiek, tylko statystyka.

Ja to przeboleję, blackowcy również. Posłuchamy sobie innych plugastw w domowym zaciszu. Tylko jedno mam pytanie: co się stanie, jeśli do władzy dojdzie legion siepaczy politpoprawności i „wartości europejskich”, który zacznie z tak samo traktować np. mszę święta. Precedens będzie – zamykanie sprośnych widowisk. A przypominam, że w USA na okazję premiery „Pasji”, odezwały się oświecone głosy, mówiące że Chrystus jest niecenzuralny, bo krwawi.

I ten oto problem pozostawiam Wam pod rozwagę.

(Tekst pisany w czasie słuchania generalnie obrzydliwego, blackmetalowego i bluźnierczego zespołu „Samael”, płyty „Black Ritual”)

piątek, 11 sierpnia 2006
Ogniem i papierkiem

Zapewne większość z Was nie poddaje się ogólnomedialnej panice terrorystycznej i nie śledzi kolejnych rewelacji na temat szukania bomby bidonach podróżnych z Heathrow. Ja z początku zupełnie zlekceważyłem sprawę – ot, odpowiednie służby wykonały swoją robotę, a domniemany wróg ani jest nowy, ani nowatorski. Nikt nie zginął. Czym się więc przejmować?

Ale trzeba się przejąć wydarzeniami Londyńskimi, bo... terroryści odnieśli sukces! Może nie militarny, nikogo nie ubili, nie zniszczyli żadnego budynku. Ale wygrali na polu, gdzie (niestety!) już wcześniej im szło nieźle. Zadali cios Wolności.

Do kabin samolotów amerykańskich i brytyjskich linii lotniczych nie wolno wnieść niemal niczego, przynajmniej niczego, o czym by nie wiedziała miejscowa placówka Wielki Brata. Pasażerowie są przeszukiwani, upokarzani i traktowani jak przestępcy. I to wszystko sprawił ów „nieudany zamach” i podobne wydarzenia w przeszłości. Ci terroryści zaatakowali bronią bakteriologiczną – podrażnili dżumę państwa nadopiekuńczego do dalszego wzrostu. I te straty – policjant zaglądający do damskich torebek, czy próbujący napoje z bidonów, są, powiem brutalnie, znacznie dotkliwsze, niż śmierć nawet setki ludzi. Bo ludzie zginęliby raz, smutne to, ale i ostateczne. A rana zadana naszej cywilizacji (a taką raną jest ograniczanie Wolności) będzie krwawić do samego końca – wojny, albo Europy.

W zamachu na PRAWDZIWE WARTOŚCI EUROPEJSKIE (bo zakaz mówienia o karze śmierci nie kojarzy mi się z Europa, a z Koreą Północną) ramię w ramię idą barbarzyńcy z poza naszej cywilizacji (inspiratorzy z fanatycznego Wschodu) oraz ci z wewnątrz. Są to zarówno fundamentaliści, dzieci społeczeństw „multikulti” oraz tolerancji jak i urzędnicza szarańcza, która poprawia zadane na odlew, niecelne ciosy, zamieniając je na prawdziwie bolesne rany.

Trawestując Orwell’a, niedługo już nie tylko mówienie prawdy będzie aktem kontrewolucyjnym. Może stać się nim picie soku w samolocie, albo noszenie metalowych przedmiotów w budynkach użyteczności publicznej. Zaprawdę, wojna z barbarzyństwem toczy się na naszym własnym podwórku. Nasze ukochane władze z radością wspomagają islamskich radykałów.

środa, 09 sierpnia 2006
Bóg Kubie?

Pomarzyć można. Niech i pomarzę.

Kubański kołchoz dożywa swych dni. Nie upadki dziś, ani jutro, zapewne przetrwa do nowego roku i jeszcze dłużej. Ale kryzys wokół chorego Fidela pokazał jedną słabość ichniego reżimu – otóż „fidelocentryzm”. Czerwoni nie mogą przejąć władzy po Castro w sposób naturalny. Sukcesja zawsze była problemem niegelitymizowalnych systemów, ale w systemach zbudowanych na piachu przez genialnego demiurga (nawet jeśli jest to geniusz socjalistycznej prowizorki, jak Fidel), który nie pozostawił wyraźnego następcy, zmiana ekipy to w praktyce nowa rewolucja. Warianty zasadniczo są trzy: Demo-heroiczny (z Florydy wracają emigranci w towarzystwie jankeskich Marines i przynoszą żagiew demokracji... acz niewiele więcej.), Demo-pragmatyczny (jakiś ichni „Okrągły stół” i tamtejszy Kwaśniewski, czy inny Kuczma u żłobu), albo siłowy (kubańska generalicja jednak się dogaduje i przejmuje stery). W pierwszym z nich komuna kończy się w polityce i ciut luzuje się w gospodarce, w drugim tak samo, acz nieznacznie luzuje się w obydwu dziedzinach. W trzecim wszystko jest możliwe, włącznie z „Bożą Monarchią” i pociotkiem Habsburgów na tronie, ale miłe memu sercu scenariusze wydają się mało prawdopodobne.

