Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
Kategorie: Wszystkie | Cywilizacja i okolice | Kraj i okolice | Kultura i okolice | Same okolice | Świat i okolice
RSS
poniedziałek, 20 listopada 2006
1892-1975


Nie chcę, aby mój blog zmienił się w apologetyczne nekrologium, ale i dziś nie powstrzymam się przed przypomnieniem kolejnego zmarłego, jednego z najważniejszych przywódców prawicy w XX wieku. Póki co, jeszcze oficjalnie, ale kto wie, czy za rok wciąż będziemy tak beztrosko wspominać Caudilla? Przecież Ministerstwo Prawdy czuwa, od niedawna podsycane przez zapał tow. Zapatero... Ale póki żadna policja myśli mnie nie ściga, chciałbym przypomnieć Wam, drodzy Czytelnicy, że 31 lat temu odszedł regent Królestwa Hiszpanii, premier rządu, głównodowodzący sił zbrojnych, wódz Antykomunistycznej Krucjaty - Francisco Franco y Bahamonde.

Caudillo, dla „Świata Postępu” - ulubiony chłopiec do bicia. Dla prawicy – antykomunistyczny bohater i romantyczny obrońca staroporzadkowego ładu politycznego. Dla wnikliwych historyków – fascynujący przywódca, charyzmatyczny polityk i przenikliwy strateg. Dla ciekawskich historyków-detektywów – jedna z kluczowych postaci w dramacie II wojny światowej która, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, przechyliła szalę zwycięstwa na stronę Aliantów (razem z Salazarem umożliwili lotnictwu alianckiemu operowanie na wschodnim Atlantyku – lotniska na portugalskich Azorach i baza morska na hiszpańskich Kanarach - co praktycznie w kilka miesięcy spowodowało klęskę niemieckiej floty podwodnej, a tym samym umożliwiło regularne dostawy amerykańskiego uzbrojenia do Europy). Ale nie o twardej, politycznej historii chciałbym napisać. Zamierzam was przekonać do lektury niezwykłej biografii politycznej, nie samego Franco, ale ustroju, który stworzył.

„Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej” Adama Wielomskiego to pierwsza na polskim rynku rzetelna analiza podstaw ideowych i politycznych państwa hiszpańskiego w latach 1936-75. Napisana z pasją, znawstwem tematu, a co jeszcze ważniejsze – skrupulatnym obiektywizmem naukowym. Doktorowi Wielomskiemu udało się wyzbyć zbyt bliskiej i gorącej perspektywy wobec przedmiotu badania i w części opisu reżimu frankistowskiego nie znajdziemy żadnych konserwatywnych peanów, a jedynie rzeczowe omówienie geografii hiszpańskiej sceny politycznej. Na pociechę co żarliwszym kontrrewolucjonistom pozostaje wstęp i zakończenie pracy (charakterystyka nurtów kształtujących filozofię polityczną Hiszpanii 1936-75, a potem konfrontacja modelu hiszpańskiego z posoborową Nauką społeczną Kościoła), gdzie spod rzetelnego warsztatu historyka, wygląda pióro błyskotliwego publicysty, czy wręcz historiozofa, jakim (moim zdaniem) jest Adam Wielomski.

Nie jest to lektura łatwa. Dla nieprzygotowanego czytelnika może wręcz wydać się hermetyczna. Według mnie jest to w dużej mierze wynik naszej nikłej, bo zakłamanej przez lata komunizmu wiedzy o frankizmie oraz imponującego założenie autora – obalenia większości mitów o „faszyście Franco”. Ale przy odrobinie dobrej woli, każdy aktywny czytelnik jest w stanie odkryć fascynujący i bogaty świat teorii i praktyki politycznej Hiszpanii z czasów Krucjaty. Tym bardziej fascynujący, że dziś już ginący, skutecznie zabijany przez nowych, neobolszewkich włodarzy z Madrytu.

Polecam uważną lekturę każdemu zainteresowanemu Hiszpanią, myślą polityczną, czy myślą prawicy jako takiej.

„Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej”. Agencja Wydawniczo-Reklamowa „Arte”. Biała Podlaska 2006.

czwartek, 16 listopada 2006
Grinpis

Wczoraj spotkałem na placu B...owym aktywistkę Greenpeace. Przez długi czas rozmawialiśmy na temat jej organizacji, jej misji, ideach i ogólnej wspaniałości ekologicznych mudżahedinów. Jakoś o związkach Greenpeace z wywiadem radzieckim aktywistka dyskutować nie chciała, więc przeszliśmy do bardziej bieżących spraw: jak naprawić świat i okolice.

Wielkie korporacje niszczą człowieka.

Jakby się tak dobrze zastanowić, to kapitalizm ogólnie niszczy człowieka.

Trzeba ograniczyć połowy wielorybów.

Tak, w sumie to nieco dziwne, że dzięki konwencjom międzynarodowym japońskie firmy odławiają „do badań” setki waleni rocznie, a Eskimosów z Greenlandii (którzy łowią te zwierzęta od kilku tysięcy lat) ściga się za jednego humbaka, jakby za ludobójstwo. Ale na to jest sposób – przekonamy ONZ, aby uchwaliła lepszą konwencję.

Genetycznie modyfikowana żywność i pestycydy to zbrodnia.
Tak, to też zbrodnia, że w Afryce ludzie głodują, bo nie mają pestycydów i wydajnej żywności GMO, ale tym zajmiemy się później (tez pewnie jakaś konwencja ONZtu).

Trzeba chronić dorsze na Bałtyku.

Trzeba zapłacić polskim rybakom za niełowienie Dorszy.

