Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
piątek, 17 listopada 2006
1912-2006


Chwała i cześć Rycerzowi Wolnego Rynku!

[‘]
środa, 09 sierpnia 2006
Bóg Kubie?

Pomarzyć można. Niech i pomarzę.

Kubański kołchoz dożywa swych dni. Nie upadki dziś, ani jutro, zapewne przetrwa do nowego roku i jeszcze dłużej. Ale kryzys wokół chorego Fidela pokazał jedną słabość ichniego reżimu – otóż „fidelocentryzm”. Czerwoni nie mogą przejąć władzy po Castro w sposób naturalny. Sukcesja zawsze była problemem niegelitymizowalnych systemów, ale w systemach zbudowanych na piachu przez genialnego demiurga (nawet jeśli jest to geniusz socjalistycznej prowizorki, jak Fidel), który nie pozostawił wyraźnego następcy, zmiana ekipy to w praktyce nowa rewolucja. Warianty zasadniczo są trzy: Demo-heroiczny (z Florydy wracają emigranci w towarzystwie jankeskich Marines i przynoszą żagiew demokracji... acz niewiele więcej.), Demo-pragmatyczny (jakiś ichni „Okrągły stół” i tamtejszy Kwaśniewski, czy inny Kuczma u żłobu), albo siłowy (kubańska generalicja jednak się dogaduje i przejmuje stery). W pierwszym z nich komuna kończy się w polityce i ciut luzuje się w gospodarce, w drugim tak samo, acz nieznacznie luzuje się w obydwu dziedzinach. W trzecim wszystko jest możliwe, włącznie z „Bożą Monarchią” i pociotkiem Habsburgów na tronie, ale miłe memu sercu scenariusze wydają się mało prawdopodobne.

Ale załóżmy optymistycznie – do władzy dochodzi rozsądna klika wojskowych, pamiętająca prostą receptę Pinocheta – Ludzie są wdzięczni KAŻEJ władzy za dobrobyt i porządek. Tak więc: liberalizacja rynku, szokowa terapia odwykowa po socjalizmie i wojskowy dryl, przydatny w niepewnych czasach chaosu. Jeśli taki stan utrzymałby się kilka lat, to Kuba mogłaby nadrobić choć cześć dystansu cywilizacyjnego do bogatego „Wielkiego Brata”. Wiem, nie jestem marzycielem – ustrój autorytarny, a nietotalitarny nie wytrwa długo przy brzegu USA. Ale zanim do Hawany przybędzie demokracja z nieodłączną recydywą zabójczego szczególnie dla biedaków, socjalizmu, jest szansa na nagromadzenie choć ciupki kapitału, do przehulania na zakrętach „Trzeciej Drogi”.

Czego dyskretnie Kubie życzę.

czwartek, 27 lipca 2006
Smutne myśli o tyranii

[Monarchą królewskim jest ten, kto okazuje się tak samo podległym prawom natury, jak pragnie, aby poddani byli podlegli względem niego.]

Pisze Jan Bodinus w Drugiej Księdze o Rzeczpospolitej. Jeśli by przełożyć myśl francuskiego jurysty na nasze, chore czasy, trzeba by zamienić jasne i miłe prawicowej duszy słowo „monarcha”, terminem podejrzanym „państwo”. I tak definicja władzy prawowitej jest aktualna i dzisiaj. A właściwie: nieaktualna, bo o tyranii miała być mowa.

Władza tyrańska nie spełnia powyższego warunku – nie zachowuje praw natury, a więc jej poddani nie mają moralnego obowiązku przestrzegać nieprawych ukazów osobowego lub zbiorowego (jak to jest niemal zawsze w demokracji) tyrana. Właśnie taka myśl mnie naszła, gdy po powrocie z kilkudniowego odwyku od mediów, przejrzałem zaległe depesze prasowe.

