Polityka, Gospodarka, Cywilizacja, Kultura. Liberalizm, Konserwatyzm, Rozsądek.
poniedziałek, 02 października 2006
Przerwa techniczna/Bój ostatni/Najk

Nic nie piszę, nie dlatego, abym się obraził na Was/Kaczyńskich/Tuska/TVN czy kogokolwiek innego, ale z powodów okołouczelnianych. Nie zapomniałem o naszym pytaniu i nadal się zastanawiam, co zrobić w sobotę. A Wy piszcie w komentarzach, jak widzicie (lub czemu nie widzicie) swój udział w imprezach nadchodzącego łikendu.

Jeśli pytacie mnie, co się stanie do 10X, to powiem: najpewniej nic. Oprócz drobnych przecieków z raportu Macierewicza i poddywanowych rokowań PIS-PSL, nie zdarzy się nic rewolucyjnego. Obie strony zbierają siły i odpoczywają. Bo dla kogoś ten bój, od manif 7X do opublikowania (ewentualnego) raportu o WSI, będzie ostatnim.

Przyjemnie się słucha biadoleń Sojuszników Salonu (w skrócie SS) na temat zawłaszczania pamięci przez obóz IV. Zawłaszczanie pamięci to cenzurowanie naszej przeszłości, a tej dyscyplinie lubują się dzisiejsze historyczne Kasandry, znane z wspierania „Spółdzielni Agentów”, jak pisze pierwszy antyjudejczyk RP.

W sprawie nagrody (Mich)Nike, mam do napisania dwie rzeczy. Po pierwsze, po przyznaniu jej p. Masłowskiej za epos dresiarski, sugerowałbym zacząć czytać Nike jako Najk, co dobrze odda charakter ostatniego wyróżnienia. „Warunek” przegrał z „Pawiem...” Aghr!

A po drugie, żal mi Dukaja – nasz najlepszy fantasta został przez pomyłkę nominowany do Najka w 2005. nie dostał, ale trochę wstydu zostało.

I tym pesymistycznym akcentem żegnam Was wszystkich i wracam do zawieruchy uczelnianej, która swą mocą i gwałtownością przypomina likwidacje WSI.
poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Powrót Scrata

Ice Age 2: The Meltdown; Epoka Lodowcowa 2: Odwilż
Walt Disney 2006
Ocena: 9/10

W sobotę widziałem drugą odsłonę przygód sympatycznych zwierząt wymarłych. Jak się okazało, nie tylko ja wpadłem na ów genialny pomysł i aby zdobyć dwa bilety w rozsądnej odległości od ekranu, musiałem czekać na późniejszy seans. Ale doczekałem się i piszę z pełną stanowczością: było warto!

Obawiałem się, że Odwilż będzie nieciekawą kalką poprzednika. Epoka Lodowcowa była bajką wręcz wybitną - doskonale zrobioną i wyróżniającą się oryginalnością, na tle przeciętnych i bezbarwnych (no, może oprócz Shreka) produkcji swego czasu. Tyle, że powtórka wykorzystanych pomysłów nie była moim oczekiwaniem. Na szczęście, zostałem pozytywnie zaskoczony.

Fabuła filmu jest prosta: zbliża się globalne ocieplenie, co zupełnie zaskakuje lodowcowe zwierzęta. Wszystkie boją się powodzi, więc podejmują wędrówkę, aby uciec z Lodowej Doliny. Za nimi rusza „najbardziej porąbane stado na tym lodowcu”, czyli Sid, Diego oraz Manfred. Ale nie tylko, bo szybko Maniek spotyka na swej drodze ostatnią mamucicę, cierpiącą na poważny kryzys tożsamości oraz jej przybrane „rodzeństwo”...

