Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
poniedziałek, 13 listopada 2006
Dwa święta

W miniony łikend obchodziliśmy dwa święta: 11 XI narodowe, 88 rocznicę odzyskania niepodległości, zaś 12 XI demokratyczne, jakim są podobno każde wybory. Jak zapewne się domyślacie, znacznie bardziej uroczyście celebrowałem to pierwsze – czcząc polską flagę, a nie kartkę wyborczą.

Obchody 11 XI były dla mnie może niezbyt huczne, ale treściwe. Udałem się na „spacer pamięci”, prowadząc po ważnych historycznie miejscach Warszawy bratanicę i bratanka. Dzieciaki (8 i 10 lat) dopiero poznają zarys dziejów ojczyzny. Uznałem, że oprócz szkolnych faktów z kostycznych podręczników, przydałoby się im umieszczenie tych dziejów w przestrzeni, choćby najesz najbliższej, stołecznej. Zwiedziliśmy Cytadelę, gdzie powiedziałem kilka słów o co znaczniejszych „gościach” tego przybytku. Potem, przez stare miasto, udaliśmy się na Plac Piłsudskiego, na zmianę wart i obejrzeć pomnik Marszałka. Nie wnikając w postawę polityczną gospodarza placu, bez zająknienia, ja – prawicowiec, powiedziałem, czemu każdy Polak powinien pamiętać o tym wybitnym przedstawicielu lewicy. Może kiedyś indziej porozmawiamy o kontrowersjach wokół Piłsudskiego – na razie były Legiony i była Kasztanka.

Nie odmówiłem sobie przyjemności pokazania im także pomnika prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nie ten dzień? Nie te klimaty? A czemu nie – jakkolwiek zamordystyczny będzie nadwiślański rozdział Kościoła od państwa, żadna ustawa nie zaprzeczy prostemu faktowi – jeden z największych patriotów dwudziestego wieku nosił sutannę. I trzeba o tym pamiętać.

A na koniec pojechaliśmy na plac na Rozdrożu. Wreszcie, mieliśmy gdzie jechać, aby porozmawiać o Dmowskim. Wstyd mi było tłumaczyć, co oznaczają różowe plamy na i obok rzeźby, ale oni przyjęli to ze zrozumieniem. Wiedzą, że nie wszyscy ludzie rozumieją swoją historię.

Aha, jeszcze jedno: na żywo pomnik wygląda znacznie lepiej niż na zdjęciach. Kto jeszcze nie był, polecam – to naprawdę dobra robota.

A jak obchodziłem święto demokracji? Urzędowo – głos oddałem. Nie znam jeszcze wyników niższego szczebla, a rezultat JKM widzieliście sami... jakoś nie mam powodu do triumfu, bo w sumie niezależnie, kto siedzi w naszej protezie samorządowej, wszelkie zmiany na lepsze muszą się zacząć od pogonienia reszty hołoty na górze.

W niedziel było mokro, zimno i smutno, co chyba dobrze oddawało niemal absolutną obojętność wyborców wobec wyborów. O ile w sobotę czułem autentyczną świadomość narodowej wspólnoty ludzi stających pod pomnikami i zwiedzających muzea, tak dzień później nie stwierdziłem nic analogicznego, jeśli chodzi o wspólnotę obywatelską. Ot, wybory. Mnie to nie dziwi, ani nie martwi, ale akolitów systemu demokratycznego powinno. Patrzcie tylko – ciemny lud czuje się narodem, ale nie czuje się świadomym elektoratem. Chyba musicie pogonić swoich inżynierów dusz, aby coś z tym zrobili.

Więc na prawdę obchodziłem w tych dniach tylko jedno święto – narodowe. Jego smak został trochę zatruty przez tych prymitywów od zbezczeszczenia pomnika Dmowskiego, ale pocieszam się prostą myślą:

Zapewne ci mudżahedini, którzy to zrobili, nie identyfikujący się ani z demokratycznym społeczeństwem, ani z narodem, nie mieli żadnego święta. I dobrze im tak.

poniedziałek, 06 listopada 2006
Okopy Świętej Trójcy

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na wywiad przewodniczącego Safjana, udzielony niedawno Jarosławiowi Kurskiemu z GW. Niby tekst standartowy: długawy, nudnawy, okraszony zwykła dawką ujadań pod kątem rządu. No dobrze, może nieco lepszy niż zwykłe filipiki kaczofobiczne, bo jednak prof. Safjan jest człowiekiem gładkim i wygadanym. Ale nie o elokwencji dziś piszę.