To, że Wspólnoty Europejskie mają w głębokim poważaniu prawo własności (trzecie z podstawowych praw naturalnych) było mi wiadome od dawien dawna. Co do zagrożenia pozostałych dwóch, tj. wolności i życia, również miałem mocne podejrzenia, acz dopiero w tym tygodniu tyran WE, zwany wUjkiEm Józiem, postanowił przestać grać z praworządnością w ciuciubabkę, i udowodnił mi swą tyrańskość dogłębnie. Chodzi mi o dwa wydarzenia: sponsorowanie tzw. badań na komórkach macierzystych oraz głośne medialnie zastosowanie tzw. europejskiego nakazu aresztowania. Święty Tomasz w De regno zauważa, iż:

[Do ich (tyranów – przyp. Lear) niepokuty przyczynia się jeszcze to, że uważają, jakoby wolno im było wszystko, co mogą robić bezkarnie i nie trafiając na opór. Toteż nie tylko nie próbują się zmienić, ale nadając swoim obyczajom moc prawa, przekazują potomstwu zuchwałość w grzeszeniu.]

I tu widać całą perfidię Eurosojuzu – nie chodzi już tylko o to, że pozwala na barbarzyństwo – on nas zmusza do udziału w nim. Płacąc podatki, a więc i zasilając składkę wspólnotową, każdy z nas będzie finansował przerabianie z istot ludzkich na części zamienne. I nikomu z tych jakobinów antyeuropejskiej rewolucji nie przychodzi do głowy choć cień wątpliwości, gdy jednocześnie ustanawiają „prawa człowieka” dla małp. Cóż, może z małpami czują się bliżej spokrewnieni niż z nienarodzonymi ludźmi, jak nie genotypem, to duchem.

Sądzę, że promotorzy tego pomysłu mogliby z powodzeniem prowadzić pijar dla Trzeciej Rzeszy, usprawiedliwiający holokaust, oczywiście, jeśli żyliby za czasów wojny i przystąpili do mniej internacjonalnego odłamu lewactwa (NSDAP). Mentalność zapewne bliska.

A ograniczenie wolności? Dumna Rzeczpospolita Polska Trzecia i Pół niedawno pozwoliła WE również na ostateczne odebranie suwerenności prawnej. Bo wydanie Adama G. na postawie tzw. ENA to nie tylko pogrzeb naszego systemu prawnego – to przede wszystkim zwycięstwo Sojuza, który teraz może wszystko, niezależnie od kłamstw smażonych w „integracyjnej” kampanii naszych miejscowych volkseurosów. Ha! A dziś lewica krytykuje Sikorskiego, za rozważanie eksterytorialności amerykańskich baz (co też mi pachnie niemiło, ale te bazy mieć u siebie MUSIMY!). Już abstrahując od tego, że czym innym jest oddanie kawałka pola i przestrzeni powietrznej państwu na końcu świata, a co innego systemowego precedensu sąsiadowi (mieszkającemu, niejako „nad nami” – WE) i Wielkiemu Bratu. Chodzi o samo pomieszanie pojęć – Amerykanom możemy oddać prawa do kilkuset kilometrów kwadratowych. Brukseli została oddana suwerenność prawna na terenie całej RP.

I co z tego wszystkiego wynika? Ano jedna rzecz – WE to tyran. O ile będę przestrzegał niektórych ich zasad z samej obawy o karę, nic, absolutnie nic, nawet żadna konserwatywna praworządność nie skłoni mnie do uznania WE za władzę legalną i prawowitą. Ot, kolejny okupant kraju. Ten jeszcze nie zabija (choć po wprowadzeniu mengelowskich badań nad „komórkami macierzystymi”... zacznie), ale wciąż tylko kradnie, mimo to jest tyranem. Jakoś bardziej wierzę Akwinicie i Bodinusowi, niż Giscardowi i innym zrakowaciałym komórkom tego ochlokratycznego uzurpatora.

sobota, 15 lipca 2006
Żal bez sympatii

Jeszcze wczoraj, ten felietonik brzmiałby zupełnie inaczej. Przez ostatnie 24 godziny jednak wiele się zmieniło, a przynajmniej ja dowiedziałem się o wielu rzeczach. Bardzo możliwe, że za kolejne 24 godziny będę czuł coś zupełnie innego. Ale trzy słowa musze napisać już dziś, aby nikt nie powiedział, że jestem obojętny na tak tragiczny temat.

Liban. Wojska izraelskie, tak siły powietrzne, morskie i lądowe dokonują ataków na terytorium tego małego państwa. Oficjalnie, w celu odbicia dwóch żołnierzy, porwanych przez Hezbollach. W praktyce chodzi o Żydom o ostateczne rozwiązanie kwestii zbrojnych organizacji uchodźców palestyńskich. Przynajmniej mam nadzieję, że tylko o to.