Nie, nie czytałam o ojcu Majora Majora, największym nieuprawiaczu lucerny w całym stanie.

UE powinna uchwalić jakoś konwencję na temat dorszy...

I to było na tyle – musiałem iść na zajęcia. Tego samego dnia wieczorem, dowiedziałem się, iż owi aktywiści dostają od głoszenia takich tez 5 pln za godzinę. Mój szacunek wobec grinpiski natychmiast wzrósł – wstyd by było gadać takie bzdury za frajer.
czwartek, 02 listopada 2006
Pijani Tolerancją

Od wielu lat środowisko Ludzi Oświeconych i Politpoprawnych przekonuję Ciemny Lud, że w Polsce mamy poważny niedobór tolerancji. Cóż, według mnie, z ową tolerancją jest jak z alkoholem – może istnieją gdzieś sumienia, wypłukane przez lewicową (anty)cywilizację, jak umysły pijaków przez etanol. I tym jest mało politpoprawnego trunku. Ale znaczna większość ludzkości powinna po kolejnym kieliszku czuć mdłości i obrzydzenie wobec napitku. Jeśli nie czuje, to znak trwałego spaczenia serc i rozumów. Na szczęście, istnieje jeszcze jedna bariera, niczym naturalna reakcja ludzkiego ciała na alkoholowe zatrucie. Po pewnej dawce tolerancji, tkanka społeczna odmawia dalszego picia – nie jest już w stanie przyjąć więcej trucizny. Jedyne czego można żałować, to zastraszający poziom owego limitu. Dziś odstawiamy powoli butelkę ze względy na marskość cywilizacyjnej wątroby.

Ostatnio żyjemy, a w każdym razie wrażliwi ludzie żyją, dwoma wydarzeniami: kryzysem wychowawczym w polskiej szkole, symbolizowanym tragedią Ani z Gdańska oraz horrorem hiszpańskich katowni aborcyjnych. I oba te dramaty maja ze sobą wiele wspólnego, przede wszystkim wspólne źródło moralnej znieczulicy.

Zwyrodnialcy, tacy jak prześladowcy Ani, czasem się zdarzają. Fakt, może ostatnio częściej, ale zauważenie brutalności wśród młodzieży nie jest aż takim kopernikańskim odkryciem. Co mnie zszokowało najbardziej, to nie samo barbarzyństwo tych małych degeneratów, ale absolutna bierność klasy. Ile tam było dzieciaków? 30? Powiedzmy, że połowa to chłopcy. 5 należało do hordy katów, ale co się stało z pozostałą dziesiątką? Żaden z nich nie śmiał się przeciwstawić napastowaniu kobiety. To bardzo niepopularne stwierdzenie w dzisiejszych czasach, ale od tego mężczyzna ma pięści, aby bronić kobiety. O ile samce zwierząt chronią tylko swoje samice, to istoty ludzie powinny chronić wszystkie niewiasty. Taka to głupia norma kulturowa, trochę z prymitywnej starożytności, trochę z mroków średniowiecza. W sumie: bardzo nietolerancyjna, przynajmniej dla damskich bokserów. W normalnej klasie, w normalnej grupie młodych ludzi, tych 10 sklepało by agresywną piątkę, a jeśli ci degeneraci zdecydowanie górowaliby siłą i odwagą nad resztą, to przynajmniej owa reszta mogłaby wezwać pomoc. Ale podejrzewam, że nawet ci cisi koledzy unieszkodliwili by dwakroć mniej licznego przeciwnika – Nunc Hercules contra plures, co przekłada się na polski mniej więcej jako: Kiedy ludu kupa i Herkules... No, wiadomo. Ale niestety – owa kupa była bardzo tolerancyjna wobec współczesnej wersji herkulesów.

Co ma wspólnego z tym hiszpański horror aborcyjny? Sporo. Po pierwsze dowiedzieliśmy się, że w tym postkatolickim kraju, dzięki zaświadczeniu psychologa, można zaszlachtować każde dziecko, które nie zdąży szczęśliwie się narodzić. Ale po drugie, wspólna jest znieczulica. Hiszpanie wiedzieli, jakie mają prawo. Duńczycy także, skoro duńskie „matki” (czy w ogóle można użyć tego słowa w tym przypadku?) jeździły na drugi koniec Europy, aby postępowo wyabortować drobną niewygodę natury biologicznej. I nikomu to nie przeszkadzało. Nikomu, oprócz garstki ciemnogrodzkich fanatyków, podburzanych przez niejakiego Benedykta Sz. (po zachowaniu polityków hiszpańskiej lewicy w czasie tegorocznej pielgrzymki, można było odnieść wrażenie, iż papież jest jakimś przestępca, z którym spotkać się luminarzom demokracji nie wypada...), lidera antypostępowej siatki religijnej. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie prowokacja duńskiej dziennikarki, która udała, że rozmyśliła się z posiadania dziecka w ósmym miesiącu ciąży. Coś w społecznym organizmie chlupnęło, Europa poczuła solidne nudności. Brawo, doskonale, szkoda tylko, ze nikt nie pamięta, od jak dawna piliśmy już tę truciznę.

I teraz nasi władykowie uwijają się jak w ukropie, aby zapudrować szokujące ekstrema szkolnego zbydlęcenia, czy aborcyjnego holokaustu. Bo ludziom już to się nie podoba – opili się za dużo i kolejne łyki tolerancji wobec zła stają w gardle i parzą trzewia. Dobre i to. Ale ile takich Ań musi jeszcze odebrać sobie życie, aby Lechici zrozumieli, że zrzucanie winy z młodocianych bandytów to przyzwolenie na zło i przemoc, a takie przyzwolenie, to wręcz wzywanie do przestępstw? Ile jeszcze dzieci nienarodzonych musi zginąć, aby Europa żądała sobie pytanie, czy godność istoty ludzkiej rzeczywiście spływa na płód dokładnie w dwunastym tygodniu ciąży, bo tak orzeka Święta Ustawa?