Ale załóżmy optymistycznie – do władzy dochodzi rozsądna klika wojskowych, pamiętająca prostą receptę Pinocheta – Ludzie są wdzięczni KAŻEJ władzy za dobrobyt i porządek. Tak więc: liberalizacja rynku, szokowa terapia odwykowa po socjalizmie i wojskowy dryl, przydatny w niepewnych czasach chaosu. Jeśli taki stan utrzymałby się kilka lat, to Kuba mogłaby nadrobić choć cześć dystansu cywilizacyjnego do bogatego „Wielkiego Brata”. Wiem, nie jestem marzycielem – ustrój autorytarny, a nietotalitarny nie wytrwa długo przy brzegu USA. Ale zanim do Hawany przybędzie demokracja z nieodłączną recydywą zabójczego szczególnie dla biedaków, socjalizmu, jest szansa na nagromadzenie choć ciupki kapitału, do przehulania na zakrętach „Trzeciej Drogi”.

Czego dyskretnie Kubie życzę.

piątek, 04 sierpnia 2006
Czekając na Ariusza

Dzisiejsza Rzepa zamieściła pasjonujące badania, porównujące wiarę Polaków, Amerykanów, Austriaków i Niemców. Redakcja dodała do tego nawet jakiś krótki tekst analityczny, jednak zajęła się tylko porównaniem. A według mnie to analiza jedynie naszych wyników, jest godna nie tyle krótkiej notki, co grubych tomiszcz opracowań socjo-teologicznych.

Podsumujmy, w co wierzą Polacy:

94% wierzy w Boga.

88% wierzy, że Chrystus zmartwychwstał.

84% wierzy, że istnieje niebo.

65% wierzy, że istnieje piekło.

64% wierzy w cuda.

62% wierzy w anioły.

57% (sic!) wierzy w życie po śmierci.

47% wierzy w duchy.

41% (sic!) wierzy w diabła.

28% (sic!!!) wierzy w reinkarnację.

Skądinąd wiemy, iż 94% naszych rodaków deklaruje się jako katolicy, bądź jako katolicy niepraktykujący.

Co z tego wynika? Ano, następujące dane:

6% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w zmartwychwstanie, czyli podstawową prawdę katolicyzmu (i chrześcijaństwa w ogóle – sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

10% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w istnienie nieba, do którego pielgrzymka jest celem wspólnoty Kościoła (sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

29% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w piekło, przed którym Kościół stara się ich ustrzec (sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

31% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w cuda, które opisują np. ewangelie.

33% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w anioły, od których roi się na kartach Pisma Świętego.

41% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w życie po śmierci. Krótko mówiąc, wierzą, że niby Jezus ich zbawia, ale żadnych wymiernych profitów z tego nie mają, skoro i tak „śmierć to sen wieczny”.

53% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w diabła (którego wyrzeka się przy ponawianiu przysięgi chrztu świętego!)

22% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale wierzy w reinkarnacje. Statystycznie rzecz biorąc, co najmniej 2% z tych, wierzą w reinkarnacje, jednocześnie wierzą w istnienie nieba.

Często słyszałem narzekania historyków religii, że Polska nie doczekała się żadnej porządnej herezji własnego chowu. Osobiście sądzę, ze doczekała się całej masy, acz nie znalazł się żaden utalentowany herezjarcha, który by te metafizyczne sprzeczności i brednie zebrał w kupę i zarejestrował w urzędzie. Aż dziwne – mamy nad Wisła tylu nudzących się intelektualistów, którym z logiką i intelektem wyraźnie nie po drodze. Czemu żaden z nich nie podjąłby się arkuszerii nowego eklektycznego kultu, zwiastowanego przez absurdalne wyniki ankiety Rzepy?

Wiek dwudziesty był wiekiem zabobonów. Po wyproszeniu z życia politycznego i intelektualnego Boga, zaległy się na jego miejscu potwory społecznych psychoz, recydywa szamaństwa i barbarzyństwa. Ale przede wszystkim, znikła ta klasyczno-tomistyczna jasność metafizyki, jednoznaczność wiary i przekonań. Teraz można wierzyć i w niebo i reinkarnacje, a ankieter posłusznie zapisze taki wynik, jakby nigdy nic. Chyba to jest ostateczne zwycięstwo demokracji, bo właśnie zawędrowała na Olimp.

Teraz czekamy już tylko na jakiegoś postmodernistycznego Ariusza, co by ten urodzaj absurdów uporządkował i opublikował w dodatkach do „Gazety Wyborczej”.

czwartek, 03 sierpnia 2006
Europejskie Wartości

No proszę...

Zespół redakcyjny Katechizmu Kulturalnego Konserwatysty chciałby zapewnić szanownych dziennikarzy „Wriemii Nowostiej”, że jedynymi, powszechnie przestrzeganymi na terenie UE wartościami, które można uznać za europejskie, są wartości jednostek z układu SI.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20