Jako konserwatysta, uważam, że każde państwo ma nie tylko prawo, ale i obowiązek chronić życia i mienia swych obywateli. Jeżeli inne sposoby nie są możliwe, może użyć także siły militarnej. Działania Izraela przeciwko Helbollahowi są aksjologicznie uzasadnione. Wedle prawa narodów, Izrael odpowiada na zbrojną agresję bytu, który może nie jest państwem, ale posiada armię. Jakkolwiek jestem zwolennikiem samostanowienia narodów, nie popieram samostanowienia organizacji terrorystycznych, więc butna retoryka Hezlbollahu pachnie mi okrutnym cynizmem. Chciałbym wolności dla Palestyńczyków, ale i kulki w łeb dla bandziorów, którzy w swej „odwadze” walczą z cywilami.

Izrael mógł i odpowiedział na ataki wobec swoich obywateli. Od pierwszych godzin konfliktu żałowałem losów cywilnych ofiar wojny, ale niestety – cywile giną na każdej wojnie. I jakkolwiek potoczą się dalej wydarzeni, uważam, że Żydzi mieli prawo odpowiedzieć siłą na siłę. Byle tylko agresorom...

Jeszcze wczoraj w pełni popierałem zdecydowane, ale potrzebne działania armii żydowskiej. Dziś już nie mogę wykrzesać z siebie tej sympatii. Izrael być może atakuje Helzbollah, ale cierpi na tym mały i niewinny naród libański. Naród, którego nikt nie pytał o zgodę, kiedy terroryści islamscy werbowali na jego terytorium swych akolitów. Naród, który nie ma siły utrzymać porządku na swojej ziemi, gdyż nie pozwala mu w tym bezwzględna rywalizacja silniejszych sąsiadów – Izraela i Syrii. Właśnie dlatego ONZ wysłała tam swoich żołnierzy. Dziś ci żołnierze ( w tym także nasi wojacy) siedzą spokojnie w schronach, gdy na zewnątrz trwa dramat czterech milionów ludzi, których onzetmani mieli bronić. Wstyd i hańba, także dla wojska polskiego.

Każda ocena zaistniałej sytuacji jest trudna. Izrael, być może w samoobronie, zadaje niewyobrażalne rany małemu państwu. Blokuje porty, niszczy infrastrukturę. To spowoduje lata opóźnień cywilizacyjnych Libanu. Nawet jako zdecydowany konserwatysta, nie mogę poprzeć akcji odwetowych, w których narażeni są cywile, niszczone jest mienie prywatne i lekceważone prawo niepodległego państwa. Nie chce być złym prorokiem, ale Izrael, choćby jutro już zabił Nasrallaha, bardzo szybko może poczuć na własnej skórze efekty tak bezwzględnej polityki – fanatycy islamscy dostali do ręki argument przeciwko honorowym i cywilizowanym metodom walki. Teraz każdy atak na cywilów w Izraelu będzie nazwany odwetem za ofiary Bejrutu.

Osobiście już oswajam się z myślą o potrzebie interwencji sił międzynarodowych tak w Libanie, jak na spornych terytoriach pod administracją Izraela. Prawdziwej interwencji, nie siedzenia w schronach i popijania chłodzonych napojów. Gdyby wojska ONZ robiły to, co deklarują, że chcą robić, ta wojna nigdy by się nie rozpoczęła.

Choć wiem, że bez zniszczenia terrorystycznych organizacji islamskich popieranych przez Iran nie będzie w Lewancie pokoju, nie mam już w tej wojnie żadnych sympatii. Żal mi tylko Libańczyków, którzy znów płacą za cudze zło.

sobota, 08 lipca 2006
Cudze chwalicie, swego nie znacie

Nie znam swojego, więc o politycznej zawiei w okolicach Urzędu Rady Ministrów napiszę coś, jak wiatry ciut przycichną. Póki co, chciałbym się zając pewną cudzością.