I zaraz Szanowne Lewactwo oburzy się, że tolerancja to światła idea zgodnego współżycia różnych, ale równych... etc. Nie, słowo tolerancja oznacza bierną wytrzymałość na czynnik szkodliwy. Uważanie za pełnoprawnego członka rodziny ludzkiej człowieka o innym kolorze skóry, to nie tolerancja, ale nakaz moralności i zdrowego rozsądku. Pozwalanie na głoszenie odmiennych poglądów (no chyba, że owe poglądy podżegają do przestępstwa, jak choćby lobbing aborcyjny), to nie tolerancja, ale szanowanie cudzej wolności. A gromienie tradycyjnego porządku etycznego i prawnego to nie objaw tolerancji. To objaw złej woli, albo krańcowego wypłukania mózgu w postępowej gorzałce.

poniedziałek, 30 października 2006
Powrót Króla Leara / Wreszcie debata!

Serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników bloga za trzy tygodnie jedynie duchowej obecności. Z wrodzonego lenistwa, przedłużyłem sobie urlop chorobowy. Ale ponieważ zdarzyło się przez ten czas wiele, aby wręcz nie powiedzieć: bardzo wiele, wracam z tej emigracji wewnętrznej. Jestem nieco nie na czasie, jeśli chodzi o sprawy bieżące, zacznę więc o tych ponadczasowych – dziś: monarchia.

24 X 06, aula im. Jana Pawła II na UKSW (niby Warszawa, ale tak na prawdę, to cudowny Lasek Bielański) – konferencja naukowa pod tytułem „Demokracja – przyszłość, czy anachronizm?”. Propozycja ciekawa, bo firmowana przez KZM, a dobór gości zapowiadał się smakowicie. Obowiązki naukowe nie pozwoliły mi być na spotkaniu, jednak mój ojciec nagrał zapis audio wszystkich wystąpień. Z plajbaku, czy nie, dyskusję były niezwykle ciekawe, choć nie było zasługą wszystkich gości.

Cóż, prawie cztery godziny konferencji nie nadają się do streszczenia, podzielę się więc z Wami tylko ogólnymi myślami na temat spotkania. Pierwsza część była swoista rozgrzewką – prezentacją stanowiska zdecydowanie monarchistycznego i nieprzejednanie antydemokratycznego (niezawodny dr. Wielomski) oraz umiarkowanego demokratyzmu (dr. Sowiński), jednak w tym lżejszym, chadeckim wydaniu. Strony „poróżniły się pięknie”, sprawnie przedstawiając protokół rozbieżności, choć palmę pierwszeństwa należy przyznać drowi Wielomskiemu - nie chodzi mi oczywiście o rację merytoryczną (choć i ta z pewnością leży po jego stronie. – przyp. Lear), ale o styl dyskusji: dr. Sowiński kilkukrotnie wpadł w tautologiczne meandry demokratycznej nowomowy.

Druga cześć debaty ściągnęła głośne nazwiska. Adam Wielomski został, jako zmiennik posła Pawelca. Jako wsparcie Ciemnogrodu wystąpił redaktor Michalkiewicz, a stronę demokratycznego światła i nieubłaganego postępu prezentował redaktor Żakowski z (ex)posłem Lityńskim. I w tej części konferencji nie padło żadne nowe słowo – strony jakoby odczytały stanowiska ideowe swoich obozów światopoglądowych. Jednak zdecydowanie lepiej wypadł Ciemnogród (moim zdaniem. Czy ktoś z Czytelników był obecny? Jeśli tak, proszę o komentarz.), albo inaczej: Jasnogród nie wykazał żadnego wigoru polemicznego, a automatyzm niektórych odpowiedzi (zwłaszcza odruchowa apologia Kuronia, autorstwa Lityńskiego) zniechęcał do wsłuchania się w sens wypowiedzi (sic!) jaśnieoświeconych lewaków. Żakowski był podejrzanie uprzejmy, przynajmniej na tle swoich standardów. Prócz dwóch i to umiarkowanie chamskich wycieczek w stronę red. Michalkiewicza, mówił spokojnie, zapamiętale i drętwo. Razem z Janem Lityńskim tylko powtarzali mantry o wspaniałości demokracji III RP. Cóż, może warto było tego posłuchać, aby sprawdzić jak pusto brzmią podobne deklarację przed neutralnym (to jest: nie sfanatyzowanym politpoprawnie) audytorium.

Na deser, red. Michalkiewicz wyłapał freudowską pomyłkę red. Żakowskiego, mówiącego o „eliminacji poglądów dysfunkcyjnych w demokraci”. „Antyjudejczyk” zapytał Salonowca, czy zamierza likwidować owe „poglądy dysfunkcyjne” razem z właścicielami, czy bez. Ów problem wzbudził powszechną wesołość na sali.

Na deser zaserwowano Nam pojedynek nazwisk głośnych i zasłużonych – naczelnego nad Wisłą badacza historii Kontrrewolucji – prof. Jacka Bartyzela oraz ks. prof. Piotra Mazurkiewicza, dyrektora Instytutu Politologii UKSW. Tu starł się piewca Dawnego z wiernym uczniem Arystotelesa – monarchista z arystotelikiem politycznym, uznającym prawowitość wszystkich trzech Ustrojów Podstawowych. A sam temat panelu był gorący: „Demokracja a Kościół”. Obaj uczeni przedstawili zgodny obraz wielowiekowego stosunku Kościoła do ludowładztwa i rewolucję, jaka w tej materii zaszła w dwudziestym stuleciu. Oczywiście, prof. Bartyzel przedstawił tę historię oczyma Tradycjonalisty, a słowach ks. Mazurkiewicza unosił się aromat Vaticanum Secundum (choć w jego kanonicznej, nie skrzywionej przez modernistyczną ekstremę wersji).