[JK: Porozmawiajmy więc o kulturze prawnej w IV RP?

MS: Proszę Pana, jestem prezesem Trybunału, który stoi na straży konstytucji. Konstytucja stanowi w preambule, że jesteśmy III Rzecząpospolitą. I dopóki nie będzie zmieniona konstytucja, a wierzę, że nie będzie - zabraniam mówienia: IV Rzeczpospolita. To jest nieuprawniona nazwa.]

Czy to tylko troska prawnika o utrzymanie kultury logicznej i szanowanie stanu prawnego? Pozwolicie, że nie uwierzę. To raczej dość rozpaczliwa deklaracja przedstawiciela sprawy przegrywającej. Obóz III RP zaczyna już powoli zdawać sobie sprawę, że przegrał, jeśli nie wojnę, to wiele poważnych bitew. I myśli już o obronie na szańcach obecnego systemu prawnego. Konstytucja Październikowa (sic!) - bo 17 X 97 zaczęła obowiązywać - wielki i bełkotliwy potwór legislacyjny, który w dodatku po Anschlussie stracił status podstawy prawnej na terenie RP (vide: sprawa UNA), jest i pozostanie jednak ważnym regulatorem życia politycznego nad Wisłą. Ponieważ niepisana konstytucja Trzeciej i Najjaśniejszej, to jest: umowy Okrągłego Stołu, coraz częściej są podważane, siłą rzeczy Konstytucja Październikowa, jako nieodrodna córka tzw. Polski Kuronia (wybaczcie, ten termin popularyzują raczej środowiska lewackie, ale pozwalam sobie przywołać osobę Wielkiego Negocjatora w charakterze symbolu) staje się formalną linia oporu Ancient Regime.

I obóz III RP będzie bronił nienaruszalności Październikówki – każde poważne zmiany skrytykuje z oczywistych względów, ale i drobne poprawki, w stylu JOWów, musi blokować jak Rejtan rozbiory. Nie ma innego wyjścia – już niedługo krzywa litera naszego prawa będzie ostatnią zaporą przed dziczą IV RP, a prof. Safjan i inni rycerze Dawnego Porządku będą stać nad tekstem nieważnej już w praktyce ustawy, jak arystokraci w okopach Świętej Trójcy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: raz, że wreszcie zrozumieją, jak czuli się konserwatyści, żyjąc w piekiełku III RP. Dwa, że może wreszcie ci profesorowie prawa zaczną szanować prawo, czym nie wyróżniali się w ostatnich kilkunastu latach.

Póki co, zaczną wielbić złe prawo, ale nie od razu zbudowano Kraków

niedziela, 08 października 2006
Nie płakałem 2

Proszę państwa, oto Lear;) (zdjęcie za: gazeta.pl)


A poniżej krótki aneks do wczorajszej notki.

Dziękuję wszystkim, którzy wczoraj postanowili być obecni. Choć dłużej rozmawiałem tylko z but13’em oraz Ckwadratem (ps. dziękuję za zdjęcie), czułem jakbyście byli obecni na wiecach licznie. Zapewne w tłumie pod Pałacem (a kto wie, może i na Placu Zamkowym;) minąłem się z kimś z Was. A więc teraz, choćby wirtualnie, podaję Wam Prawicę.

Nie wspomniałem na temat wywiadu na e-lama.pl, bo przemiła dziennik@rka nie miała ładnego wozu transmisyjnego, ani postesbeckiech sponsorów, więc w naszej rzeczywistości, nie uchodzi, niestety, za autorytet medialny. Ale jeszcze przyjdzie czas.