Media lamentują na okazję ustawy rosyjskiej Dumy, ograniczającej prawa obywateli do krytyki władz. Nie rozumiem, skąd ten żal. Po pierwsze: Federacja Rosyjska zmierza konsekwentnie droga zwiększania opresji wobec obywateli od dawna. Robiła to równie skutecznie, gdy Putin obściskiwał się z przywódcami Wspólnot Europejskich, i robiła to, gdy Gazprom promował rurociąg bałtycki u kanclerza Schroedera. Ale nic to, ważniejsze jest po drugie.

Po drugie... lamentująca Europa (i cały świat) robi dokładnie to samo! Nie chodzi mi o twarde prześladowania obywateli (o których nb. rozmawialiśmy z pogromca faszyzmu – Bosym Nurkiem) w stylu więzienia, szykany czy cenzura, ale opresje miększe. Przede wszystkim fiskalizm, ale to problem już oklepany i (mam nadzieję) dla większości czytelników tego bloga, oczywisty. Ale chodzi mi o inne, dyskretniejsze i bardziej ideowe działania naszych Lewiatanów. Z ostatnich wydarzeń, przypomina mi się potępienie słów Giertycha Starczego, dotyczących generała Franco. Już pal sześć samego eurodeputowanego, ale czy nie przeraża Was, że mimochodem obiera się Hiszpanom prawo do własnego sumienia narodowego? Wydziedzicza się, ciąż żywą, choć słabą, caudillowską Hiszpanię z jej tradycji. Chodzi mi co cały zalew nadużyć i posunięć politycznych, z bezrefleksyjnym i bezpodstawnym nazywaniem Franco faszystą (na taki błąd mogą sobie pozwolić co głupsi i niedouczeni posłowie u Nas, ale że nie znalazł się nikt np. z Hiszpańskiej Partii Ludowej, kto zaprotestowałby przeciw reakcji (sic!) lewicy?), albo rozgrzeszeniem tzw. „strony rządowej” z odpowiedzialności za ofiary wojny domowej.

Albo taki internet – aby zadośćuczynić naszej antyrasistowskiej furii, zmusiliśmy USA do złamania w iluś tam punktach ich konstytucji, choć to chyba dla Jankesów mała strata, po terrorystycznej traumie radosnego olewania praw obywatelskich. Natomiast wszyscy gardłują przeciwko „Benjaminowi” – zrozumiałemu przejawowi cenzury obyczajowej w szkołach. Aha, i jakiś mądrala w Tok FM twierdził, że Beniamin jest zły, bo operuje słowami kluczowymi, a nie zakazanymi adresami. Rozumowanie po lewacku idealne – słowa klucze mogą dotknąć też naszych stron, na których są brudy, a na indeks stron zakazanych wciśniemy kogo nam się żywnie podoba.

Ale przecież to wcale nie przypomina Rosji, czyż nie? Chwalmy dalej cudze, bo po co poznawać swoje...
czwartek, 06 lipca 2006
Słodka zemsta stonki

No to mamy nową „depeszę emską”, a przynajmniej skandal dyplomatyczny na podobnym poziomie. Śmieszne to i straszne, ale przede wszystkim szkodliwe.

Tekst w niemieckim brukowcu (korespondentka TaZ twierdzi, że czyta go inteligencja. To znak, że z inteligencją za Odra jest równie wystrzałowo, jak z tą u Nas) był bełkotliwy, obrzydliwy, a co najgorsze, mało śmieszny (albo został dogłębnie zepsuty przez tłumacza z GW). Natomiast odpowiedź polskich władz była znacznie lepsza: też bełkotliwa, neutralna estetyczne, ale za to strasznie śmieszna. Bo warto pamiętać: kalumnie w brukowcu nie kompromitują. Kompromituje dyskusja z kalumniami w brukowcu.

Co szkodzi RP, że jakieś lewackie buraki uważają głowę państwa polskiego za kartofla? Trochę głupio mógł się poczuć Lech Kaczyński, uraczony tym pokrewieństwem z czerwonymi bulwami, ale wszak to tylko jeden prezydent. My, naród polski, jesteśmy niemal co dzień obrażani różnymi bluźnierstwami wobec inteligencji, poczętymi w Brukseli. Mimo to, wciąż żyjemy.