I dla mnie był to wzorzec prawdziwej dyskusji, jakiej brakuje mi w polskiej nauce, polityce... jakiej brakuje mi w Polsce w ogóle. Bo obecnie debata na jakikolwiek temat, albo przypomina zgodny chór owiec z „Folwarku Zwierzęcego” (w czym celuje red. Żakowski, jeśli znajdzie się w odpowiednim towarzystwie), albo erystyczną jatkę wyzwisk, krytych tylko wydelikaconym słownictwem (w tym także celuje red. Żakowski, jeśli skonfrontować go z „nośnikiem poglądów dysfukcyjnych”). Ani w jednym, ani w drugim przypadku, nie dochodzi do prawdziwego dialogu (ulubione słowo Jasnogrodu, zdecydowanie w Jasnogrodzie nierozumiane), bo idee albo ośmieszane są przez nudne przytakiwanie, albo giną w agresji. A dyskusja profesorów na UKSW była zupełnie inna – nie chodziło o przekonanie siebie nawzajem, a o przedstawienie problemu. I przedstawiono go z dwóch, różnych (choć nie wrogich sobie) perspektyw, a słuchacze mogli na własny użytek wyrobić sobie zdanie. Życzyłbym sobie, aby choć ułamek tej dyskusyjnej kultury w mediach, czy nawet w sporach na mojej uczelni (która, niestety!, lubuje się w „chórowych” rozmowach).

Mam nadzieję, że czwartkowa konferencja jest wyrazem jakiś głębszych trendów – powolnego zmuszania totalniackiej lewicy intelektualnej (sic!) do rzeczowej dyskusji (panel drugi) oraz prezentacja kulturalnej (bo konserwatywnej!) kultury rozmowy (panel pierwszy i trzeci). Cieszę się, że UKSW krzepnie i stara się wprowadzać zdrowy ferment do zastałego światka warszawskich wykształciuchów. Szkoda tylko, że ten proces trwa tak powoli.

wtorek, 19 września 2006
Cywilizacja Balcerowicza Łupanego

Nie było mnie niemal długie trzy tygodnie i ze swojej absencji będę się tłumaczył za... kolejne dwa tygodnie, kiedy to skończę na dobre akademicki urlop. Teraz wpadam tylko na chwilę, wołany przez odległy, ale syreni śpiew naszego politycznego piekiełka. In loco syreni kolejny raz wystąpił Leszek „Wielki Mzimu” Balcerowicz i zaśpiewał arię tak kuszącą, że wsłuchać się w nią po prostu musiałem. Otóż profesor LWMB przedstawił niesamowitą wizję rzeczywistości, chyba nie do końca zastanawiając się, co ona dla niego osobiście znaczy.

Poseł Artur Zawisza niedawno stwierdził, że komisja bankowa uwydatniła wyraźny podział na cywilizację „socliberalną” oraz... no cóż, nie sprecyzował, do jakiej on cywilizacji się zalicza, ale zasugerował wyraźnie, że do lepszej. Jako honorowemu członkowi KMZ wierze na słowo, że miał na myśli cywilizację łacińską.

Ale i sam LWMB odpowiedział na te zarzuty w swój, wielkomzimowaty sposób, między innymi, u red. Lisa, w programie „Co z tą P.O.lską”. Tam właściwie podtrzymał twierdzenie Zawiszy, jakoby był akolitą innej cywilizacji, z tym że zmienił akcenty podziału – uznał, że każdy kto bada sektor bankowy z Polsce należy do strefy barbarzyństwa (o tym, że Polska en masse cywilizowana nie jest, a resztek kultury Białego Człowieka broni tu Wielki Mzimu i jego kumple z CASE, Balerowicz sugerował wielokrotnie). Ale to był dopiero wstęp rewelacji profesora.

Otóż LWMB podjął się opisania w szczegółach owego „White men’s burden”, który dźwiga na własnych barkach. I powiem szczerze, wzruszył mnie. Uwaga, w tym zdaniu nie ma żadnej ironii – wywody Balerowicza słuchałem w skupieniu i z rosnącym podziwem dla jasności wywodów i siły argumentacji profesora. Wielki Mzimu przedstawił piękną i kompletną wizję manichejskiej rywalizacji Ładu z Chaosem, Światła z Ciemnością. Używając klasycznych argumentów zwolenników społeczeństwa organicznego, reakcjonistów i monarchistów (poseł Zawisza powinien mu za to złożyć hołd lenny), punktował dlaczego demokracja nie ma prawa wkraczać na obszar rynków finansowych. Przeczytajcie cały wykład – on mówi sam za siebie. Profesor doskonale wyjaśnił, czemu nie wolno poddawać niedemokratycznego organu jakim jest nadzór bankowy pod jurysdykcję Ludu. Zaznaczył także, jakie konsekwencje miałoby przekazanie bankowego steru owym niecywilizowanym barbarzyńcom. I pod każdym zdaniem z płomiennej przemowy LWMB mógłbym się podpisać obieram rękoma. Pod całością wywodu – nigdy.