UPRewców na wiecu widziałem, ale nie pisałem o nich wczoraj, wiedząc, ze wielu z Nas, liberałów, przeżywało ciężkie chwile, słysząc o „Solidarnym Państwie”. Jednak skoro „konferederatki” powiewały nawet w „Wiadomościach”, to wobec tej dekonspiracji oświadczam wszem i wobec, że
Wolnorynkowcy znad Wisły po stokroć wolą lewicę pobożną od bezbożnej, bo w przypadku tej pierwszej szczerze liczą na liberalne nawrócenie:)

A Olgierda pocieszam – nie piłeś aż tyle, szanowny Przyjacielu, ale to autokorekta mojego Word’a okazała się nadgorliwa i RP maniakalnie popoprawiała na PR (zapewne od Public Relations). Link wpisu z literówką pozostawiłem, aby nie tracić waszych komentarzy.
Skonfudowanych serdecznie przepraszam.

Ps.
Inne relacje:

Do kwadratu

Foxmulder



sobota, 07 października 2006
Nie płakałem po III RP
Nie płakałem po III RP
[Albo: nie płakałem P.O. III RP, jak kto woli]
Pod takim hasłem byłem dziś na kilku manifach. Dodajmy: bardzo różnych manifach, ale na każdej z nich prezentowałem właśnie to hasło. Oto moje refleksje z wiecowej soboty:

12 – Filtrowa, redakcja Gazety Polskiej.
Zgromadzenie kameralne, może trochę więcej niż 100 osób. Rozdaje moje plansze [Dalej Bracia – Róbcie Swoje], [92 ≠06] oraz [Stop Histerii]. Sam stoję z [Nie płakałem po III RP]. Zgromadzenie rusza w kierunku centrum, rozdając po drodze archiwalne egzemplarze „Gapy”. Miła atmosfera wzbudza zainteresowanie wśród mijanych Warszawiaków. Szkoda, że nie wśród dziennikarzy.

13 – Północna ściana PKiN.
Wiec PIS. Ludzi dużo (wydaje mi się, że więcej niż sugerowane w mediach 8 000, ale być może to złudzenie, spowodowane przestrzennym rozłożeniem wiecu (przeszkody w postaci fontann i trawników). Mówi Michał Kamiński, jak na Michała Kamińskiego, całkiem zgrabnie. Ważne: od razu pozdrawia akolitów PO i zapewnia, że nagonki nienawiści to działka TVN et consortes, a nie zwolenników IV RP. Ludzi dużo, co ciekawe, bardzo różnych. Są nawet delegacje LPRu i Samoobrony. Czy Andrzej wie? Ale nie ważne – zaskakuje rozrzut geograficzny demonstrantów i determinacja niektórych. Po plakacie zostałem rozpoznany przez czytelniczkę KKK, mieszkającą ... w Trójmieście! A z tego co obwieszczał Kamiński, nie był to jeszcze rekord, jeśli chodzi o przebytą odległość. Ludzie weseli, rozluźnienie. Żadnych wrogich okrzyków, mój plakat budzi szczery uśmiech i oklaski aprobaty dla hasła. Trochę gorzej robi się, kiedy na scenę wkracza „Oprawa Artystyczna”. Ponieważ moje uszy są wydelikacone na subtelnych dźwiękach black-metalu, opuszczam miłe zgromadzenie i idę dalej w Miasto.

13:30 – Świętokrzyska; mijam „Marsz Białej Róży”.
Głośny, hałaśliwy, ale w sumie spokojny przemarsz sympatyków LPRu. Mój plakat budzi radosne komentarze, przecinam ich trasę i idę dalej.

Ok. 13:45 – jakieś śmieszne lewactwo robi kontrmanifę wobec PO (sic!).
Krzyczą, że protestują przeciw „Lokajowi Rydzyka – Kaczyńskiemu i kato-faszyscie Niesiołowskiemu”. Kiwam głową ze współczuciem – brak wykształcenia medycznego nie pozwala mi udzielić pomocy.