Porównanie minister Fotygi, metody pisania artykułów do chwytów narodowosocjalistycznego Sturmera, było trafne, acz nietrafione, gdyż dziś przeważająca większość gazet stoczyła się na poziom nazisocjalnej gadzinówki. Trzeba by więc piętnować całe stado pomniejszych filii Ministerstwa Prawdy i to niekoniecznie „Gazetę Wyborczą” w pierwszej kolejności. Takie działanie wzburzyłoby zapewne inkwizycję tolerancji, a nią nie warto zadzierać. W odpowiedzi, PWE może jeszcze wykląć nie tylko „faszystę Franco”, ale i „faszystę Piłsudskiego”, „faszystę Jagiełłę” czy „faszystę Mieszka Pierwszego”. Tego ostatniego nawet bardziej, gdyż wprowadzał katolicyzm gwałtowniej niż sam Caudillo.

Aha, Korea Północna wystrzeliła próbny pocisk rakietowy. Ponieważ europejska myśl techniki zbrojeniowej wymarła jeszcze przed traktatem z Maastricht, to nam podobne eksperymenty nie grożą. Co najwyżej, wczorajsze wydarzenie uzmysławia nam, kto w co inwestuje – Korea w rakiety, Wspólnoty Europejskie w urzędników. Nasza broń byłaby znacznie bardziej zabójcza niż wszelkie wunderwaffe komunistycznych Koreańczyków, oczywiście pod warunkiem, że opracowalibyśmy sposób przerzutu tej szarańczy na teren wroga. Niestety, dziś państwa w Europie wojują jedynie nędzną satyrą.

Na zakończenie warto zauważyć, iż Finowie rozważają ustanowienie łaciny językiem urzędowym Wspólnot Europejskich. Czemu? Gwoli rozrywki i przypomnienia tradycji. Zapominalskim przypominam – Finowie to ci sami ludzie, którzy w szesnastym wieku przyjęli wyznanie augsburskie. Teraz lepiej bronią (choćby dla żartu) cywilizacji łacińskiej niż my, legendarny najwartościowszy pęcherzyk wschodniego płuca Europy. I chyba za to, że w walce o korzenie wyprzedzają nas, nie dość, że luterańscy, to jeszcze zeświecczeni Finowie, powinniśmy się czuć obrażeni.

Na siebie, oczywiście.

czwartek, 22 czerwca 2006
Moje wina

Europa produkuje za dużo wina – orzekła mądrze i słusznie Komisja Wspólnot Europejskich. Skoro Rada Euromędrców coś mówi, to pewnie mówi... pardon, to znaczy: to pewnie ma rację. Ja jednak chciałbym zastanowić się głębiej nad problemem. Chyba nie chodzi o przeciwdziałanie pobijaniu kolejnych rekordów Guinessa, bo wczorajszy rekordzista chyba nie sokiem Dionizosa się raczył. Wino – zacny trunek, ale może nie aż tak zacny, skoro KWE chce go nam odmówić? Istnieją dwa możliwe wytłumaczenia tej zagadki.

Po pierwsze: może chodzi o dostojność napitku. Wiele europejskich win kosztuje mało (a przecież przyzwyczailiśmy się, że np. truskawki z Francji są dwukrotnie droższe niż truskawki z Maroka, bo wszak Francja dalej...), a niska cena budzi złe skojarzenia. Skoro coś jest tanie, to znak że tandetne (co może powodować opór naszego społeczeństwa przed wszelkimi programami „taniego państwa”). Na dodatek tanie wino, kojarzy się z... tanim winem właśnie. Co prawda ciemny lud w większości uważa, że dobry napitek musi być po prostu smaczny, robiony z winogron i nie zawierać siarki, ale sprytni ludzie piją tylko drogie produkty. Na jakości alkoholu oszczędzać nie można, to szlachcica niegodne. A KWE dba o to, abyśmy nawet boso, ale byli w ostrogach. Przynajmniej dba, abyśmy byli boso.

Druga możliwość jest mniej romantyczna i bardziej pragmatyczna – wUjEk Józio uznał, że taniej mu płacić za nieuprawianie winorośli (jak ojcowi Majora Majora za nieuprawianie lucerny) niż ryzykować konieczność prowadzenia skupów interwencyjnych wina. Tego jeszcze w winiarskiej branży nie było, ale wszak w eurołagrze jest już Polska, która ma niesamowity talent do mnożenia objętych skupami interwencyjnymi produktów.

No bo przecież pomysł, że ktoś tam komuś dał w łapę, bo nie chce mu się dalej dbać o swe winnice, możemy między bajki włożyć, czyż nie?