Chciałbym zaznaczyć od razu – wiem, że profesor wierzy w to co mówi. Może nie wierzył kiedyś, gdy nieubłagany los historii rzucał go razem z resztą „Pokolenia 84” na szaniec przekształceń masy upadłościowej PRLu w III RP. Jednak na pewno zyskał wiarę, skoro przez 16 lat przekonywano go o jego geniuszu i boskim namaszczeniu. I dziś ten zelotyzm procentuje – Balcerowicz mówi tonem chrześcijańskiego męczennika, stojącego na przeciwko wściekłych lwów. Jest gotów zginać za swoją cywilizację, mniej lub bardziej realną, ale w pełni istniejącą w imperium jego myśli. I taka wiara jest silna, groźna dla wrogów i zasługująca na autentyczny szacunek. Nawet jeśli zawiera kardynalną herezję.

Bo profesor o czymś zapomina. Skoro demokracja jest taka straszna i destrukcyjna, to czemu organiczny ład arystokratyczny miałby dotyczyć jedynie sektora bankowego, a nie całego społeczeństwa? Czemu recepty męża Ewy Balcerowicz poza zaklętym kręgiem rynków finansowych stają się nieaktualne? A wiec demokracja niszczy dobrobyt, jeśli chce się ją zaaplikować do świata banków, ale już jest do wytrzymania gdzie indziej? Czy pozostaje w jakiejś mistycznej symbiozie z oligarchią nadobywateli, takich jak Balcerowicz, skoro atak na swoją kastę, Wielki Mzimu nazywa „psuciem demokracji”? No i ta konstytucja... Niby sejm i jego organy także są jakoś umocowane w ładzie prawnym III RP, ale przecież artykuł 227 jest ważniejszy. No właśnie, i tutaj tkwi tragizm sytuacji LWMB – co by było, gdyby ktoś jego wizję świata potraktował na poważnie?

[Ja mogę tylko panu powiedzieć, że jako człowiek, który się zajmuje i przemianami ustrojowymi i pieniądzem, że jeżeli artykuł 227 – że Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość pieniądza, ma coś znaczyć na papierze, to nie można doprowadzić do tego, że z byle jakiego i pod byle jakim pretekstem tworzy się komisje śledcze… Po co? – Żeby podciąć reputację Narodowego Banku Polskiego. A ponieważ pieniądz opiera się na zaufaniu, to ten, co podważa zaufanie, to pośrednio może zniszczyć to, co osiągnęliśmy.]

Tako rzecze Balcerowicz.

Czy przypadkiem profesor nie posunął się w tym twierdzeniu ciut zbyt daleko? Jeśli Balcerowicz broni się, interpretując dosłownie art. 227, to znak... że ma poważny problem. Jak już mówiłem, bardzo chciałbym uwierzyć w wywody profesora. Bardzo. A więc wierzę. Wierzę, że LWMB, jako szef NBP, jest odpowiedzialny za wartość złotówki. Ergo – jest odpowiedzialny za inflację. Ergo – jest odpowiedzialny za straty, jakie ponoszą obywatele, z tytułu psucia pieniądza. Osobiście, tako rzecze konstytucja.

Balcerowicz był preziem NPBu przez ostatnie sześć lat. W tedy średnia inflacyjna wynosiła koło 5%, więc w przybliżeniu, przez te lata uzbierało się tego 30%. A to znaczy, że prezes Leszek Balcerowicz jest winny każdemu obywatelowi 30% procent wartości jego majątki w lat 2000-2006. co z tego, że inflacje powoduje głównie deficyt, zaciągany przez ustawodawstwo posłów? Przecież wedle naszej świętej i czcigodnej konstytucji:

[Art. 105.

1. Poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu. Za taką działalność poseł odpowiada wyłącznie przed Sejmem, a w przypadku naruszenia praw osób trzecich może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu.]

A prezio NBP może. Szkoda.

30% procent to dużo. Nawet gdyby pociąć Balcerowicza i jego wyznawców, a potem sprzedać ich organy na czarnym rynku, nie odzyskalibyśmy tej sumy (gdyby do odpowiedzialności pociągnąć także panią Hanię, to i nerek zwolenników PO by nie wystarczyło...). Więc sugeruję profesorowi Balcerowiczowi trochę więcej pokory wobec bezprawia które tworzył i wspierał przez lata. A jeśli nie pokory, to choć kapkę mniej bezczelności. Bo tacy barbarzyńcy jak Zawisza jakoś żyją w jaskiniach cywilizacji od dwóch tysięcy lat, a po dumnych Grekach z cywilizacji Balcerowicza Łupanego mogą już niedługo pozostać tylko ruiny.

Szkoda tylko, że ruiny w postaci niewolniczego zadłużenia państwa polskiego u jeszcze bardziej cywilizowanego lichwiarstwa.

ps.

Wojakszwejk służnie zauważył, że przy rocznym rozliczaniu inflacji, wartość końcowa to nie prosta suma wartości cząstkowych, ale około 34% w ciągu 6 lat.

wtorek, 15 sierpnia 2006
Litości!

[Do ochrony wartości, takich jak życie, praca, prawda, sprawiedliwość, małżeństwo, miłość i rodzina, wezwał we wtorek na Jasnej Górze prymas Polski kard. Józef Glemp.]

Tak, wiem, że kazania biskupie nie powinny być przedmiotem analizy politycznej. Ale czasem trzeba. Wiem, że niebezpiecznie w egzegezie opierać się na notkach prasowych. Ale pełnego tekstu nie mam (za to wszelkie notki są ze sobą zgodne, więc albo mówią prawdę, albo wszyscy przepisami od biednego PAPisty, który się pomylił). Wiem, że nie znam się na teologii. Ale pewien metafizyczny instynkt samozachowawczy posiadam.