Nie będę opowiadał całej, prostej, lecz przezabawnej historii. Dość że wspomnę, iż bajka jest ciekawa, śmieszna i kończąca się nie aż tak łzawym happy-endem. Niezawodny Scrat bawi widza swą orzeszkową Odyseją, w stopniu wystarczającym, aby rozweselić każdego ponuraka, a dawce nie przeszkadzającej głównemu nurtowi fabuły. Gagi (w wersji polskiej) są inteligentne i aktualne, skierowane zarówno do małych, jak i dużych widzów. Sama opowieść jest pogodna, ale znowuż nie aż tak beztroska, aby zabierać na nią te najmniejsze pociechy (Diego i Maniek znów znęcają się nad biednym Sidem!). Acz te ciut starsze będą zachwycone. No i jest Scrat. Dla jego solowych popisów warto by było obejrzeć każdy film.

Zastanawiacie się pewnie, czemu piszę o tym na politycznym blogu. „Learowi już do końca odbiło?” zapytacie. Tak i nie. Niby Odwilż to kino zupełnie z polityką nie związane, jednak w pewien delikatny sposób wchodzi na grunt poruszanych tu tematów. Jest to obraz bardzo... konserwatywny.

Bo opowiada o rodzinie. Nie o biologicznym związku osób o podobnych genach, ale bajkowej relacji bliskich sobie bohaterów, którzy potrafią przełożyć wspólnotę ponad własne zachcianki i humory. Nasi bohaterowie kłócą się, ale robią ciepły i pogodny sposób. Taki... rodzinny. A motyw adoptowania mamuta przez rodzinę gryzoni uważam za fabularny majstersztyk.

W Odwilży znajdziemy zaufanie, wierność i miłość, czyli te wartości, które są tak potrzebne dzieciom. I tym małych, które cześć z Was zapewne zaprowadzi na film, i tym dużym, czyli Nam. Dobrze jest, w czasach bezideowego potopu kontrkultury, obejrzeć prostą historię o pewnej dziwacznej rodzinie, wedle słów Sida: „Najbardziej porąbanym stadzie na tym lodowcu”.

Polecam serdecznie.
poniedziałek, 27 marca 2006
Opowieści o pisarzu Lemie

Stanisław Lem nie żyje.

Zmarł człowiek, który przez swoją twórczość rozsławił imię Polski na całym świecie. Odszedł umysł wybitny, uniwersalny i przenikliwy. Ktoś, kto zadawał ważne pytania wcześniej niż inni.

Wiem, niektórzy z Was mogą oceniać Lema przez pryzmat jego nieliterackiej działalności, głównie felietonów w „Tygodniku Powszechnym”. To błąd, to tylko nieznaczny wycinek działalności pana Stanisława. I zupełnie spaczona próbka do oceny. Nie można na podstawie serii zaangażowanych, rozpolitykowanych tekstów, w których „syndrom mędrca” wyraźnie uderzył autorowi do głowy, stygmatyzować całego dorobku. Bo Lem siedzi w każdym, kto uważa się za miłośnika fantastyki naukowej. Głębiej, płycej, czasem zupełnie nieświadomie. Ale siedzi. Warto o tym pamiętać.

...i warto Stanisłą Lema bronić. Bronić przez kreatywną ekshumacją w charakterze salonowego „Autorytetu Moralnego”. Nie można popuścić, aby trumna pisarza służyła jako ideologiczny proch armatni, sypany choćby przez redakcję „Tygodnika Powszechnego”. Lem nie jest salonowy, on jest wspólny. Różowi, proszę, nie kradnijcie go!

Bo czy mędrcy, którzy będą teraz wyginąć woskowy nos zmarłego, czytali coś więcej niż szkolnego pilota Pirxa? A może oglądali hollywoodzką ekranizację „Solaris”? Znają którąś z krótszych „Bajek Robotów”? Może warto sięgnąć głębiej do twórczości pisarza, a wtedy się okaże, że trudno jest podpierać się spuścizną tak bogatą, błyskotliwą i nie dającą się szufladkować.

I gdy przeczytamy dziesiątką ksiażkę Mistrza, może inaczej podejdziemy do jego napuszonych pogadanek w „TyPku”. Zrozumiemy, że nie trzeba być geniuszem od kołyski do grobu i każdy, nawet największy, ma swoje poglądy, słabości i dziwactwa. Dobrze by było o tym pamiętać, gdy zabierzemy się do pisania apologetycznych „Opowieści o pisarzu Lemie”