Ostatnimi czasy na rynku pojawiło się sporo tanich, dobrych i europejskich win. Aby nie robić kryptoreklamy, wspomnę że niezłe trunki hiszpańskie, greckie i niemieckie spadły do cenowego przedziału... sławnego wina bułgarskiego. A to powinno nas zdziwić. Zupełnie niczym „trójca wyłączna” (jak w kawale o działaczu partyjnym), tyle że tutaj spożywcza – jeśli coś jest tanie i dobre, to nie jest europejskie, jeśli dobre i europejskie, to nie tanie, a jeśli tanie i europejskie, to na pewno nie dobre. Przynajmniej takie normy promuje KWE. I czasy jednocyfrowych cen bez siarki chyba odchodzą w niepamięć, a szkoda.

Mam nadzieję, że w okresie przejściowym, przed zduszeniem tańszych banderoli eurowiniarskich, nie będziemy musieli wlewać soku Dionizosa do baku, jako komponent biopaliwa. Choć, pamiętając o prawie Lityńskiego, nasi światli, socjalistyczni przywódcy przeczytają i zaadaptują mój pomysł.

Ha, przepraszam. Muszę uderzyć się w pierś i wyznać:
Moje wina, moje wina, moje bardzo tanie wina.

poniedziałek, 12 czerwca 2006
Drang nach Pekin

Jakaś chińska Rada Mędrców orzekła, iż podboje Czyngis-Chana przypominały dzisiejsze procesy globalizacyjne. Dostrzegam to z dużą satysfakcją, gdyż w czasach kampanii referendalnej przed tzw. „Akcesją” twierdziłem dokładnie to samo, acz odwracając szyk zdania. Wedle mojej ówczesnej interpretacji, to dzisiejsze procesy globalizacyjne przypominają podbije krwawego watażki stepowego sprzed wieków. Wtedy byłem wyśmiewany od kato-nacjo-konserwo-libero-vetowców z lekką nutką dekadencji. No i w ogóle byłem za Białorusią i za autarkią (nie pytajcie mnie, jak to można połączyć. Takiej głupoty sam bym wymyślić nie zdołał). A dziś, no proszę... Chińczycy mówią, a Chiny to potęga – Konfucjusz, Adidasy, obozy koncentracyjne, dumny Mao i wicepremier Lepper. Mocna rzecz.

Fakt, iż zapewne azjatyccy mędrcy nieco inaczej interpretują i oceniają moralnie najazdy Dżsingis-Chana, ale to normalne, nie oni byli w początkach trzynastego wieku rozjeżdżani. Punkt widzenia zależy od okularów, ale te zarówno nasze, jak i chińskie elity noszą w większości czerwone. No, może dla odmiany różowe, ale tylko na okazję parad równości. Równych i równiejszych świń.

Dziś naszła mnie odkrywcza myśl, wciąż pośrednio związana z wczorajszymi wygibasami na tęczowych platformach. Otóż w paradzie szli niemieccy politycy. Co prawda nieliczni (brakowało też legendarnych autokarów teutońskich gejów-karatetów – być może ma to związek z absencją Młodzieży Wszechpolskiej), ale jednak. To oni byli ideową forpocztą Postępu. To chyba jakaś zależność dziejowa, że cokolwiek Niemcy wymyślą u siebie, zaraz lecą z tym do Warszawy. W 1939 był to narodowy socjalizm, dziś europolitpoprawność. Jeśli ta zasada jest prawdziwa, oznacza to konieczność zmiany taktyki polskiej prawicy – aby przeprowadzić nad Wisłą liberalne reformy, należy wpierw zakorzenić Wolny Rynek nad Sprewą. A potem już stosowne siły zbrojne same przyjdą nauczyć nas pruskiego moresu. Może czas zadbać, aby ten Weltanschauung wreszcie nam się podobał?