Ok. 13:50 – „Błękitny Marsz” PO, plac Zamkowy.
Zapowiadane przez Tuska „Miliony Polaków” liczą ok. 10 000 ludzi. Nastrój raczej niezobowiązujący, ale jednak czuć pokłady złości – w końcu to manifestacja „przeciw” a nie „za” i to widać na pierwszy rzut oka. „Oprawa Artystyczna” równie przebojowa, ale na szczęście, już kończą. Dużo karnych młodzieżówek z różnych stron P.O.lski. Dziura pokoleniowa: gimnazjum/liceum/studenci a potem to już wiek senatorski. Nie wiem dlaczego.
Chodzę z plakatem ok. 30 minut. Reakcje różne, głównie obojętność. Ale jest też śmiech, zaciekawienie, nawet życzliwe komentarze. Oczywiście, sporo docinków, ale rzadko kiedy na prawdę niegrzecznych. Kilka gróźb karalnych, jedna próba zniszczenia planszy. Ale optymistycznie zakładam, że w takiej masówce element mniej kulturalny statystycznie trafić się musi. Aha, jestem atrakcją turystyczną, wszyscy chcieli mieć ze mną zdjęcie. Nie jestem jednak pewien, czy wszyscy czytali wpierw treść mojego napisu. Zauważam lekki analfabetyzm polityczny, zapewne spowodowany nadmiarem upajających haseł – ludzie uśmiechają się i machają, a dopiero kiedy dochodzi szmer, tych którzy jednak czytają mój plakat, akolici Ancient Regime milkną.

Media:
Kilka słów Karnowskiegu (temu z TVP) pod Pałacem. Krótki wywiad z Tok-FM’owcem na Placu Zamkowym. Ktokolwiek widział/słyszał, ktokolwiek wie, niech się odezwie, czy i kiedy wyemitowano.

Hymn Polski:
Znacznie lepiej poszło PISowi, widać pomnemu wpadki premiera – pod Pałacem ludzie głośno śpiewali, ale podkład muzyczny był, w razie czego, w tle obecny.

To tyle na dzisiaj – zapewne jeszcze opiszę dzień dzisiejszy dokładniej. Ale na spokojnie.
czwartek, 05 października 2006
Obawy/12

Długo wahałem się w sprawie soboty, niby najbardziej mi pasowała pikieta poparcia dla rządu pod auspicjami PISu (bo z puczystami nic nie chce mieć od czynienia, a iść z Giertychem trochę wstyd...), ale i tak nie o to mi chodziło. Imprezie ton nadaje PIS i obawiam się, czy nie zostałbym uraczony towarzystwem zwożonych na gwałt z całego kraju oddziałów młodzieżówki tej formacji.

Tak więc wybiorę się na kontrdemonstrację, której dobre imię żyruje Gazeta Polska.

Zbiórka o 12:00 przed redakcją „GaPy” na Filtrowej 63.

Uwaga! Rozgłoście te dane, bo w pierwszych przekazach miała to być godzina 9:00, co jednak szczęśliwie zostało zmienione!!!

Jeśli będzie Nas zbyt mało, to może wdepniemy do PISiaków na 13:00.

Ale materiały wezmę swoje. Z naszej mikropikiety pod URMem zostały mi przyjemne plakaty, w tym mój najukochańszy:

[NIE PŁAKAŁEM PO III RP]

I z nim się stawię skromnie w tym zbiegowisku, mając nadzieję, że nikt mi legitymacji PISu w kieszeń nie wciśnie. No, ale jeśli Panowie Bracie liczą szabelki przed rozprawą z wierzgającym Układem, to warto się pokazać.

A Wy będziecie?
środa, 30 sierpnia 2006
Wałęsa sypie

Jak w tytule. Ale bynajmniej nie śmiałbym sugerować, że przed SB (no bo TW „Bolek” nie istniał, nie?), ale przed całym narodem. I to kogo... Kuronia!

O sprawie napisano już wszystko co trzeba, ba! znacznie więcej niż trzeba. Kilka godzin po zakończeniu druku Życia Warszawy, merytoryczna dyskusja zamieniła się w pyskówkę Salonu, skierowaną wobec wszystkich, którzy mieli taką idee fixe, aby dociekać prawdy. Ale nic to, jesteśmy przyzwyczajeni.