No dobrze, do rzeczy.

JE Józef Glemp wygłosił na Jasnej Górze kazanie, w którym wspomniał w ważnych dla chrześcijan wartościach. Miały być to (kolejność PAPowska): życie, praca, prawda, sprawiedliwość, małżeństwo, miłość i rodzina. Trochę może razić pewne zmieszanie kategorii, bo o ile życia, prawda, miłość i sprawiedliwość są samodzielnymi wartościami, a także cechami samego Boga, to rodzina stanowi niezwykle ważną, ale jednak pochodną owych pryncypiów. Ale to nic w porównaniu z obecnością Czerwonego Partyzanta w owej grupce: pracy.

Jaką wartość, z punkty widzenia teologii chrześcijańskiej, stanowi praca? Ano, z tego co pamiętam, żadną. Co prawda święty Paweł daje swoim uczniom piękną alternatywę: [Kto nie pracuje, ten niech i nie je.], ale nie wartościuje obydwu dróg egzystencji, tym bardziej, że „nie samym chlebem żyje człowiek”.

Czy więc wrzucenie do wora wartości chrześcijańskich pracy, to nowatorstwo teologiczne JE? Mam nadzieję, że nie. Bo to by oznaczało, iż JE uważa prace za równorzędne dobro wobec prawdy, czy miłości. To z kolei by sugerowało, że w życiu przyszłym cnotliwi ludzie zostaną obdarzeni dostatkiem owych niebieskich pryncypiów moralnych, tu symbolizowanych przez, powiedzmy: słońce, serce i łopatę. Ja osobiście, wieczności wypełnionej pracą nie życzyłbym nawet moim ulubieńcom z tzw. „Kościoła Otwartego”, więc zakładam, że JE także nikomu tego nie życzy. A więc po co wsadził tą wartość dżulową do swej homilii?

Ano, niestety sądzę, że z powodu wszechobecnego parcia lewackiej nowomowy i klisz myślowych na każdy przejaw myśli ludzkiej. Kościół, w walce z socjalizmem, używał w swym nauczaniu wielu elementów spod znaku św. Józefa. Niestety, bardzo to się wielu pasterzom Owczarni spodobało i chyba troszkę się zagalopowali w wychwalaniu potu ludu pracującego. I jak nawet papież nie jest nieomylny w sprawach adogmatyczych, tak może i prymas wypuścić spod paliusza podobnego lewackiego potworka – zdarza się każdemu. Tylko szkoda, że zdarzyło się na oczach (uszach) tysięcy słuchaczy w ważne święto religijne i państwowe.

Wszystkim, także zakażonym lewomyśleniem, aby dostąpili takiego zbawienia, które nie wymaga późniejszego machania łopata.

niedziela, 13 sierpnia 2006
Szatany na cenzurowanym

Ponieważ temat ten przemknął jak kometa, nierecenzowany na blogach, a nie jestem pewien, czy coś na ten temat nie skrobnąć warto, skrobnę ja.

Otóż kilka dni temu, władze Warszawy odwołały kolejną edycję festiwalu muzyki ekstremalnej „Black Metal Festival”, który miał odbyć się dzisiaj. Jest to cykliczna impreza koncertowa, skupiająca zespoły grające muzykę klasy black-metal. Ponieważ, choć publicznie jestem konserwatystą, to prywatnie uważam się za konesera tego typu wycia, chciałbym wtrącić swoje trzy grosze na ów temat.

Otóż, sprawę koncertu podniósł Ogólnopolski Komitet Obrony Przed Sektami, organizacja bliżej mi nieznana, ale zapewne posiadająca kupę dobrych chęci i niewiele wiedzy na temat muzyki o której mowa. W sprawę miał się zaangażować ponoć sam Kaziemierz Wielki, który skutecznie korzysta z narzędzi władzy do rozpoczęcia kampanii wyborczej. Ja mu źle nie życzę (no chyba, że w wyborach na prezia Wawy wystartuje Michalkiewicz...), ale zastanawiam się, czy numer z koncertem nie powinien być pewnym dzwonkiem ostrzegającym przed uśmiechniętym Marcinkiewiczem.

Do rzeczy: generalnie muzyka black-metalowa jest zdominowana przez przekaz antychrześcijański, wyrażany różnie: przez afirmację kultów pogańskich, teksty okultystyczne bądź skrajnie nihilistyczne przesłanie twórczości. Znając dorobek gwiazd niedoszłego koncertu: Mayhem, Marduk i Impaled Nazarene (choć nie są to moi idole, dość dobrze znam te zespoły) bynajmniej nie odbiega od ogólno blackmetalowego szablonu, a (nie)sławny Mayhem jest poniekąd symbolem ideologii związanej z tym gatunkiem muzycznym (grupa wokół której powstał słynny „Black Circle” na początku lat dziewięćdziesiątych). Marduk ma na koncie poważny proces o bluźnierczą okładkę (nie będę opisywał, ale uwierzcie na słowo – to faktycznie była obraza sacrum oraz uczuć religijnych), a gdyby teksty Impaled Nazarene (hm... sama nazwa też nie brzmi dobrze...) potraktować poważnie, to należałoby członkom zespołu wlepić po dychu za ekscesy seksualne. Krótko mówiąc – dzieci chronić, siebie też radzę chronić, dla spokoju sumienia.