Tak więc mam pomysł – paradujmy! Jak mawiał świętej (acz lewicowej) pamięci Jacek Kuroń: Nie palmy komitetów - zakładajmy własne! Więc: nie blokujmy parad, a odpalajmy swoje. Tam, w Berlinie. Zobaczymy, czy burmistrz Klaus Wowerait jest heterofobem. Będziemy głosić nabożne sentencje (np.: Prawiczki wszystkich krajów, łączcie się!) ze swadą posłanki Seneszyn. I będziemy głosić: Ala ma Zenka, a budżet Wspólnot Europejskich ma deficyt. Wiem, że rytmika tego hasła pozostawia wiele do życzenia, ale wszak nie lepiej było z okrzykami w Warszawie. Nie wiem, jakiego bohatera kreskówki możemy zwędzić Niemcom, ale zawsze w odwodzie pozostaje niesłusznie zapomniany Miś Kiwaczek. Wszak był on własnością ludu każdego Demoludu. NRDowskiego także.

Wojska naszych zachodnich sąsiadów wyruszą na Polskę, trzymając z dłoniach dzieła Adama Smitha, bądź Ludwika von Misesa. Osobiście będę robił za „osobliwy przykład liberalnej piątej kolumny” za linią wroga, mam nadzieję, iż przy aktywnym wsparciu Rady Etyki Mediów. Oto logika parady - logika karnawału.

I tak, pędzeni nieuchronnym prawem dziejów, nareszcie podbijemy się sami, na sposób pozytywny, tworząc nowy standard w polityce międzynarodowej. A wszystko to dzięki partnerskiemu związkowi pomysłów promo-homoseksualnych i odwiecznego Drang nach Osten.

Tylko trzeba się śpieszyć, zanim z Pekinu lub Brukseli przyjdzie jakiś Czyngis-Chan i zglobalizuje nas już ostatecznie.

czwartek, 18 maja 2006
Dzień dobrych wieści II

Krótko i na temat: jest lepiej.

Po pierwsze, Dixi wrócił, co poprawiło nastrój mój i jak przypuszczam, dużej części Czytelników zaglądających i do mnie. Czekamy teraz na optymistyczną reakcję giełdy i rynków walutowych...
...
A teraz coś z zupełnie innej beczki: Dziennik vs. Gazeta Wyborcza.


Choć zdarzenia dnia wczorajszego były niewątpliwie smutne, na ich okazję objawiła się jedna, za to bardzo pozytywna prawda – Spingerowcy naprawdę wzięli się za gardła z Agorą! Dzisiejszy ton komentarzy w Dzienniku nie pozostawia wątpliwości – ton nie kopniaki w rodzinie, wymieniane dyskretnie pod stołem, ale wojna. Dzinnikowcy en bloc potępiają nie tylko samego ks. Czajkowskiego, ale całe środowisko jego ideowych kompanów. Redaktor naczelny, tj. Robert Krasowki, nazwał swój wstępniak „Kapuś moralista”. Co prawdą nie liczę, że głónonurtowi dziennikarze z dnia na dzień zaczną mówić Michalkiewiczem, ale poważny wyłom został już uczyniony – „poważne” medium krytykowało nie tylko samą Wyborczą, ale cała formację środowiskową za propagowaną filozofię działania.


Cóż, Wolny Rynek nierychliwy, ale sprawiedliwy. Dosiągł swoją niewidzialną ręką nawet takich mocarzy, jak Dzieci Adamowe. I kiedy załoga Wybiórczej będzie broniła swego Westerplatte przed teutońską nawałą, Nam łatwiej będzie dokopywać się do prawdy.
...
No i lato idzie. Słońca pięknie świeci, skąpo odziane dziewczęta uśmiechają się promiennie i nawet zbliżająca się do mnie wielkimi krokami sesja nie może zmienić tego cudownego stanu rzeczy.

Nie jest dobrze, ale jest coraz lepiej!

środa, 17 maja 2006
Lear królem ONZ

Prezydent Lech Kaczyński pozytywnie odniósł się do pomysłu promowania swego poprzednika na stanowisko sekretarza ONZ. Argumentował to m.in. „podniesieniem prestiżu kraju”. Być może prestiż państwa polskiego zostanie podniesiony w oczach zagranicznych komentatorów, ale na pewno nie w moich. Chcę powiedzieć jasno – rozumiem motywy, które kierują prezydentem, ale nie popieram tej decyzji. Bo nie. Kwaśniewski nie jest człowiekiem, którego bym widział jako reprezentanta narodu polskiego.