Za to pewną nowością jest postawa Lecha Wałęsy. Otóż pan prezydent, niedawno upomniany przez redaktora Michnika za samorzutną lustrację na Gunterze Grassie (zbrodnia!), pamiętny gorzkiej reprymendy (swoją drogą, ciekawe o jakich grzeszkach LW mówił wieszczu Adam M, tak groźnie, że prezydent od razu spokorniał...), wczoraj przegiął w drugą stronę, to znaczy wystawił bardzo kłopotliwą cenzurkę moralną. Już abstrahując od problemu, czy cenzurka moralna z nadania Lecha Wałęsy nie może być sama w sobie nieco kłopotliwa, chciałbym się przyjrzeć reakcji prezydenta na „rewelacje” o Jacku Kuroniu.

Użyłem cudzysłowu, bo dla każdego, kto bez dogmatów patrzy na historię najnowszą, jest oczywiste, że Jacek Kuroń był i opozycjonistą i politykiem, nie kryjącym swoich zamierzeń oraz ambicji, w dodatku... powiedzmy delikatnie... nie zawsze kompatybilnych z tym co nazywamy „antykomunizmem”. Może Waldemar Łysiak w „Salonie Kłamców” faktycznie wyraża swoje negatywne emocje wobec śp. Jacka Kuronia, ale te zarzuty nie wzięły się z powietrza, podobnie jak materiały z nowego numeru „Arcanów”.

Ale do rzeczy, do jest do „plusów ujemnych”. We wtorek rano huknęła wieść o rozmowach Jacka Kuronia z SB, prowadzonych pod przykrywką pozorowanych zatrzymań. O moralności takiego postępowania niech piszą ludzie starsi ode mnie, ja skupię się na reakcjach. Otóż zaraz odezwało się, jak na komendę, stado niezależnych umysłów, szybko eskalując nagonkę na pracowników IPNu i dziennikarzy, już nie do marcowych, ale iście stalinowskich manier. Dziś nawet pobite zostały kolejne rekordy prymitywizmu w debacie publicznej, a laur chamstwa i agresji przypadł ex aequo Adamowi Michnikowi (o IPNiażach: dranie) oraz Andrzejowi Celińskiemu (pozwolicie, ze nie przytoczę, co powiedział...). Ale do tego już przywykliśmy. Dużo lepsze jest wystąpienie Wałęsy.

Pan prezydent zaraz oświadczył, ze owszem, Kuroń rozmawiał, ale na polecenie Wałęsy (jak zwykle - w trzeciej osobie). Ta deklaracja, chyba w niezamierzony sposób, potwierdza najczarniejsze „łysiakowe” scenariusze przeszłości, tylko zmienia akcenty w hierarchii „przyjaciół ludzi honoru”. Ale możemy zawsze wsiąść poprawkę na wrodzoną skromność pana prezydenta.

Jednak po kilku następnych pohukiwaniach ze strony dość skonsternowanego Salonu, Lech Wałęsa zaczął edytować swą wersję wydarzeń, mówiąc, że paktował nie tylko Kuroń, ale też Michnik i inni... Był to unik, wykonany ze zgrabnością słonia, bo przez to pan Wałęsa zabrnął jeszcze głębiej w bagienko tematów zakazanych. Dziś chyba nawet zasugerował w rozpaczy, że i Kaczyńscy mieli negocjować z bezpieką, ale z tym to raczej przegiął, bo nie ma dowodów na jakiekolwiek (a zwłaszcza na przyjazdne) kontakty obecnie urzędującego prezydenta i premiera z SB, przynajmniej od czasu końca internowania.

Ot, wpadka godna freudowskiego skojarzenia totalniactwa Adama Michniaka z Adolfem H.

A więc Wałęsa sypie, na razie martwych i bezpiecznych, ale może kiedyś zacznie sypać i wciąż obecnych na tym łez padole. A wtedy to i cała PRL-bis się posypie, niezależnie od inwektyw Adama Michnika i fallicznych skojarzeń Andrzeja Celińskiego.