Tylko w jaki sposób chronić? Festiwal miał się odbyć klubie „Proxima”, we wnętrzu (żaden „open air”!), materiały promocyjne zawierały umiarkowaną dawkę plugastw, a odzew tego typu koncertów poza środowiskiem metalowców jest raczej mizerny. Mimo to, miasto (a więc administracja) wkroczyło i przepędziło odziane w skóry towarzystwo. Nie odbyło się to z powodu konkretnego paragrafu, ale tzw. „woli politycznej”, która demokratyczni politycy wykazują przed wyborami nadmiar. Ponieważ Volenti non fit iniuria - chcącemu nie dziej się krzywda, to decyzja urzędasów nie chroniła odzianej w skóry młodzi, ale interesy polityczne. Po prostu Kazimierz Wielki skalkulował, że black-metalu słucha może 0.5% mieszkańców Warszawy, a na hasło „profanacja” (które jest nie prawidłowe, bo nie dochodzi do zgorszenia publicznego) zareagować może z 50% Warszawiaków, w tym z 5% fanatycznie pozytywnie. W demokracji nie liczy się człowiek, tylko statystyka.

Ja to przeboleję, blackowcy również. Posłuchamy sobie innych plugastw w domowym zaciszu. Tylko jedno mam pytanie: co się stanie, jeśli do władzy dojdzie legion siepaczy politpoprawności i „wartości europejskich”, który zacznie z tak samo traktować np. mszę święta. Precedens będzie – zamykanie sprośnych widowisk. A przypominam, że w USA na okazję premiery „Pasji”, odezwały się oświecone głosy, mówiące że Chrystus jest niecenzuralny, bo krwawi.

I ten oto problem pozostawiam Wam pod rozwagę.

(Tekst pisany w czasie słuchania generalnie obrzydliwego, blackmetalowego i bluźnierczego zespołu „Samael”, płyty „Black Ritual”)

piątek, 11 sierpnia 2006
Ogniem i papierkiem

Zapewne większość z Was nie poddaje się ogólnomedialnej panice terrorystycznej i nie śledzi kolejnych rewelacji na temat szukania bomby bidonach podróżnych z Heathrow. Ja z początku zupełnie zlekceważyłem sprawę – ot, odpowiednie służby wykonały swoją robotę, a domniemany wróg ani jest nowy, ani nowatorski. Nikt nie zginął. Czym się więc przejmować?

Ale trzeba się przejąć wydarzeniami Londyńskimi, bo... terroryści odnieśli sukces! Może nie militarny, nikogo nie ubili, nie zniszczyli żadnego budynku. Ale wygrali na polu, gdzie (niestety!) już wcześniej im szło nieźle. Zadali cios Wolności.

Do kabin samolotów amerykańskich i brytyjskich linii lotniczych nie wolno wnieść niemal niczego, przynajmniej niczego, o czym by nie wiedziała miejscowa placówka Wielki Brata. Pasażerowie są przeszukiwani, upokarzani i traktowani jak przestępcy. I to wszystko sprawił ów „nieudany zamach” i podobne wydarzenia w przeszłości. Ci terroryści zaatakowali bronią bakteriologiczną – podrażnili dżumę państwa nadopiekuńczego do dalszego wzrostu. I te straty – policjant zaglądający do damskich torebek, czy próbujący napoje z bidonów, są, powiem brutalnie, znacznie dotkliwsze, niż śmierć nawet setki ludzi. Bo ludzie zginęliby raz, smutne to, ale i ostateczne. A rana zadana naszej cywilizacji (a taką raną jest ograniczanie Wolności) będzie krwawić do samego końca – wojny, albo Europy.

W zamachu na PRAWDZIWE WARTOŚCI EUROPEJSKIE (bo zakaz mówienia o karze śmierci nie kojarzy mi się z Europa, a z Koreą Północną) ramię w ramię idą barbarzyńcy z poza naszej cywilizacji (inspiratorzy z fanatycznego Wschodu) oraz ci z wewnątrz. Są to zarówno fundamentaliści, dzieci społeczeństw „multikulti” oraz tolerancji jak i urzędnicza szarańcza, która poprawia zadane na odlew, niecelne ciosy, zamieniając je na prawdziwie bolesne rany.

Trawestując Orwell’a, niedługo już nie tylko mówienie prawdy będzie aktem kontrewolucyjnym. Może stać się nim picie soku w samolocie, albo noszenie metalowych przedmiotów w budynkach użyteczności publicznej. Zaprawdę, wojna z barbarzyństwem toczy się na naszym własnym podwórku. Nasze ukochane władze z radością wspomagają islamskich radykałów.

piątek, 04 sierpnia 2006
Czekając na Ariusza

Dzisiejsza Rzepa zamieściła pasjonujące badania, porównujące wiarę Polaków, Amerykanów, Austriaków i Niemców. Redakcja dodała do tego nawet jakiś krótki tekst analityczny, jednak zajęła się tylko porównaniem. A według mnie to analiza jedynie naszych wyników, jest godna nie tyle krótkiej notki, co grubych tomiszcz opracowań socjo-teologicznych.

Podsumujmy, w co wierzą Polacy:

94% wierzy w Boga.

88% wierzy, że Chrystus zmartwychwstał.

84% wierzy, że istnieje niebo.

65% wierzy, że istnieje piekło.

64% wierzy w cuda.

62% wierzy w anioły.

57% (sic!) wierzy w życie po śmierci.

47% wierzy w duchy.

41% (sic!) wierzy w diabła.

28% (sic!!!) wierzy w reinkarnację.

Skądinąd wiemy, iż 94% naszych rodaków deklaruje się jako katolicy, bądź jako katolicy niepraktykujący.

Co z tego wynika? Ano, następujące dane:

6% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w zmartwychwstanie, czyli podstawową prawdę katolicyzmu (i chrześcijaństwa w ogóle – sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

10% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w istnienie nieba, do którego pielgrzymka jest celem wspólnoty Kościoła (sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

29% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w piekło, przed którym Kościół stara się ich ustrzec (sprzeczność z wyznawanym co niedziela credo!).

31% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w cuda, które opisują np. ewangelie.

33% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w anioły, od których roi się na kartach Pisma Świętego.

41% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w życie po śmierci. Krótko mówiąc, wierzą, że niby Jezus ich zbawia, ale żadnych wymiernych profitów z tego nie mają, skoro i tak „śmierć to sen wieczny”.

53% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale nie wierzy w diabła (którego wyrzeka się przy ponawianiu przysięgi chrztu świętego!)

22% (lub więcej) Polaków jest katolikami, ale wierzy w reinkarnacje. Statystycznie rzecz biorąc, co najmniej 2% z tych, wierzą w reinkarnacje, jednocześnie wierzą w istnienie nieba.

Często słyszałem narzekania historyków religii, że Polska nie doczekała się żadnej porządnej herezji własnego chowu. Osobiście sądzę, ze doczekała się całej masy, acz nie znalazł się żaden utalentowany herezjarcha, który by te metafizyczne sprzeczności i brednie zebrał w kupę i zarejestrował w urzędzie. Aż dziwne – mamy nad Wisła tylu nudzących się intelektualistów, którym z logiką i intelektem wyraźnie nie po drodze. Czemu żaden z nich nie podjąłby się arkuszerii nowego eklektycznego kultu, zwiastowanego przez absurdalne wyniki ankiety Rzepy?

Wiek dwudziesty był wiekiem zabobonów. Po wyproszeniu z życia politycznego i intelektualnego Boga, zaległy się na jego miejscu potwory społecznych psychoz, recydywa szamaństwa i barbarzyństwa. Ale przede wszystkim, znikła ta klasyczno-tomistyczna jasność metafizyki, jednoznaczność wiary i przekonań. Teraz można wierzyć i w niebo i reinkarnacje, a ankieter posłusznie zapisze taki wynik, jakby nigdy nic. Chyba to jest ostateczne zwycięstwo demokracji, bo właśnie zawędrowała na Olimp.

Teraz czekamy już tylko na jakiegoś postmodernistycznego Ariusza, co by ten urodzaj absurdów uporządkował i opublikował w dodatkach do „Gazety Wyborczej”.

wtorek, 01 sierpnia 2006
Kościół Świętego Spokoju (spin-off)

Czasu mało (bo wszak w wakacje trzeba się lenić!) a tematów do rzetelnej i poważnej kpiny sporo. Dlatego daruję sobie kolejną erupcję erudycji wieszcza, Adama M, ominę szerokim łukiem narzekania p. Szczuki (nie rozwijam skrótu p. na pani, bo wszak płeć  <i to nie tylko p. KS – przyp. Lear>  jest ponoć kwestą umowną...) oraz nie zatrzymam się nad wiekopomnym manifestem prof. Modzelwskiego (wiekopomnym, bo nigdy nie przypuszczałem, że ktoś prezentujący tak wirtuozerski język w narracji historycznej może pisać tak bełkotliwie na tematy współczesne). Może kilka słów wspomnę o nowinach z kościoła pod wezwaniem Świętego Spokoju.

Termin ten używam w znaczeniu szerokim, bo sam kościół jest bardzo niezdefiniowany. Np. w Polsce zdało by się ściśle współpracuje z Kościołem Świętego Judasza, ale jest to raczej unia personalna niż realna. W każdym razie, oba te byty za jeden ze swych katechizmów uznały „Gazetę Wyborczą” i tam, od czasu do czasu, publikują encykliki swojej kliki.

Dziś recenzja książki Paula Zulehnera „Schronienie dla duszy: Ćwiczenia duchowe dla niezbyt pobożnych”. Przyznaję się – pozycji nie czytałem, więc o samym dziele wypowiadać się nie będę. Chodzi mi o coś innego. Po lekturze recenzji mam kilka teorii:

a) jej autorka nie czytała ww. książki. Artykuł jest tak przewidywalny, sztampowy i operujący starymi kliszami myślowymi Kościoła Świętego Spokoju, że aż nie mogę uwierzyć, że taki teologiczny spin-off był wart tłumaczenia na polski.

b) cała obóz teologii moralnego rozwolnienia przeżywa tak głęboki kryzys, że zaczął z benedyktyńską cierpliwością przepisywać własne myśli z przeszłości. Niby nic w tym złego, ale w dobie metody „[crtl+c], [crtl+v] nieco śmieszy.

c) z powodu niesprzyjającej pogody, autorka recenzji zaczęła pisać test na godzinę przed złożeniem go w redakcji. Może nawet używała „[crtl+c], [crtl+v] oraz wcześniejszych artykułów, choćby z „Arki Noego”.

d) ja jestem tak uprzedzony do myśli Kościoła Świętego Spokoju, że nie potrafię obiektywnie przyswoić genialnego i uderzającego swoja oryginalnością tekstu.

Skoro widzę kwiatki takie jak:

[Austriacki teolog podejmuje się oryginalnego - i nieco ryzykownego zadania - nie stara się przekonać ludzi oddalonych od Kościoła, aby przełamali swoją rezerwę. Robi wręcz odwrotnie: przekonuje Kościół do człowieka.]

Mam chęć dyskretnie odłożyć klawiaturę i wrócić do „Wyznań” świętego Augustyna. To nie są „Ćwiczenia duchowe dla niezbyt pobożnych”, to lektura dla każdego, kto rozumie, że religia to coś więcej niż przystanki w stylu: „czad dla Dżizusa” czy inne spin-offy po spin-offach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5