Chyba podskórnie czuje tak samo Lech Kaczyński, gdyż w wypowiedzi dla TVP wyraźnie podkreślał, że „Prezio” jest Polakiem. I uważam takie przypomnienie za potrzebne, bo z życiorysu p. Kwaśniewskiego ten wniosek nie wypływa w sposób oczywisty. Jak dla mnie, Prezio zawsze pozostanie komuchem. Po prostu – jeśli ktoś raz przystał do czerwonej bandy, to takie piętno pozostaje na całe życie. Oczywiście, skrucha i zadośćuczynienie powinny wyzwalać spod piętna publicznego potępienia. Ale nawet wtedy, taki kandydat nie powinien być wizytówką narodu. Na dodatek, Kwaśniewski nie przepraszał ani za komunizm, ani za grzechy popełnione już za Trzeciej i Najjaśniejszej. Jak na razie, jego jedyną zasługą dla Polski jest to, że urodził się Polakiem. Nic innego, pozytywnego w jego żywocie nie widzę.

Ojciec chrzestny Trzeciej RP? Tak, oczywiście. I za takie ojcostwo powinno się go traktować jak bohatera prozy Maria Puzo. Zaangażowanie na Ukrainie? Czy to naprawdę cnota, że jednemu postsowieckiemu aparatczykowi (Kwaśniewski) łatwo udało się dogadać z drugim (Kuczma) i to w nadziei przeprowadzenia ukraińskiej „grubej kreski”? Integracja unijna? Dialog polsko-żydowski? Pozwolicie, iż te sprawy pozostawię bez komentarza...

Na dodatek, wychodzą na wierzch zupełnie inne „zasługi” kandydata. To, o czym przez lata miał odwagę pisać tylko Tomasz Sakiewicz, powoli staję się obiektem zainteresowania prokuratury. W dodatku zmiana strategii energetycznej Polski (w właściwie jej stworzenie. Dotychczas była to strategia Gazpromu w Polsce) zwija parasol ochronny nad otoczeniem Prezia. Jeszcze nie usłyszeliśmy najcięższych zarzutów dla prezydenta wszystkich cwaniaków. Głupio by było, aby świat dowiedział się o nich, gdy Kwaśniewski będzie rezydował w siedzibie ONZ...

Kandydaturę Aleksandra Kwaśniewskiego jeszcze mógłbym przełknąć. Ale co będzie, kiedy okaże się ona kandydaturą Aleksandra K. ?

Dlatego mam inną propozycję: niech prezydent Kaczyński wypromuje mnie. Jestem Polakiem nie mniej od Kwaśniewskiego, i to nie tylko z urodzenia, ale i z przekonania. Mam wykształcenie równie dobre, co Prezio, a za dwa lata będę miał pewnie lepsze. Znam cztery języki obce (choć musze zaznaczyć, ze dwa z nich są martwe). Umiem pić kulturalnie i nawet uklęknąć w stanie nieważkości. Pamiętam wszystkich znajomych, z którymi obchodzę święta. Nie mam znajomych, którzy prosiliby mnie o amnestie. Nie przejawiam specjalnego pociągu do drogich dzieł sztuki. Nie mam zobowiązań wobec partyjnych towarzyszy, więc w połowie kadencji nikt mnie nie będzie wzywał do Polski, abym założył partyjną szalupę dla postkomuny. Nie mam zbyt wygórowanych ambicji, jeśli chodzi o metraż mieszkania. Nie lubię disco-polo.

Fakt, nie mam takich znajomości w kręgach postkomunistycznego biznesu i postkomunistycznych satrapów bloku socjalistycznego, ale nie jestem pewien, czy to nie zaleta. Jako były harcerz nie umiem kłamać z wdziękiem. Nie mam żony, prowadzącej półtajną fundację. Jednak w ostateczności, powyższe braki da się jeszcze nadrobić.

Z tych oto faktów wnoszę, iż byłbym lepszym od Aleksandra „Magistra” Kwaśniewskiego sekretarzem ONZ. Tylko czy mnie tam polubią? Chyba od razu pozwalniałbym połowę zjednoczonych, urzędniczych darmozjadów...

(Jeśli czytają mnie tzw. „Fanatyczni Kaczyści”, co rusz demaskowani przez lewicujących komentatorów prawicowych blogów, upraszam ich o pilne przekazanie tej propozycji prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.)

 
1 , 2 , 3