Ps.
A ten Lesiak to niezłe ziółko! Albo facet miał niesamowite szczęście, albo był służbowym lokajem kogoś na prawdę ważnego!

piątek, 25 sierpnia 2006
Dyplomacja kanonierek

Dyplomacją kanonierek nazywano kiedyś specyficzne działania państw silnych, zwłaszcza mocarstw kolonialnych, wobec słabszych partnerów i klientów. Takie zachowania obejmowały zazwyczaj niegroźne i z pozoru bezsensowne incydenty militarne, na przykład bezczelne wpłynięcie okrętem wojennym do cudzego portu, czy zatrzymanie statku handlowego na wodach międzynarodowych, bez powodu i uzasadnienia. Rzadko padał o tego rząd, rzadko zaczynało to wojnę. Po prostu mocarstwa chciały pokazać młodszym braciom w potencjale militarnym, kto jest tu wielkim bratem. A czemu o czym piszę dziś? Bo obserwujemy dwa przypadki „dyplomacji kanonierek” na własne oczy. Jeden w polityce zewnętrznej, a drugi – w wewnętrznej.

Lato rozleniwia wszystkich. Mnie (mało notek, artykuły są krótsze i mniej dopracowane), Was (mniej komentarzy), tak samo jak cały światek mediów. Bo w środku roku pewnie byśmy się gorączkowali podobnym spiętrzeniem sensacyjnych niesamowitości... A dziś? Ziewamy leniwie.

Incydent bałtycki w wykonaniu Kriegsmarine nie zapowiada wojny, to żadne w stęp do „Gliwic” czy innych historycznych powtórek. To test. RFN chciała sprawdzić, czy ma do czynienia z państwem poważnym, być może słabszym, ale znającym swoją godność, czy... hm... no z takim naszym, które wciąż się zastanawia, czy może odczuć oburzenie, czy też lepiej nie. To i tak pewien postęp z czasami minionymi, gdy rządziło Siedmiu Wspaniałych z MSZ’tu (niedawno tak subtelnie opisywanych przez ministra Macierewicza), na doczepkę z Władysławem Bartoszewskim, służącym jako żywa tarcza moralna. Za czasów Siódemki to prędzej kapitan polskiego promu płaciłby odszkodowania miłującej pokój Kriegsmarine, niż MSZ złożyłoby jakąkolwiek notę protestacyjną. Ale strona niemiecka zdawała sobie z tego dobrze sprawę, więc nawet nie wysyłała kanonierek. To  np. taką Hiszpanię z roku 1898 nieco wyżej w hierarchii potencjału politycznego, niż nas, w latach 1945-2005, bo Hiszpanie się przed Amerykanami choć próbowali bronić. Ale tak to już w pędzącym pociągu historii bywa, od kiedy po 4 VI 04 „zajęliśmy należna nam miejsce w Europie”. Na półce bagażowej? Cóż, lepiej tak niż nic – Ukraina stoi na korytarzu rosyjskiego wagonu.

Inne, interesujące nas incydenty co prawda nie zdarzyły się na morzu Bałtyckim, ale na morzu politycznym. Wystawa E. Stainbach czy pogróżki po pomyśle odebrania G. Grassowi honorowego obywatelstwa Gdańska to takie polityczne kanonierki, o bardzo małym tonażu, którym jednak udało się przerazić naszą admiralicję.

Ale coś z weselszych wieści – dyplomację kanonierek można stosować nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie! Do tego wniosku doszedł PIS, upokarzając nieoficjalny Volksfront III RP, dzięki czarom przy ordynacji samorządowej. Zastosował analogiczną taktykę – wybrał idiotyczny cel (blokowanie list nic nie zmieni, a nawet utrudni przejmowanie elektoratów Samoobrony i LPRu), po czym użył całej swej politycznej i administracyjnej siły, aby ów idee fixe (a może minister Gosiewski każe nam mówił „idee fax”?) przepchnąć. Udało się, i partia Panów Braci pokazała, że walczy z bandą krzykaczy i to coraz mniej skutecznych krzykaczy. Po drugie, PIS odniósł sukces, zbliżając Volksfront do ujawnienia dotychczas ukrywanego konkubinatu przeciwników czyszczenia państwa. Został złamany kolejny dogmat III RP – „Nasi zawsze hulać mogą // Lecz w piwnicy, pod podłogą.” A tak niedługo PO-SLaDki będą musiały wyjść z piwnicy i zakrzyknąć wstydliwie „niech nas zobaczą”. Pięknie. Tylko czy do tego trzeba było zmieniać ordynację i tworzyć śmieszną (nawet jak na polskie, i tak humorystyczne realia) komisję sejmową? Chyba w tej całej sytuacji jedynie Marek Jurek zachował się dzielnie i przeprowadził akcję w sposób spokojny, kulturalny i zdecydowany.

Magiczna data prawdziwej inauguracji IV RP, zbliża się. 30 IX zobaczymy, czy ten cały cyrk, przykrywający rozpaczliwe starania o wykopanie czerwonego chwastu znad Wisły uda się, czy nie. Powoli staję się coraz większym optymistą, przynajmniej w kwestiach wewnętrznych. Ale nawet jak się uda, to i tak świat demokratyczny będzie mógł przysłać tu więcej kanonierek i zażądać, aby ludzie pokroju Wspaniałej Siódemki dalej ministrowali w Polsce.

Słowo minister pochodzi od łacińskiego określenia sługi. W użyciu politycznym, jest ono bardzo nieprecyzyjne, bo nie mówi komu ów sługa służy. Czy MSZ, po 30 IX będzie Ministerstwem Spraw Zagranicznych, czy Ministerstwem Spraw Zagranicy, przekonamy się niedługo.

Póki co, trzymam kciuki, aby Bracia, tak subtelnie używając kanonierek na politycznych wodach śródlądowych, potrafili je dostrzegać także na morzu.

wtorek, 22 sierpnia 2006
Czekając na zmierzch bogów

Pisać dużo nie będę, bo wakacyjne obowiązki mnie przygnają, chciałbym jednak zwrócić Wam uwagę na bardzo zabawne podrygiwania Leszka „Wielkiego Mzimu” Balcerowicza na temat komisji ds. Leszka „Wielkiego Mzimu” Balcerowicza i Hanny Gronkiewicz-Walz, zwanej także (nie wiedzieć czemu) komisją bankową.

O ile z samej komisji zaradzało mi się (jak wyżej) delikatnie podśmiewać i wskazywać absolutnie nieprzygotowanie zgromadzonych w  niej posłów do pracy odchwaszczania świata polskiego systemu bankowego, to w ostatnich dniach prof. L „WM” Balcerowicz usiłuje przekonać mnie, ze się mylę. Jak mnie przekonuje? Ano, bardzo prosto: boi się.

Reakcje Balcerowicza są tak paniczne i tak chamskie (inwektywy pod adresem członków komisji przekraczają znacznie arsenał Leppera pod względem omawianego tu profesora), że sugerują skrajną desperację ojca Polskiej Trzeciej Drogi. Frazesy o obronie demokracji (może już LB zorientował się że chęć poddania pod demokratyczną kontrolę instytucji z gruntu niedemokratycznej nie można tłumaczyć wymogami ludowładczego reżimu?) zeszły na drugi plan, a w wypowiedziach Wielkiego Mzimu zaczął pojawiać się mityczny Układ i spiski. Krótko mówiąc, skoro Balcerowicz mówi Kaczyńskim, mamy do czynienia albo z polityczną metanoją, albo politycznym delirium tremens. Profesor jeszcze chwyta się za kostki prawniczych autorytetów, ale robi to już jakby bez nadziei na sukces, o czym świadczy zupełnie niedopracowanie retoryczne argumentów.

No bo przyznajcie sami: Na okazję zastrzeżeń co do ustawy, powołującej komisję śledczą, Balcerowicz twierdzi, że pogarda posłów wobec polskich autorytetów prawnych oznacza pogardę wobec prawa. Ja uważam, ze pogarda wobec polskich autorytetów prawnych oznacza pogardę wobec polskich autorytetów prawnych, a każdy następny wniosek, płynący z tej przesłanki, trzeba solidnie argumentować. Bo to, że PIS, tak jak znaczna część społeczeństwa, uważa sporą grupę prawniczej profesury godną bandziorów, których owa profesura broni, nie jest odkryciem rewelacyjnym i nijak nie wiąże się z bankami.

Ale Balcerowicz się broni, nieudolnie i panicznie, a mimo to wciąż tkwi na cokole, w uwielbieniu licznych wyznawców. Czemu? Czemu wciąż tak się dzieje? Moja teoria brzmi: z rozpędu. W kronice Sasa Gramatyka, opisującej m.in. postępy chrześcijaństwa w Rugii, znajduję się piękny opis niszczenia pogańskiej świątyni słowiańskiej przez ludzi chrześcijańskiego wielmoży. Otóż władyka kazał swoim ludziom obalić posąg (bodaj Świętowida), ale solennie przestrzegał ich, aby byli ostrożni. Jeśli spadający posąg zabiłby kogoś z obrazoburców, gawiedź pogańska mogłaby to potraktować, jako przejaw mocy bożka. Wnikliwy i złośliwy czytelnik mógłby nawet podejrzewać, iż sam wielmoża czuł niejaki strach przed zniszczeniem bałwana i dopuszczał do siebie myśl, że bożek z cokołu zejdzie i zaprowadzi dawny porządek. Chyba podobne odruchy wykazuje ekipa posła Zawiszy, która na głos mówi o świętej krowie, ale zachowuje się, jakby miął przed sobą wierzgającego byka.

Ech... chyba każdy zmierzch bogów musi potrwać.

wtorek, 01 sierpnia 2006
Godzina "W"
1 VIII
62 lata od wybuchu największego, najodważniejszego i najbardziej zdumiewającego przykładu oporu w znanych mi dziejach świata.
Jestem dumny, że jestem Warszawiakiem.
A to właśnie dzięki odwadze tych, którzy żyli tu sześćdziesiąt dwa lata temu.

środa, 19 lipca 2006
Nadzieja bezobjawowa

Przyznam się bez bicia – nie wysłuchałem expose premiera Kaczyńskiego w całości. Znam obszerne fragmenty przemówienia, ale to z pewnością zbyt mało dokonywać błyskotliwych analiz, rozbiorów logicznych i szukać lapsusów językowych (choć przy tym o czarnym i białym zdrowo się uśmiałem). Kto tego ciekawy, niech sięgnie na przykład na stronę reżimowych jajcarzy z blog.fm. Albo uwierzcie mi na słowo – w expose nie było niczego nowego.

Nie ukrywam, że budzi moje nadzieję, już nieco przerdzewiałą wiarę w „pełzającą rewolucję” z Kaczyńskimi, jako zderzakami prawdziwej odnowy RP (o numerze dowolnym). Pierwszy harc przed jesiennym sprzątaniem po WSI, obóz kaczystowski już wygrał – wciąż trwa. Samoobrona nie zerwała się z powrozów i ugrzęzła już w pochwalnych deklaracjach dla ekipy Jarosława Mądrego. W miarę bezbolesna wymiana rządu (nadal się zastanawiam, na rydza im to było, ale widać katastrofa się nie stała) nie spowoduje załamania się notowań, więc obrońcy Układu raczej nie odważą się grac pod wcześniejsze, jesienne wybory. Starcie, które rozegra się w okolicach 30 września, zostanie rozstrzygnięte przy obecnym stanie sił. Mowa Kaczyńskiego upewniła mnie, że PIS jest swoich sił pewny.

Kaczyński nie krzyczał, nie atakował, nie zarzucał. Mówił ostrożnie (ostrożność to cecha silnych, cechą słabych jest desperacja), wiedząc, że nie może wdać się wciągnąć w psujące image rządu pyskówki. O sprawach państwa mówił tak ogólnie, aby mieć praktycznie w każdej dziedzinie wolną rękę, móc dostosować się do sytuacji. Jako jedyny pewnik podał trzymanie obecnego poziomu deficytu, co oznacza, że ZUS zbankrutuje nie wcześniej, niż zbankrutować musi. Tak więc socjalizm będzie nadal skandaliczny, ale przynajmniej nie zabójczy. Miłe.

Co prawda, to co w co wierzy pan premier nie jest tak ważne, jak to, co jest na prawdę, obecny spokój akolitów rewolucji rokuje dobrze. Do jesiennego drugiego etapu anty-post-peerelowskiego przewrotu obóz rządzący ostrożnie przydryfuje, a potem się zobaczy. Mam nadzieję, że zobaczy się czarne, jako czarne, a białe jako białe, a nie na odwrót.

To taka moja cicha nadzieja bezobjawowa.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8